Recenzje

ARTYSTA (2011). Stare kino w nowym Hollywood

Jeden z filmów, które przywracają wiarę w magię kina.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Nieme-ożliwe!

Autorem tekstu jest Mateusz Nawrocki.

Ostatnimi laty w Hollywood, poza modą na remake’owanie wszystkiego, co może przynieść potencjalny zysk, pojawił się także nowy trend. Reanimowanie zapomnianych przez widzów, reżyserów i producentów gatunków, których era dawno przeminęła. Zaczął Soderbergh, kręcąc odwołujący się do filmów z Bogartem (a w szczególności do Casablanki), czarno-biały obraz Dobry Niemiec, potem byli panowie Rodriguez i Tarantino, składający hołd kinu grindhouse’owemu, trend podchwycił także stary mistrz Scorsese, którego stylizowana na klasyczne kryminały z lat 60. Wyspa tajemnic zawojowała kina. W tym roku konkurencję zniszczył duński twórca Nicolas Winding Refn, którego Drive, czerpiąc garściami z filmów Melville’a, Hilla i Manna, zdobył powszechne uznanie i przez wielu okrzyknięty został filmem kultowym, a sam reżyser dostał za swoją pracę nagrodę w Cannes.

Rzeczywiście jest tak znakomity, jak twierdzi zdecydowana większość filmowego świata.

Obok filmu Refna, Melancholii von Triera i zwycięzcy Złotej Palmy – Drzewa życia – był jeszcze czwarty film, który wzbudził wiele emocji, jednak w przeciwieństwie do pozostałych trzech, głównie tych pozytywnych. Nieznany do tej pory szerszej publiczności francuski twórca, Michel Hazanavicius, który w odświeżaniu klasyki kina poszedł znacznie dalej od wymienionych wyżej twórców, stworzył jakby żywcem wyjęty z lat 20., czarno-biały, niemy obraz Artysta, który z miejsca podbił serca festiwalowej publiczności, a gwiazda produkcji, Jean Dujardin, zdobył nagrodę dla najlepszego aktora. Jednak pomimo zachwytu publiczności i znakomitych recenzji, nikt nie przypuszczał, że kilka miesięcy później francusko-belgijska produkcja stanie się najpoważniejszym kandydatem do Oscara, zbierając wcześniej wszelkie możliwe nagrody od różnej maści kół krytyków, gildii i organizacji filmowych i w końcu zgarniając trzy Złote Globy (w kategoriach najlepsza komedia lub musical, najlepszy aktor w komedii lub musicalu i za najlepszą muzykę), a kilkanaście dni później 10 nominacji do nagród Akademii, w tym oczywiście za najlepszy film i najlepszą reżyserię.

Ja, szczerze mówiąc, będąc świadkiem zwycięskiego pochodu Artysty, byłem nastawiony bardzo sceptycznie wobec tego filmu. Tak to już jest z różnej maści faworytami – kiedy balon oczekiwań jest pompowany zbyt długo, istnieje spore ryzyko, że rozczarowanie może być bardzo bolesne. Kiedy więc tylko pojawiła się szansa na zweryfikowanie tego, czy film Hazanavicuisa rzeczywiście jest tak znakomity, jak twierdzi zdecydowana większość filmowego świata, czym prędzej z niej skorzystałem. I doznałem czegoś niesamowitego.

Są takie filmy, które przywracają wiarę w magię kina. To właśnie jeden z nich. W tym wypadku nie ma znaczenia, czy ogląda się go na dużym, kinowym ekranie, czy w domowym zaciszu. To również świadczy o jego wielkości. Nawet oglądany na 16-calowym monitorku potrafiłby wciągnąć w swój świat i oczarować nim.

Kiedy filmowiec postanawia operować w swoim dziele tylko dwoma kolorami, decyzja ta może oznaczać dwie rzeczy: pasuje mu to do planowanej konwencji, albo chce na siłę wszystkim pokazać, jaki to ten jego film jest ambitny. Paradoksalnie, u Hazanaviciusa obie te rzeczy mają miejsce. Z tym że on nie stara się robić niczego na siłę. On po prostu kręci w wybranej przez siebie konwencji, wyciskając z niej wszystko co najlepsze, największe wady zamieniając w zalety, a efekt jest zdecydowanie godny podziwu. W czerni i bieli, kolorach wydawałoby się oznaczających (w obecnych czasach oczywiście) coś ponurego i w żadnym razie nie cechującego komedii, francuski twórca zawarł całą paletę rozmaitych emocji.

Poczynając od rewelacyjnego wstępu, gdzie mamy do czynienia ze wspaniałym hołdem na cześć starych, hollywoodzkich premier kinowych, które wtedy naprawdę były bardzo prestiżowym wydarzeniem, dominuje uczucie doznawania czegoś wielkiego. Poczucie, że oto razem z resztą widzów na sali kinowej, jesteśmy świadkami niecodziennego, podniosłego wydarzenia. Pełnego chwały i wylewającego się zewsząd blichtru, oświetlanego blaskiem największej gwiazdy: George’a Valentina, poprzez obserwację jego życia codziennego, aż w końcu do kilku przełomowych wydarzeń, wśród których mamy przypadkowe spotkanie z pewną skromną, ale ambitną dziewczyną oraz rozmowa z producentami, którzy właśnie zaczynają inwestować w nową technologię: dźwięk.

I tu właśnie rozpoczyna się historia właściwa. Wielki gwiazdor kina niemego zdaje sobie sprawę, że wraz z nastaniem kina dźwiękowego, jego kariera dobiegnie końca. Valentin początkowo nie daje wiary temu, że ktokolwiek będzie chciał słuchać aktorów z kinowego ekranu, olewając producenckie grono. Jednak w głębi duszy wie, że niebawem nastanie to, co nieuniknione (znakomita scena ‚dźwiękowego’ snu), mając spore problemy z poradzeniem sobie z tym faktem. Z drugiej strony mamy młodą, obiecującą tancerkę, Peppy Miller, która dzięki znajomości z Valentinem, dostaje się na salony i wkrótce zaczyna być rozchwytywaną aktorką kina dźwiękowego i pierwszą jego prawdziwą gwiazdą. Oszołomiona sukcesem, stara się odnaleźć w wielkim, pełnym przepychu świecie, wciąż skacząc po szczebelkach kariery na sam szczyt, podczas gdy dawna gwiazda stacza się coraz niżej i niżej…

Pomimo małej oryginalności, konstrukcja fabuły to po prostu majstersztyk.

Hazanavicius opowiada o upadku wielkiej gwiazdy, z drugiej strony serwując od podszewki narodziny następnej, przez co współczucie widza dla Valentina staje się tym większe. Poczucie wielkiej straty i niespełnienia na jego twarzy, poczucie zhańbienia, a zarazem wielkie pokłady dumy i artystycznej nieuległości czynią z niego postać kompletną, której losy mocno angażują i wyzwalają pokłady skrajnych emocji: od śmiechu (wszystkie sceny z GENIALNYM psem), poprzez smutek i złość (scena aukcji, chyba najbardziej poruszająca scena tego roku) aż po… niemal łzy (szukanie taśmy z filmem po rzuceniu zapałki). Z drugiej strony mamy młodą Peppy Miller, która pomimo tego, że zdobyła sławę, pieniądze i miłość tłumów (i producentów, ma się rozumieć), wciąż cierpi na brak miłości, jednocześnie mając wyrzuty sumienia w stosunku do Valentina…

Oczywiście, nie byłoby postaci bez odpowiednich aktorów i do teraz nie potrafię powiedzieć, kto zachwycił mnie bardziej. Czy Dujardin, jako pełen charyzmy, uroku osobistego i pewności siebie gwiazdor i bożyszcze kobiet, a zarazem słabo radzący sobie w ‚normalnym’ życiu, szukający pocieszenia w alkoholu, mając za jedynych przyjaciół wiernego psa i szofera (teraz pytanie, który z nich był wierniejszy…), upadły artysta? A może Bejo, jako ambitna i z czasem nabierająca wprawy w obejściu na salonach aktorka pełną gębą, jednocześnie będąca wciąż skromną i wciąż niespełnioną w miłości? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Ale wiem, że oboje z nich nagrodziłbym Oscarem. Podobnie jak Hazanaviciusa, Schiffmana, za pełne magii i precyzyjnie zaplanowane, a zarazem pełne naturalności kadry i oczywiście Ludovica Bource’a, którego fantastyczna, odwołująca się do klasyki kina niemego muzyka stanowi 25% wartości tego wspaniałego filmu.

Gwoli podsumowania, Artysta jest pełnym magii, bardzo wzruszającym, ale jednocześnie napakowanym pozytywną energią filmem (to zakończenie!), będącym idealnym hołdem dla czasów kina, takiego, jakim było przed 90 laty, do tego wspaniale zrealizowanym i przemyślanym w każdym aspekcie. A od dziś także, moim faworytem oscarowym i drugą, obok Drive, najlepszą produkcją 2011 roku. Polecam.

Tekst z archiwum film.org.pl (8.02.2012).

Ostatnio dodane