Recenzje

Autopsja Jane Doe

Bardzo dobry, zbudowany na intrygującej zagadce horror, który w kluczowym momencie zaczyna za dużo wyjaśniać.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Sekret jej ciała

Oto tytuł, który mówi wszystko.

Jane Doe to oczywiście nasza N.N., osoba bez tożsamości, w tym przypadku zwłoki odkryte w piwnicy domu, gdzie doszło do rzezi. O ile w przypadku pozostałych ofiar wiadomo, kim są i jak zginęli, o tyle nagie ciało nieznanej, młodej kobiety budzi uzasadnione zainteresowanie policji. Przyczyny jej śmierci ma ustalić miejscowy koroner, który wraz ze swoim synem, technikiem medycznym, tworzy zgrany duet. W momencie jednak, gdy zaczynają kroić Jane Doe, odkrywają coraz to niepokojące szczegóły.

Nowy film André Øvredala swoim tytułem zdradza też niejako przynależność gatunkową. Z miejsca wiemy, że mamy do czynienia z horrorem, bo żaden film, który nazywa się Autopsja Jane Doe, nie mógłby być niczym innym. Bohaterowie za pomocą skalpela starają się poznać nieznane, w bardzo rzeczowy i fachowy sposób. Ojca (zawsze solidny Brian Cox) nie interesują motywy zbrodni, czy wszelkie inne elementy nie związane z pracą, jaką wykonuje – ma za zadanie ustalić, dlaczego denat nie żyje i poza obręb tej wiedzy nie ma zamiaru wychodzić. Syn (dobry, ostatnio niewidziany Emile Hirsch) częściej zadaje pytania o okoliczności śmierci, wychodząc z założenia, że mogą one być pomocne w ustaleniu, co tak naprawdę stało się ze zmarłym. Innym słowy, jeden koncentruje całą swą uwagę na „co?”, a drugi stara się uzupełnić tę wiedzę o „dlaczego?”. Film Øvredala działa na podobnej zasadzie, w pierwszej połowie dając prawo głosu starszemu z mężczyzn, a od momentu, kiedy wydarzenia przybierają bardzo dziwny i zagrażający życiu obu obrót, inicjatywę przejmuje logika młodszego.

Niezwykle efektywny to horror, stawiający na coś, co zazwyczaj jest ostatnią deską ratunku dla twórców tego gatunku. Stephen King zrobił kiedyś rozróżnienie na trzy rodzaje emocji, jakie należy wywołać u odbiorcy dzieła grozy, szeregując lęk i trudny do sprecyzowania niepokój jako te najszlachetniejsze, później krótkotrwały strach, realizowany za pomocą pospolitych środków, a na samym końcu obrzydzenie. Autopsja Jane Doe zaczyna właśnie od tego ostatniego – widzimy bardzo szczegółowo kolejne etapy sekcji, ciało niewątpliwie pięknej dziewczyny, które jest na naszych oczach otwierane, a następnie, bez żadnych sentymentów, opróżniane z organów. Interesujące, że od pewnego momentu te makabryczne, acz realistyczne obrazy przestają widza odstręczać, a zaczynają budzić właśnie ten najlepszy według Kinga rodzaj horrorowego doświadczenia.

W swoim wcześniejszym filmie, Łowcy trolli, Øvredal również budował grunt pod wejście w świat ogólnie pojętej fantastyki na realizmie, korzystając z całkiem innych metod (estetyka found footage), lecz ostatecznie mówiąc to samo – nasza rzeczywistość ma swoje sekrety i ich odkrycie może nas sporo kosztować. Cała zabawa tym razem polega na próbie wytłumaczenia, co też wszystkie elementy układanki mogą znaczyć, w jaki sposób łączą się w jedną całość i czy końcowy obraz przyniesie bohaterom wybawienie. Bez wchodzenia w szczegóły napiszę, że otrzymujemy odpowiedzi na te pytania i, niestety, sprowadzają one ten opisany przez Kinga, najbardziej pożądany ze wszystkich lęków do parteru, oferując nam już tylko strach za pomocą garści prostych jump scare’ów oraz nietrudny do przewidzenia finał. Tak to już jest, gdy dostępujemy poznania nieznanego.

Wcześniej jednak oglądamy autentycznie jeden z najlepszych horrorowych pomysłów ostatnich lat, mistrzowsko prowadzony i wykonany. Miejsce pracy panów mieści się w piwnicy starego domu, pamiętającego pewnie czasy obu wojen światowych, z głośników radia dochodzą piosenka z lat pięćdziesiątych oraz jakieś diaboliczne wersy, a drobne elementy fabuły, takie jak pęknięte fiolki z krwią sączącą się z lodówki, ciemna sylwetka widoczna tylko w lustrze oraz prezentacja leżących w lodówkach zwłok dziewczynie młodszego z mężczyzn dowodzą, że norweski reżyser nie tylko odrobił lekcję z klasycznego kina grozy, ale potrafił wszystko to elegancko połączyć. Choć akcja rozgrywa się współcześnie, nie czujemy tego – kamera rejestrująca autopsję jest praktycznie jedynym elementem sugerującym nasze czasy (telefon komórkowy nie działa), co wprowadza przyjemną atmosferę retro, trochę przypominającą Smakosza. Cały dom tonie w mroku, poza pomieszczeniem, w którym badane jest ciało tytułowej bohaterki, sugerując, że jeśli ojciec i syn chcą znaleźć swoiste oświecenie i ratunek, cała ich nadzieja w dokończeniu sekcji.

Podobają mi się u Øvredala konsekwencja i dobór środków, z jakimi dzierga swój mały, ale szczególny film grozy. Reżyser obudowuje sytuację wyjściową elementami, które trudno powiązać z leżącym na stole ciałem, ale dzięki którym niepewność, a w konsekwencji lęk są stale obecne.

Nie zdradzę, jakie rewelacje znajduje dwójka feralnych koronerów w zwłokach nieboszczki, gdyż cały film zbudowany jest właśnie na tej tajemnicy. Powiem tylko, że puenta, choć rozczarowująca, nie stawia przysłowiowej kropki nad i – wysnute wnioski wcale nie muszą pokrywać się z prawdą. Ostatecznie to, co najlepsze w Autopsji Jane Doe, sprowadza się do myślenia bohatera granego przez Coxa, który skupia się na drobiazgowych i rzetelnych oględzinach, zostawiając całą resztę mądrzejszym od siebie. Gdyby tylko twórcy filmu byli równie zasadniczy.

PS. Nie jest to film wymagający jak największego ekranu, a wręcz uważam, że mógłby on popsuć nieco efekt, jaki reżyser sobie wypracował. Ten kameralny horror zasługuje na równie kameralne warunki, dlatego polecam znaleźć sobie małe kino, którego atmosfera będzie pasowała do nieco zamkniętej natury Autopsji.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane