W stronę zachodzącego słońca

BANDOLERO! 50 lat od premiery

Bezpretensjonalny western przygodowy w gwiazdorskiej obsadzie.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Gra w wisielca

Bandolero – lub inaczej także: brigandage – to hiszpańskie określenie rozbójnika i złodzieja grasującego na drogach. We współczesnej kulturze popularne zwłaszcza w odniesieniu do meksykańskich bandytów z okresu świetności Dzikiego Zachodu. Bandoleros działali głównie w niewielkich, zorganizowanych gangach przypominających wojenną partyzantkę. Atakowali znienacka i często podstępem każdego białego, który zapuścił się w ich rejony, grabili do gołego i nie zostawiali za sobą żywej duszy (chyba że dla okupu lub na handel). Kres im położyło uformowanie regularnych oddziałów policyjnych, tak zwanych Rurales.

Prosty, przesadnie radosny western, ale z rodzaju tych, które chłonie się z wielką przyjemnością.

Tuż po wojnie secesyjnej bandoleros mnożyli się jak króliki po obu stronach granicy. Za ich łagodniejszy, amerykański odpowiednik można z pewnością uznać bandę Bishopa (Dean Martin), która pewnego słonecznego dnia pojawia się w miasteczku Val Verde z zamiarem napadu na bank. Wszystko jednak idzie nie tak – na oczach pięknej żony (Raquel Welch) zastrzelony zostaje lokalny baron ziemski, a czujny szeryf July Johnson (George Kennedy) szybko łapie i pakuje Bishopa oraz jego ludzi do paki. Następnego dnia, w samo południe, mają zawisnąć co do jednego. Wtedy do akcji wkracza były, nieco zgorzkniały żołnierz Unii w osobie Jamesa Stewarta…

Bandolero! nie poraża co prawda fabularnymi woltami, ale intryga poprowadzona jest w taki sposób, że lepiej się film ogląda, aniżeli opisuje jego niuanse. To prosty, niekiedy nawet przesadnie radosny western, ale z rodzaju tych, które chłonie się z wielką przyjemnością, nie bacząc specjalnie na liczne niedociągnięcia lub głupotki. Tych ostatnich nie brakuje zwłaszcza w finale – typowo przesadzonej, chaotycznej i rozbuchanej kanonadzie kul lecących w różnych kierunkach bez ładu i składu. To chyba najsłabsze ogniwo filmu Andrew V. McLaglena – doświadczonego twórcy gatunku, zmarłego całkiem niedawno w nobliwym wieku 94 lat – którego pochodzące z 1968 roku dzieło najlepiej smakuje w poprzedzających końcówkę dziewięćdziesięciu minutach seansu.

Produkcja 20th Century Fox – początkowo zatytułowana Mace, czyli imieniem bohatera Stewarta – bynajmniej nie kryje się jednakże ze swoją lekkością już od pierwszych kadrów. A raczej pierwszych taktów świetnego, leniwie gwizdanego motywu Jerry’ego Goldsmitha, który wyraźnie daje nam do zrozumienia, że będzie to opowieść pół serio. I choć film wielokrotnie uderza w bardziej poważne tony, ostatecznie zdecydowanie ustępują one zwykłej przygodzie pośród piasków meksykańskiej prerii. Takiej z uroczą kobietą u boku, z prostymi wartościami i jasnymi motywami, które kierują wszystkimi postaciami. Przy czym żadna z nich nie jest płaska i niemal każda z łatwością sprzedaje nam swoje racje. Odpowiedni odcień szarości doskonale wpisuje się więc w okres powolnej dekonstrukcji amerykańskiego mitu kowboja, nie wychodząc zarazem poza zwykłą, acz wystarczająco emocjonującą rozrywkę.

Duża w tym zasługa nie tylko zgrabnego scenariusza Jamesa Lee Barretta (na podstawie pomysłu Stanleya Hougha), wspomnianej muzyki Goldsmitha czy wprawnej reżyserii. Przede wszystkim na ekranie błyszczą cztery gwiazdy – Martin, Stewart, Kennedy i Welch. Dla tej ostatniej była to jedna z pierwszych znaczących ról w kinie Hollywoodzkim, i to w dodatku taka, w której nie musiała spełniać mokrego snu całej męskiej populacji. Olbrzym Kennedy tradycyjnie jest nieco naiwnym osiłkiem o złotym sercu, ale gdy trzeba to twardym zawodnikiem, za którym chce się podążać. No a duet Martin-Stewart zdecydowanie wygrywa tu nieoczywistą na pierwszy rzut oka chemią, z łatwością niosąc niezbyt wyszukany konflikt na swoich barkach. Bez tych czterech kół powóz o nazwie Bandolero! z pewnością daleko by nie zajechał, bo i ambicji nie ma w nim większych, a i liczne sceny akcji lekko już trącą myszką w pięć dekad od premiery, jakie właśnie mijają.

Zresztą, mimo ładnych krajobrazów Utah uchwyconych kamerą Williama H. Clothiera znacząca część fabuły rozgrywa się w zamkniętych, po części studyjnych dekoracjach, co chwilami niestety widać. Konkretnie ekipa wykorzystała pozostałości po scenografii do Alamo Johna Wayne’a – mieszczącej się w teksaskim Brackettville, które jeszcze dziesięć lat temu stanowiło otwartą atrakcję turystyczną. Na dużym ekranie jest natomiast zabitym dechami grobowcem-pułapką dla naszych bohaterów. Nie do końca jednakże spożytkowanym, podobnie jak i tytułowi bandoleros stanowiącym raczej mało istotne tło niż faktyczny problem do rozwiązania. Szkoda zwłaszcza bandytów i ich wybitnie brzydkiego szefa, którzy nie mają praktycznie żadnej większej roli do odegrania, strasząc tylko swoimi twarzami w kilku kadrach. Pod tym względem Bandolero! zawodzi.

Znamienne jednak, że wraz z napisami końcowymi nie czuje się jakiegoś wielkiego rozczarowania. Odważne, mimo wszystko, finałowe zagranie ze strony twórców oraz gorzkie podsumowanie historii rodem z włoskich spaghetti westernów nie przesłaniają również czysto rozrywkowych walorów całej produkcji. Nie dziwi zatem, że pomimo olbrzymiego (jak na tamte czasy), wynoszącego blisko cztery i pół miliona dolarów, budżetu stała się ona hitem kasowym, kilkukrotnie zwracającym swoje koszta. Nie pozostała też bez wpływu na gatunek. Jak wieść niesie, autor znakomitego Na południe od Brazos – Larry McMurtry – w swej kanonicznej powieści złożył hołd Bandolero!, między innymi podobnie nazywając swoich bohaterów.

Można zatem napisać, że film McLaglena z łatwością i bez większych przeszkód przeszedł do historii kina, a już na pewno westernu. To dobrze podsumowuje cały projekt, z jednej strony bowiem nie stanowi on pod żadnym względem pozycji obowiązkowej czy też przełomowej, z drugiej – to sprawiający wiele frajdy spektakl spod znaku rewolweru i Stetsona, taki, który jeśli choć raz się go widziało, nie da o sobie łatwo zapomnieć. W tym wypadku reklamy więc nie kłamały – Bandolero! to taki typowy, nietypowy western. Na swój sposób jedyny w swoim rodzaju.

Ostatnio dodane