Recenzje

BAMBI (1942). Zniszczone wspomnienia

Stosunkowo rzetelnie ukazuje poszczególne etapy zwierzęcego kręgu życia, a poprzez zasygnalizowane podobieństwa do świata ludzi, pozwala jednocześnie identyfikować się widzom z postaciami.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Jeleń łoś

Czasem wspomnień z dzieciństwa, choćby były i najpiękniejsze, nie powinno się odgrzewać. Przyznam szczerze, że niezbyt dobrze pamiętałem Bambi. Nie mogłem przypomnieć sobie szczegółów fabuły, wielu postaci, piosenek, ale mimo wszystko wspomnienie o tym filmie przywoływało na myśl magiczne chwile, kiedy byłem dzieckiem, gdzieś na samym początku lat 90., w okresie wielkiego boomu na wypożyczalnie VHS. Jako że mój wujek prowadził jedną z nich, miałem niemal nieograniczony dostęp do wszystkich animacji i filmów familijnych. Ich seanse były tak naprawdę moim pierwszym spotkaniem z filmem, wtedy czystą rozrywką dla zabicia czasu, dzisiaj jedną z większych pasji. Wiele z nich pamiętam do dzisiaj, choć niektóre już tylko przez mgłę. Czasem, gdy natknę się w sklepie na dvd z którąś ze starszych produkcji Disneya, kiedy przeglądam opisy i zdjęcia, przypominają mi się poszczególne sceny i postaci. Mimowolnie pojawia mi się wtedy uśmiech na twarzy i magia dzieciństwa na chwilę powraca. Niestety, gdy pójdzie się o krok dalej i zdecyduje się taki film po 20 latach obejrzeć, magia ta może się bezpowrotnie ulotnić. Tak też się stało, gdy odświeżyłem sobie jeden z większych disneyowskich klasyków, wydawać by się mogło, że ponadczasowy, Bambi

Zaczyna się miło. Poranek w lesie, obserwujemy zwierzęta budzące się ze snu. Przypominają się czasy, kiedy antropomorfizacja zwierząt w filmie nie była posunięta aż tak dalece, jak teraz. Bo choć wszyscy kochamy trajkoczącego jak katarynka osiołka, rekiny zmagające się z mafijno-rodzinnym kryzysem czy pingwiny wszelkiego rodzaju – stepujące, śpiewające, pływające na desce i prowadzące działalność szpiegowską, historie te w sumie niewiele mówią najmłodszym widzom o zwierzętach i ich życiu. Bambi stosunkowo rzetelnie ukazuje poszczególne etapy zwierzęcego kręgu życia, a poprzez zasygnalizowane podobieństwa do świata ludzi, pozwala jednocześnie identyfikować się widzom z postaciami. Niestety, film tak naprawdę nic nam poza tym od siebie nie daje.

Film tak naprawdę nic nam poza tym od siebie nie daje.

Długo zastanawiałem się, kto mógłby być jego targetem i na myśleniu się skończyło. Na pewno nie młodzież i dorośli, poszukujący w animacjach głównie rozrywki. Tego nie ma tu w zasadzie wcale. Dialogów niemal brak (od początku do końca filmu pada zaledwie około 800 słów), poszczególne sceny wypełnione są głośną, bardzo sugestywną muzyką narzucającą widzowi ich klimat i charakter. Staroświeckim piosenkom (jakby nie było, film jest z 1942 roku) brak jakiegokolwiek uroku, a ich polskie wykonanie przypomina niedzielne popisy pijanego organisty. Teoretycznie bajka o poznawaniu otaczającego nas świata, odnajdywaniu się w jego dobrych i złych stronach, powinna być idealna jako pierwszy film oglądany przez kilkuletnie dzieci. Jednak również i dla nich Bambi nie jest do końca odpowiednią pozycją. O ile jego pierwsza część nadaje się dla dzieci w sam raz, o tyle od śmierci matki jelonka (która to scena raczej niesłusznie do dziś znajduje się wysoko w najróżniejszych rankingach najbardziej wzruszających momentów w historii kina) film jest zwyczajnie zbyt brutalny i smutny oraz, co ważne, trochę w tym wszystkim nieprawdziwy.

Ludzie przedstawieni są tu jako okropne istoty mające za nic zwierzęta i przyrodę. Niszczą wszystko na swojej drodze, zabijają każde zwierzę w zasięgu swojego wzroku, na chybił trafił, a do tego są tak nieuważni i zobojętniali, że płoną przez nich całe lasy, pozbawiając domostwa cudem ocalałe króliczki, żabki i sarenki. I ani razu nie pada tam słowo „myśliwi”, bo to oni są negatywnymi bohaterami Bambi. Źli to „ludzie” po prostu. A jedyne zwierzęta przedstawione w niekorzystnym świetle to psy, wytresowane przez nas, ludzi, bezmózgie, krwiożercze bestie. Pozostałe żyją ze sobą w pełnej harmonii, wspierając się nawzajem i przyjaźniąc na całe lata. Nikt nikogo nie zjada, bo w „bambiowym” lesie nie ma żadnych zwierząt mięsożernych.

Bambi się zdecydowanie zestarzał.

Wychodzi na to, że istnieją tylko te miłe, puchate, uśmiechnięte, kolorowe i śpiewające piosenki misiaczki pysiaczki. Jeśli twórcy chcieli więc zrobić film realny, przedstawiający dzieciakom jak najbardziej prawdziwe życie, z także jego złymi stronami, to również się nie udało. Dla kogo w takim razie jest to film? Nie mam pojęcia. Możliwe, że dzisiaj już dla nikogo. Bambi się bowiem zdecydowanie zestarzał. 66 lat od chwili powstania wyraźnie daje się odczuć. I to wcale nie w technice animacji, która razi jedynie w najbardziej dynamicznych scenach, ale w niekonsekwentnej, nużącej i mało odkrywczej fabule (a może i jej braku). Podczas oglądania frajdy ma się z tego niewiele, po – tym bardziej. Bo czy pokrzepiający, a tym bardziej prawdziwy jest morał, że człowiek to żądna krwi bestia żerująca na niewinnych, biednych, milusich zwierzątkach?

Zresztą, dopóki pani Sowińska wciąż w grze, wcale bym się nie zdziwił, gdyby polskim dzieciom wydano niedługo obligatoryjny zakaz oglądania Bambi. Jeśli czerwona torebka Tinky-Winky świadczyła o jego ciągotach homoseksualnych, to co dopiero powiedzieć o skunksie zamieszkującym „bambiowy” las? Kwiatek, bo taką ma ksywę (!) jest bardzo kobiecy w ruchach, ma piskliwy, wysoki głosik i lubi spędzać czas wąchając kolorowe kwiatuszki. W towarzystwie Bambiego jest troszkę nieśmiały, zalotnie mruga do niego oczami, a jego mowa ciała wyraźnie świadczy o tym, że ma na swojego kolegę ochotę. Gdy bliźniaczo podobna do Ojca Rydzyka sowa zapewnia po kolei Bambiego i jego przyjaciół, że wiosną ktoś z płci przeciwnej ich w sobie rozkocha, dochodząc do Kwiatka, zatrzymuje się i waha. Cóż, widocznie wszyscy mieszkańcy lasu zdają sobie sprawę z odmiennej orientacji małego skunksa…

Ale pozostałe zwierzęta również nie dają dzieciom dobrego przykładu. Ponętna króliczyca, przypominająca kelnerkę z Hooters, w ogóle się nie ceni, powiedziałbym nawet, że jest łatwa. Pręży się i wygina przed pierwszym napotkanym królikiem, po czym od razu przechodzi do całowania… Bambi i jego Felinka też nie są lepsi. Śpią razem już pierwszej nocy! Ale, co się dziwić, skoro z samej góry idzie nienajlepszy wzorzec… Ojciec Bambiego tylko zapładnia przecież coraz to kolejne sarny, zostawiając je potem z dziećmi samym sobie. Czysta sodomia i gomora, to wszystko jest gorsze niż wyuzdana Arielka ze swoim ledwo zakrytym biustem i Mulan przeżywająca problemy z tożsamością płciową… I to razem wzięte…

Tekst z archiwum film.org.pl (22.07.2008).

Ostatnio dodane