Recenzje

BABKA Z ZAKALCEM (1991)

"Babka z zakalcem" Michaela Hoffmana to doskonała komedia, obśmiewająca zakulisowy żywot oper mydlanych, czyli napuszonych, obyczajowych melodramacideł.

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Czuję się jak jakaś pieprzona Gloria Swanson!

Na dorocznej gali z okazji wręczania nagród dla najlepszych seriali codziennych, najważniejsze statuetki po raz kolejny zgarnia szmirowaty tasiemiec pod koszmarnym tytułem „Słońce też zachodzi”. Lecz sam serial podupada. Nie przyjęła się zmiana optyki na prospołeczną, koszty rosną, a podpora serialu Celeste Talbert (Sally Field) przeżywa na planie prywatne kłopoty.

Producent tasiemca David Barnes (Robert Downey Jr), decyduje się na drastyczny krok scenariuszowy w postaci morderstwa. Sprawczynią ma być nieszczęsna Celeste, ku rozpaczy jej przyjaciółki, scenarzystki Rose Schwartz (Whoopi Goldberg). Na ofiarę wytypowano debiutującą aktoreczkę epizodyczną Lori Craven (Elizabeth Shue), która okazuje się być siostrzenicą Celeste. Scenariuszowy zwrot wziął w łeb, Lori weszła na stałe do obsady, więc chwytający się ostatniej deski ratunku David ściąga dawną gwiazdę serialu Jeffreya Andersona (Kevin Kline), obecnie szacownego aktora, poniżającego się graniem do kotleta w domu spokojnej starości. Jeffrey ponownie zjawia się w zawodowym i prywatnym życiu Celeste. Wszystko to okazuje się misternym planem Montany Moorehead (Cathy Moriarty) i Ariel Maloney (Teri Hatcher), które wspólnie z Davidem postanawiają wykurzyć manieryczną gwiazdkę z obsady…

Cała obsada gra w cudownie przerysowany sposób, czerpiąc ogromną radość z wyzbycia się resztek realizmu.

Streszczenie w sam raz pasujące do pierwszej z brzegu telenoweli, prawda? Nędzne aktorstwo, kiczowate dekoracje, zwroty akcji zdolne zachwycić tylko zdeklarowane kury domowe, nagłe powroty dawnych postaci, patetycznie rozdmuchane relacje międzyludzkie, dialogi jak z koszmarnego snu grafomana – wypisz wymaluj gotowy materiał do sklecenia kilkusetodcinkowego przeboju na przedpołudniową ramówkę każdej stacji telewizyjnej. A jednak mamy do czynienia z filmem kinowym. Babka z zakalcem Michaela Hoffmana to doskonała komedia, obśmiewająca zakulisowy żywot oper mydlanych, czyli napuszonych, obyczajowych melodramacideł, powielanych w tysiącach tytułów i milionach odcinków, emitowanych na całym świecie. Zestaw postaci jest wiernym odbiciem żelaznych tendencji obsadowych, rodem z seriali typu Santa Barbara czy Moda na sukces. Mamy więc neurotyczną gwiazdę, kochaną przez miliony, oraz obowiązkowy czarny charakter pod postacią podstępnego babsztyla. Prywatne perypetie Celeste, która przeżywa kolejne załamania nerwowe, są tak groteskowo wyolbrzymione, że nie pozostawiają wątpliwości co do intencji autorów scenariusza.

Cała obsada gra w cudownie przerysowany sposób, czerpiąc ogromną radość z wyzbycia się resztek realizmu. Aktorzy z radosnym przytupem robią z siebie zmanierowane parodie przedstawicieli własnego zawodu. Sally Field wydaje się być stworzona do tego typu ról. Nominowany za swą rolę do Złotego Globu Kevin Kline gra tak samo zabawnie, jak w Rybce zwanej Wandą, za którą otrzymał Oscara. Whoopi Goldberg i Robert Downey Jr są całkowicie w swoim żywiole. Cathy Moriarty i Teri Hatcher to referencyjne wredne modliszki, zagrane z wręcz komiksową przesadą. W szefa stacji telewizyjnej wcielił się Garry Marshall, reżyser Pretty Woman. Szalone tempo filmu nie przesłoniło fabuły i aktorów, bowiem całość opiera się przede wszystkim na dialogach i przekomicznych scenkach rodzajowych, nie zaś na mechanicznie powielanych gagach sytuacyjnych, których tu zresztą nie brakuje. Całości dopełnia finezyjna, utrzymana w latynoskich rytmach muzyka Alana Silvestri, jakże odległa od jego ciężkich (choć genialnych) klimatów z Predatora. Jeden z jego utworów z soundtracku Babki z zakalcem zabrzmiał jeszcze raz w filmie… Star Trek. Rebelia.

Fałszywy blichtr telewizyjnej rzeczywistości widzimy tu pod postacią dekoracji z dykty, w których aktorzy muszą grać swe żałosne role. Znakomicie uchwycono także czysto techniczny aspekt kręcenia telenowel, z gwałtownymi zbliżeniami twarzy postaci, tak charakterystycznymi dla tych produkcji. Wreszcie możemy się pośmiać z tego, co dzieje się pomiędzy wydumanymi dialogami serialowych tasiemców. Mizdrzący się do siebie aktorzy po komendzie „stop” oddalają się z niesmakiem, ku zdziwieniu widzów, bezkrytycznie przyjmujących telenowelową formę za rzeczywistość i przy jednoczesnej uciesze kinomanów, gardzących tego typu twórczością. Z drugiej zaś strony prawdziwe życie filmowych postaci wygląda jak najbardziej pretensjonalny serial codzienny. Babka z zakalcem (swoją drogą, kto wymyślił taki polski tytuł? Nie prościej byłoby Mydelniczka?), to chyba najlepsza komedia Michaela Hoffmana. Reżyser ten nie osiągnął już tak doskonałych rezultatów, ani przy szekspirowskim Śnie nocy letniej, ani na planie komedii romantycznej Szczęśliwy dzień, pomimo udziału wielu równie znakomitych aktorów. Zabrakło tempa, finezji i bezbłędnego poczucia humoru, cechującego Babkę z zakalcem.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane