Recenzje

AŻ DO KOŚCI. Wygrać ze śmiercią

Dzięki swobodnemu aktorstwu i ciepłym, przyjemnym w odbiorze postaciom „Aż do kości” ogląda się dobrze.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Amerykańscy filmowcy słyną z niezwykle optymistycznego przedstawiania przebiegu nawet najgorszych chorób i przypadłości. Tylko w hollywoodzkich produkcjach chorzy w terminalnym stadium raka wdrapują się na Mount Everest, a cierpiący na ciężkie załamanie nerwowe bohaterowie stają się trenerami personalnymi i wydają literackie bestsellery. Ten w niczym nieugruntowany optymizm, wynikający z chęci stworzenia kolejnego feel-good movie, udzielił się także Marti Noxon, reżyserce Aż do kości, dramatu opowiadającego o chorej na anoreksję Ellen (Lily Collins).

O ile Aż do kości należy pochwalić za poruszenie ważnego i rzadko podejmowanego przez kino tematu, o tyle trzeba twórców zganić za lekkość, z jaką ów temat potraktowano.

Jeden z najnowszych oryginalnych filmów Netflixa porusza temat bardzo niebezpiecznego schorzenia, znanego także pod okropnie brzmiącą nazwą „jadłowstręt psychiczny”. Termin ten jest jednak być może najbardziej trafny, bowiem dosadnie określa zarówno uczucia osoby dotkniętej anoreksją (wstręt do pokarmu), jak i naturę tej choroby. Choć ta przypadłość znana jest już od XVII wieku, wciąż nie odnaleziono stuprocentowo skutecznego sposobu na jej wyleczenie, nie wspominając o zapobieganiu. Anoreksja, podobnie jak depresja, może mieć podłoże w wielu doświadczeniach i przeżyciach, dlatego tak trudno jest z nią wygrać. Dobitnie przekonuje się o tym bohaterka Aż do kości, która regularnie zwiedza ośrodki odwykowe i placówki terapeutyczne – z mizernym skutkiem. Dwudziestoletnia Ellen wciąż głodzi się i kompulsywnie ćwiczy, zaś myśl o tym, że mogłaby nabrać choć gram wagi, wywołuje w niej przerażenie. Dziewczyna co wieczór mierzy obwód swego przeraźliwie chudego ramienia za pomocą kciuka i palca środkowego, marząc o tym, by któregoś dnia palce mogły się spotkać. Jej bliscy, spośród których tylko przyrodnia siostra wydaje się emocjonalnie związana z bohaterką, obawiają się, że choroba Ellen zakończy się w najgorszy możliwy sposób. Tym bardziej że anoreksyjne skłonności dziewczyny już wcześniej doprowadziły do tragedii…

O ile Aż do kości należy pochwalić za poruszenie ważnego i rzadko podejmowanego przez kino tematu, o tyle trzeba twórców zganić za lekkość, z jaką ów temat potraktowano. Choć trudno w to uwierzyć, ta poważna choroba w Netflixowej produkcji przedstawiona jest niczym jakaś zaawansowana odmiana chandry, z którą można poradzić sobie dzięki kilku szczerym rozmowom z właściwymi ludźmi i – oczywiście – miłości. Bo przecież w kim może zakochać się jedyny męski lokator ośrodka terapeutycznego, jeśli nie w nieco gburowatej i niezbyt interesującej Ellen? Historia napisana i wyreżyserowana przez Noxon to typowa opowieść dla telewizji – prześlizgująca się po temacie i skalkulowana pod wywoływanie emocji, w tym wypadku wzruszenia i współczucia. Owszem, w Aż do kości nie brakuje mocnych scen, chociaż zamieszczone przed napisami początkowymi ostrzeżenie o drastycznych obrazach jest nieco na wyrost. Długo wyczekiwana przez bohaterkę konfrontacja z matką-lesbijką jest z pewnością jedną z najlepszych sekwencji filmu, a i w scenach ukazujących życie mieszkańców ośrodka nie brakuje takich, które łapią za gardło. To wszystko jednak raczej wyjątki od reguły – nieprzystające do pozytywnej konkluzji fragmenty, niczym bezdomny przechadzający się w tle wakacyjnego widoczku, który chcemy sfotografować.

Aż do kości ratują aktorzy. Choć nieco miotają się w swoich banalnie rozpisanych postaciach, niemal wszyscy stają na wysokości zadania. Ellen w wykonaniu Lily Collins to bohaterka raczej nie dająca się lubić, ale mająca swoje momenty, zaś na drugim planie wprost roi się od więcej niż przyzwoitych kreacji: Liana Liberato w roli przyrodniej siostry Ellen, Carrie Preston w roli macochy, Alex Sharp jako „ten jedyny”, ba! Nawet Keanu Reeves w roli terapeuty wypada nieźle. Dzięki swobodnemu aktorstwu i ciepłym, przyjemnym w odbiorze postaciom Aż do kości ogląda się dobrze, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że jego tagline’em mogłoby być znane skądinąd „Jesteś zwycięzcą!”, bo w jankeskim, napędzanym prozakiem optymistycznym spojrzeniu na życie nie ma miejsca na porażkę – nawet w starciu z wrogiem tak potężnym, jak anoreksja.

Kolejna produkcja Netflixa, który coraz śmielej poczyna sobie na polu pełnych metraży, jest wzorcowym przykładem „kina środka” (choć akurat bliżej jej do telewizji niż kina) – poprawnego, niewychylającego się poza schemat, opartego na dobrym aktorstwie i przeciętnym scenariuszu. Biorąc pod uwagę produktywność streamingowego giganta, wkrótce może się okazać, że całe jego filmowe portfolio będzie wkrótce tak wyglądać. I coraz bardziej zasadne stanie się pytanie: „Po co?”.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane