Recenzje

BEOWULF. Kłopoty z formą

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Beowulf jest specyficznym tworem, który od samego początku wywoływał kontrowersje, ale pomimo tego, że jest go za co krytykować, to adaptacja ta mi się bardzo podobała. Jako film, historia, mit, epos, adaptacja staroangielskiego poematu, również jako widowisko i przesłanie w nim zawarte – naprawdę przypadł mi do gustu, a wchodziłem na salę IMAXa z zupełnie innym nastawieniem.

Zazwyczaj staram się unikać informacji o filmie, na który czekam, tym razem jednak się nie udało – zaraz po premierze natknąłem się na falę krytyki w stosunku do Beowulfa; że ma niewiele wspólnego z pierwowzorem literackim, że animacja niszczy historię, że nudny, że sztuczny, że patos, że klisza, itd. Niewiele pozytywów, a znając tendencję do partactwa tej wspaniałej legendy (vide: Beowulf & Grendel), z miejsca nastawiałem się negatywnie. A tu takie zaskoczenie. Dość dodać, że nie zgadzam się z większością zarzutów wymierzonych w film, a część z nich uważam za wyjątkowo czepialskie. Niemniej wygląda na to, że moja opinia jest niezbyt popularna, bo chyba jednak większość polskich widzów uparła się, by obraz ten skrytykować. Możliwe, że moje zdanie ma dużo wspólnego z faktem, że dość dobrze znam oryginał, ale nie radziłbym doszukiwać się tu jakiegokolwiek wyjaśnienia, bo wielu osobom nie mającym z nim nigdy styczności film się bardzo podobał. Jednakże, jak już zaznaczyłem wcześniej, w poniższym tekście nie zabraknie także krytyki Beowulfa, bo swoje wady ma (a jaki film nie ma?), w tym jedną dosyć dużą, która przesłania obraz całości i może uniemożliwić jego dobry odbiór.

beo-2

Możliwe, że ktoś to zauważył, możliwe, że nie – we wstępie ani razu nie użyłem nazwiska twórcy Beowulfa, Roberta Zemeckisa. Dlaczego? Ponieważ nie uważam go za ojca sukcesu tej opowieści – w moich oczach są nimi scenarzyści Neil Gaiman i Roger Avary. O nich za chwilę, lecz skąd to kontrowersyjne stwierdzenie? Ano stąd, że zgadzam się z jednym z zarzutów wymierzonych przeciwko Beowulfowi – że forma przyjęta przez twórcę (Zemeckis) w pewnym sensie zabija tę opowieść, bo odziera ją z człowieczeństwa, o którym tak głęboko prawi. Co więcej, prowadzę osobistą krucjatę przeciwko takiej animacji (motion capture + performance capture) i gdyby nie temat, jaki Zemeckis wziął pod lupę, nigdy bym tego nie obejrzał. Uważam za bezsensowne robienie filmu, który jedynie część widowni będzie w stanie docenić – bo Beowulf został zrobiony z przeznaczeniem do kin IMAX, do 3D, bez tego zostaje pozbawiony swojej teoretycznie największej broni. Możliwe, że dlatego Polacy Beowulfa tak chłodno przyjęli – mamy w naszym kraju jedynie pięć kin IMAX, a więc zdecydowaną większość zamierzony efekt wizualny niestety ominie.

I nikt mi nie wmówi, że to nie robi różnicy, bo ta jest kolosalna – nawet jeśli normalne kino zrobi seans w 3D, Beowulf i tak na tym straci. Idę o zakład, że w U.S.A., w których IMAXów jest pewnie kilka tysięcy, przynajmniej połowa publiczności i tak obejrzy Beowulfa w zwyczajnym kinie. Więc po co kręcić filmy, które nie mogą być przez wszystkich tak samo docenione? Twórca trylogii Powrót do przyszłości zdaje się wierzyć, że jego zabawa – bo tylko tak to można określić – z wizualizacją i technologią jest sztuką, a że w dzisiejszych czasach za sztukę można uznać wszystko (mój ulubiony argument – to postmodernizm!), to może sobie na takie eksperymenty pozwolić. Najprościej mi będzie tu stwierdzić, że temu panu po prostu odbiło przez możliwości, jakie się przed nim roztoczyły. Nie rozumiem jego fascynacji tą techniką, nie uważam jej za coś dobrego dla kina (z tego powodu nie widziałem i nie zamierzam oglądać Ekspresu polarnego) – a wręcz przeciwnie: za idealny przykład kierunku, w którym X Muza nie powinna podążać.

beo-1

Żeby nie było, animacja w Beowulfie jest bardzo ładna, miejscami nawet piękna; wielowymiarowa, kusząca, kolorowa, klimatyczna, wielokrotnie powodująca tzw. ‚szczękopad’ (np. cała akcja ze smokiem). Niestety, pomimo tego jest… sztuczna i na dłuższą metę nie potrafi wykreować pożądanego efektu realności. Bo animacja gór, rzek i domostw swoją drogą, ale kiedy przychodzi do ludzi, ich mimiki, ruchów, gestykulacji, dynamiki, całą tą technologią Zemeckisa można się za przeproszeniem podetrzeć. Zaznaczam, że ciągle piszę o IMAXie, nie potrafię sobie wyobrazić, jak to wygląda na normalnym ekranie. Drętwota ‚aktorów’ razi, sztuczność niektórych ruchów bije po oczach, co w efekcie nie pozwala zagłębić się w wyimaginowanym świecie trolli, heroicznych wojowników i podstępnych wiedźm – nie pozwala tego świata brać na serio. To, co z założenia ma fascynować – nudzi, bo znajduje się pomiędzy starającym się odwzorować rzeczywistość światem animacji a kreującym autentyczność światem aktorskim i kumuluje w sobie wady obu. Tak, prawdopodobnie taka forma pozwoliła na pokazanie wielu rzeczy bez obawy o zdominowanie przez efekty specjalne. Nie zmienia to jednak faktu, że Beowulf Zemeckisa jest tak naprawdę niczym innym jak wizualną ciekawostką, efektownym bibelocikiem, którego cel i przeznaczenie zostały zagubione gdzieś pomiędzy ego reżysera a chęcią ekipy do stworzenia czegoś wyjątkowego.

Beowulf (2007) Directed by Robert Zemeckis Shown: Beowulf (voice: Ray Winstone)

Natomiast już Beowulf Gaimana i Avary’ego jest o wiele bardziej interesujący, dla mnie wręcz fascynujący. Panowie zdawali sobie sprawę, że przełożenie epickiego poematu na współczesny język filmowy będzie wielce ryzykowne i z góry skazane na mniejszą lub większą porażkę i pewne zmiany muszą zostać wprowadzone. Dlatego też w ich dziele jest kilka dość znacznych fabularnych cięć względem staroangielskiego pierwowzoru. I tu właśnie moim zdaniem tkwi geniusz obu panów, ponieważ modyfikując linię fabularną nie wyeliminowali tego, co sprawiło, że antyczny poemat jest znany na całym świecie i przez wielu uważany za jedno z największych dzieł literatury angielskiej.

Wszelka symbolika, przesłanie, wieloznaczność, alegoryczność Beowulfa i jego postaci oraz zdarzeń, które rozgrywają się w duńskim królestwie zostały pięknie wyeksponowane oraz przeniesione w ramy baśni fantasy. Bo Beowulf literacki taki nie był, a może bezpieczniejszym będzie stwierdzenie, że nie był takim do końca – to bulwersujące niektórych ‚udoskonalanie’, wraz ze wszystkimi ‚oburzającymi’ zmianami i fabularnymi cięciami, zostało przez Gaimana i Avary’ego podane tak, żeby nie obedrzeć mitu z mitologiczno-edukacyjnych właściwości, a równocześnie stać się bardziej przyswajalnym dla przeciętnego widza. W tym aspekcie stoję za nimi murem, brak ingerencji w skrypt powiększyłby tylko lukę pomiędzy antycznym – dla wielu archaicznym – poematem epickim, a dzisiejszym światem, a tym samym jeszcze bardziej odstraszył widza, czyli pomniejszył wpływy. Zemeckis może sobie reklamować i sprzedawać swoje zabawki, ale ja dziękuję za Gaimana i Avary’ego i ich pasję. Bez nich Beowulf byłby jedynie efektownym fajerwerkiem, który gaśnie kilka sekund po wybuchnięciu.

beo-4

Jak już zaznaczyłem wcześniej, panowie nie poszli do końca ścieżką wyznaczoną przez anglosaską legendę – słusznie zauważyli, że w czasach masowych ekranizacji komiksów i adaptacji gier komputerowych ‚tradycyjnie nadnaturalny’ Beowulf może wydać się archaiczny i passe. I w tym, co zrobili, aby uatrakcyjnić skandynawskiego wojownika, upatruję największej zalety filmu – choć pewnie moje zdanie jest odosobnione i każdy znawca, który będzie ten tekst czytał porządnie się uśmieje z wypisywanych tu herezji.

Otóż Gaiman i Avary nie odebrali Beowulfowi jego sił nadprzyrodzonych, pomniejszyli jedynie ich znaczenie – uczłowieczyli legendarnego wojownika. Zamysł wielce ryzykowny, ale udany. Tak, Beowulf ciągle jest odważnym herosem stawiającym czoła wszystkim napotykanym wyzwaniom, lecz tak wojownik Beowulf, jak i król Beowulf są przede wszystkim ludźmi – wahają się, nie są do końca pewni swoich działań, popełniają błędy, widzą świat, w którym żyją, odchodzący w zapomnienie, smucą się, uzmysławiają, że z nimi kończy się pewna epoka. Scenarzyści dzięki takim zabiegom inscenizacyjnym mogli pozwolić sobie na pokazanie czegoś, co staje się widoczne dopiero z perspektywy kilkunastu wieków. I tak kilkudniowy maraton pływacki z Breccą, wyrwanie ręki Grendelowi, spotkanie z jego matką, a nawet w pewnym sensie walka ze smokiem ukazane są jako zaczątki mitu, który będzie tworzył się wokół Beowulfa – potężnego człowieka, który z każdym kolejnym pokoleniem obrastał będzie coraz większą legendą, jego moce stawały się będą coraz większe, a czyny coraz bardziej wzniosłe i z każdym kolejnym romantycznym sercem przekazującym je dalej swoimi słowami, bardziej patetyczne i potężniejsze.

Filmowy Beowulf zdaje sobie sprawę, że taki jego los i on sam – jako człowiek – zniknie w mrokach historii, zostanie po nim jedynie wyidealizowane wspomnienie, ale się z tym godzi. Nie ma innego wyjścia. Jest w tym pewna gorycz, tak jak w filmach pokroju Butch Cassidy i Sundance Kid, gdzie podobna gorycz względem perfidnej historii i sentyment do odchodzącej ery kowboja były niemal namacalne. Końcówka ma zresztą podobny wydźwięk jak u Butcha i Sundance’a. Podoba mi się taki zabieg scenariusza, bo nie ujmując nic samej historii trafia w swoje czasy, gdzie wszystko pędzi na złamanie karku, a człowiek coraz bardziej oddala się od człowieka. Podoba mi się, bo przy masie swoich subtelnych nawiązań do poematu w pewnym sensie ukazuje proces mitologizacji, który rządzi się swoimi prawami i nie zawsze musi być fair. Podoba mi się wreszcie, bo Beowulf w końcu jest mniej więcej taki, jakiego go sobie wyobrażałem.

beo-5

Podczas gdy Zemeckis bawił się swoimi zabawkami, scenarzyści stworzyli coś naprawdę niebagatelnego – udane przeniesienie mitu Beowulfa na ekran kinowy; coś, o czym myślałem, że nigdy nie nastąpi. Ale ich dzieło schodzi niestety na drugi plan, zaszachowane przez wizualną nowinkę, która może i przyciąga publiczność do kin, ale równocześnie nie oferuje nic poza mile spędzonym w sali kinowej czasem, a dla wielu nawet i nie tego. Po wyjściu z kina niewielu będzie Beowulfa pamiętać. Smuci mnie to, ale cóż mogę poradzić, przynajmniej świat dowiedział się o tej postaci, a jakaś część widowni nawet go polubiła – zasłużył na to.

Na koniec pozostaje jeszcze jednak jedna kwestia: czy przeniesienie mitycznego Beowulfa do XXI wieku było potrzebne? Czy w ogóle w dzisiejszych czasach ponadczasowe epickie legendy i heroiczne mity mają prawo bytu? Tu pojawia się największy paradoks Beowulfa – ‚robota’ Zemeckisa udowadnia, że nie, natomiast równolegle Gaiman i Avary (choć podejrzewam, że akurat to konkretnie należy przypisać Gaimanowi) podszeptują, że może jednak tak; że może da się jeszcze z nich czegoś nauczyć, że ich czas jeszcze nie przeminął. Odpowiedzi na to pytanie każdy niech sobie udzieli sam (myślę, że swój stosunek wyraziłem dość jasno), a jeśli podobał się wam Beowulf, to może jest to właśnie jakaś podpowiedź.

Chciałbym się jeszcze odnieść do zarzutu, który jest często Beowulfowi stawiany – ogromu patosu. To jest epicki poemat historyczny, a nie film Michaela Baya! A przy okazji: raz, że nie nazwałbym tego patosem, a przynajmniej nie patosem w przyjętym obecnie tego słowa znaczeniu, a dwa: ludzie, litości, spodziewaliście się realistycznego odzwierciedlenia stosunków szlachty z epoki?

I jeszcze w kwestii wyjaśnienia – tak, w Beowulfie był smok, i nie, matka Grendela nie wyglądała jak naga Angelina Jolie.

 

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane