Recenzje

AZYL. Z wizytą w ludzkim zoo

Dobry, choć nieco zbyt "ładny" i powierzchowny film, będący hołdem dla małżeństwa Żabińskich. Wyprodukowany w Hollywood, a jednak na wskroś polski.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

W Polsce to jeden z bardziej wyczekiwanych tytułów tego roku. Hollywoodzka gwiazda w roli naszej rodaczki, w dodatku w filmie na podstawie prawdziwych wydarzeń – to nie zdarza się często. Jessica Chastain wcieliła się w Azylu w Antoninę Żabińską, która w czasie wojny wraz z mężem ukrywała w warszawskim zoo setki Żydów. Trzeba przyznać, że ten temat aż prosił się o ekranizację.

Moją pierwszą myślą po zakończeniu seansu było: „Czemu Polacy nie sięgnęli po tę historię?”. Taka produkcja idealnie wpisałaby się w dzisiejszy klimat polityczny, chyba z lepszym skutkiem, a z pewnością w mniej kontrowersyjny sposób niż filmy typu Historia Roja albo Smoleńsk. O ile przeraża mnie podział na kulturę dobrą i złą ze względu na zgodność z tradycyjnymi, najlepiej jeszcze katolickimi, wartościami, absolutnie nie jestem za wybielaniem narodu czy tworzeniem (mniej lub bardziej) fałszywych wersji historii, tak podkreślanie zasług Polaków dla świata powinno być czymś naturalnym. Te tematy są tutaj, na wyciągnięcie ręki, a nasi filmowcy nie są nimi zainteresowani. Irena Sendler, Maria Skłodowska-Curie, teraz małżeństwo Żabińskich – przecież ich losy to gotowe scenariusze! Polski Azyl, na przykład z Karoliną Gruszką i Tomaszem Kotem w głównych rolach, mógłby być czymś wyjątkowym dla naszej kinematografii. Ta historia daje ogromne możliwości – śmiało można byłoby się spodziewać sukcesu artystycznego, wysokiej frekwencji w Polsce (szkoły!), ale też uznania za granicą. A tak pozostało nam oglądanie zdubbingowanej Chastain. Dobre jednak i to.

Rzecz rozgrywa się w Warszawie w okresie drugiej wojny światowej. Jan i Antonina Żabińscy prowadzą stołeczne zoo. Po bombardowaniu część zwierząt ginie, część ucieka. Najcenniejsze ocalałe okazy zostają zaś przetransportowane do Berlina, gdzie mają być atrakcją ogrodu naczelnego zoologa Rzeszy, Lutza Hecka. W opuszczonych klatkach Polacy urządzają fermę świń, mającą zaopatrywać w mięso niemieckich żołnierzy. To jednak tylko przykrywka – pozorując bliską współpracę z Heckiem, przekształcają swoje zoo w schronienie dla Żydów.

Film z pewnością się w Polsce spodoba. Jan i Antonina to właściwie postaci nieskazitelne, prawdziwe wzory cnót. Prawicowe portale nie ustają w zachwytach dla amerykańskich twórców – za największą zaletę filmu uznają jasny przekaz „Polacy – dobrzy, Niemcy – źli”. Nie jacyś naziści, ale właśnie Niemcy. Nie ma w filmie negatywnych czy choćby niejednoznacznych polskich postaci, brak również pamiętanego z Pianisty tak zwanego „dobrego Niemca”.

Trudno się nie zgodzić – film rzeczywiście prezentuje czarno-biały podział świata, ale czy to taka zaleta, pozostawię do oceny wam.

Co ważne jednak, nawet ci, którzy z tego typu uproszczeniami mają zazwyczaj duży problem, na Azyl powinni spojrzeć nieco łaskawszym okiem. Reżyserka Niki Caro (między innymi Jeździec wielorybów) stworzyła bowiem film niezwykle subtelny, zdystansowany, w pewnym sensie może nawet poetycki. Mimo że historia opowiada o tragicznym okresie w dziejach Polski oraz całego świata, nie uświadczymy na ekranie największych okropieństw wojny. Zamiast tego postawiono na niedopowiedzenia i symbolizm. O spaleniu getta dowiadujemy się na przykład poprzez spadający z nieba, niczym śnieg, popiół.

To naprawdę piękny moment filmu. Takich scen-perełek jest zresztą więcej, kto wie, czy nie aż za dużo. Biorąc pod uwagę tematykę, ten film jest nieco zbyt ładny – początek, kiedy zoo ma się jeszcze dobrze, wygląda wręcz, jakbyśmy mieli do czynienia z kinem familijnym. Zdjęcia połączone z muzyką Harry’ego Gregsona-Williamsa tworzą naprawdę zachwycające obrazki. Ale czy takim filmem powinniśmy się zachwycać? Moim zdaniem w pewnym momencie strona wizualna zaczęła się gryźć z fabułą.

Jeśli już mowa o słabych punktach, zaliczyć trzeba też do nich nierówne tempo. Historia długo się rozkręca, ma bardzo interesujące rozwinięcie, a w końcówce sprawia wrażenie, jakbyśmy oglądali wszystko w trybie szybkiego przewijania. Wstąpienie Żabińskiego do Armii Krajowej oraz jego udział w powstaniu warszawskim ograniczono do bodaj dwudziestosekundowej przebitki.

Szkoda, bo wcielający się w polskiego zoologa Johan Heldenbergh jest najlepszym elementem całej obsady i można było go bardziej wykorzystać. W pewnym momencie uwaga twórców skupia się na Antoninie, i wtedy film nie jest już tak ciekawy. Powiedziałbym nawet, że część widzów może zwyczajnie tęsknić za postacią Jana. Belgijski aktor, znany na przykład z Zupełnie Nowego Testamentu czy W kręgu miłości, tworzy naprawdę udaną, wiarygodną kreację. To jego pierwszy występ w hollywoodzkiej produkcji – swoją szansę wykorzystał najlepiej, jak tylko mógł. Mam nadzieję, że ta rola przyczyni się do większej ilości propozycji. Heldenbergh bardzo na to zasługuje.

A jak spisała się Chastain? Aktorką jest rewelacyjną i to nie podlega dyskusji. To zaszczyt, że taka gwiazda wcieliła się w panią Antoninę. Ale w Azylu gra ona nierówno. Sceny wybitne miesza z przeciętnymi, by nie powiedzieć słabymi. Swoista kruchość, może nawet naiwność Żabińskiej w kilku momentach została przerysowana. Można odnieść wrażenie, że aktorka stale mówi półszeptem, jakby była na granicy płaczu. Zbyt dużo było też chyba eksperymentowania z akcentem – raz prawie niewyczuwalnym, innym razem twardym, rosyjskim. Ale to już czepialstwo, drobne kwestie, których oczekiwałoby się od jednej z bardziej utalentowanych współczesnych aktorek. I tak mamy do czynienia z bardzo dobrą, może nawet wzruszającą rolą. Gdyby Żabińska żyła, z pewnością byłaby dumna z tego, jak ukazano jej osobę.

Azyl to film kręcony w Czechach przez amerykańską ekipę, z udziałem międzynarodowej obsady, ale jednak na wskroś polski.

Wśród wątków znalazła się nawet działalność Janusza Korczaka (to właśnie z nim związana jest jedna z lepszych scen w całym filmie). Co ważne, Azyl nie jest żadną lekcją historii dla amerykańskiego widza. Wszystko powinno być zrozumiałe nawet dla tych, którzy o drugiej wojnie światowej wiedzą stosunkowo niewiele, ale jednocześnie nie mamy tu wyjaśnień jak dla cepa. To film nieco powierzchowny, dużo mniej bezpośredni w ukazywaniu koszmaru wojny od choćby Listy Schindlera czy W ciemności Agnieszki Holland – i nie wiem do końca, czy traktować to jako plus czy minus. Azyl jest przede wszystkim hołdem. Część widzów może go odebrać trochę jak (rozgrywającą się w okrutnych czasach) bajkę, jak film skrojony pod uczniów szkół, i tak dalej. Czy to aby jednak na pewno coś złego? Ja bardzo chciałbym, aby jak najwięcej młodych ludzi obejrzało tę produkcję. Mam nadzieję, że wyciągną z niej coś więcej niż „Polacy byli dobrzy, a Niemcy źli”.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane