Recenzje

ARAHAN (2004)

Niezwykłe połączenie mistycyzmu, tajemnych legend i nowoczesnych efektów specjalnych.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Dobre na początek

Korzystając z okazji, chciałbym skrytykować inny film…

Wszyscy ostatnio trąbią o niejakim Ong-bak; że oto następca Bruce’a Lee, że odrodzenie kina kopanego i wiele innych ochów i achów na temat tej tajlandzkiej, pod każdym względem – według mnie – średniej, żeby nie powiedzieć żenującej, produkcji. Owszem, jest w Ong-bak kilka fajnych kopnięć, skoków i wyskoków, tudzież ciekawie zainscenizowanych walk i popisów sprawnościowych na wysokim szczeblu. Chwali się też to, że aktorzy nie latają na żadnych sznurkach czy innych antygrawitacyjnych wspomagaczach, a główny bohater opowieści sam wykonuje wszystkie niebezpieczne ewolucje – bardzo widowiskowe zresztą, choć zepsute konwencją, w jakiej ukazuje się je nam na ekranie. Oto bowiem każdy fikuśny numer pokazany jest z kilku ujęć kamery, ale nie tak, jak przyzwyczaił nas normalny montaż. Tu na każdym ujęciu widzimy daną ewolucję od początku do końca i tak 3-4 razy w kółko – niesamowicie drażniło mnie to podczas oglądania i wywoływało uczucie śledzenia dokumentu, zrealizowanego przez reżysera zafascynowanego umiejętnościami swojego bohatera do tego stopnia, że postanowił pokazać jego wyczyny tak dokładnie, żebyśmy przypadkiem czegoś nie przegapili.

Jesteśmy świadkami światowej ekspansji kina koreańskiego.

Oprócz tego zupełnie chybionego zabiegu formalnego, w okrzyczanym Ong-bak kuleje niesamowicie fabuła – prostsza i mniej ciekawa już chyba być nie mogła, i przede wszystkim aktorstwo. Nazywanie zaś Phanoma Yeeruma nowym Bruce’em Lee, to jak nazwanie Sylwestra Latkowskiego nowym Michaelem Moorem; zupełnie nie ten poziom, zupełnie nie ta liga. Zapewne zaczyna się wam zdawać, że pomyliłem recenzje, bo miało być chyba o innym filmie. Powyższy wstęp miał jednak na celu szybką, miażdżącą ocenę Ong-bak, któremu to dziełu nie miałem zamiaru poświęcać odrębnego tekstu, oraz wprowadzenie do recenzji koreańskiego filmu Arahan, który jest dla Ong-bak tym, czym Poszukiwacze zaginionej Arki dla Kopalni króla Salomona.

Jeszcze tylko słów kilka o kinie koreańskim…

Obecnie jesteśmy świadkami światowej ekspansji kina koreańskiego, którego frontmanem jest kultowy już Oldboy Chan-wook Parka. Nie samym jednak Oldboyem Korea Południowa stoi; mamy też wiele innych znakomitych filmów, m.in. utrzymane w podobnym, ponurym jak Oldboy klimacie Samarytanka i Bad Guy czy Acacia Ki-Hyung Parka – koreańska odpowiedź na japońskie The Ring – Krąg i Dark Water. Kino Made In Korea to zupełnie inny, chwilami „ciężki” sposób opowiadania, inna wrażliwość i inna kultura, dzięki czemu dla nas Europejczyków spotkanie z tym kinem będzie doświadczeniem zarówno nowym, jak i niezwykle fascynującym i satysfakcjonującym. Wymienione wyżej filmy to głównie dramaty wypełnione krwią, przemocą i podszyte seksem.

Takie właśnie jest kino koreańskie, które do nas dociera; liryka miesza się tu z gwałtem, piękno z brutalnością – coś w stylu estetyki filmów Takeshiego Kitano (Sonatine, Hana-bi), tylko nieco ostrzej podane. Mamy też kilka przykładów na koreańskie filmy oferujące historie po prostu piękne, jak anime Wonderful Days Moon-saeng Kima (choć szybkiej i widowiskowej akcji też tu nie brakuje!), Chihwaseon – biograficzna opowieść o życiu i śmierci słynnego malarza (w roli głównej znany z Oldboya Min-sik Choi) czy ciepły i wzruszający obraz Za młoda, by umrzeć Jin-pyo Parka, o kochającej się parze staruszków, którzy w filmie sami zagrali siebie. To wszystko filmy z głównego nurtu prężnie rozwijającej się, znakomitej filmografii, otwartej na wpływy zachodu Korei Południowej. I znowu zamiast pisać o meritum sprawy, czyli o filmie Arahan – zboczyłem z tematu.

Mocne uderzenie z Korei…

No dobrze, mają Chińczycy swojego Hero, Tajwańczycy Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka, a Tajlandczycy swojego drewnianego aktorsko i pozbawionego cienia charyzmy Ong-Phanoma Yeeruma-Baka (choć trzaskać się potrafi – to mu przyznać trzeba). Koreańczycy mają zaś Arahan – film, który zdecydowanie ‚in plus’ wybija się spośród docierającej do nas zewsząd kopanej papki ostatnich lat. Arahan to niezwykłe połączenie mistycyzmu, tajemnych legend i nowoczesnych efektów specjalnych, służących ukazaniu na ekranie niezwykłej wizji reżysera, której centralnym punktem jest walka dobra ze złem.

Widowiskowe, niezwykle dynamiczne pojedynki.

Widowiskowe, niezwykle dynamiczne pojedynki oraz zarządzanie mocą, dzięki której siłą woli można niszczyć przedmioty na odległość, to największe wizualne atuty Arahan. Cały film ogląda się bardzo przyjemnie i bez znużenia, fabuła jest interesująca – coś na podobieństwo Neo-wybrańca, wprowadzonego w nieznany mu dotąd świat, w którym musi walczyć ze złem – jest nawet scena nieudanego skoku z budynku na budynek, co jest jawnym nawiązaniem do Matrixa, a bohaterowie są w niej osadzeni bez pudła, a i na niewymuszoną i ciepłą historię miłosną znalazło się miejsce. Jest też w tym filmie coś, co na ekranie uwielbiam oglądać – ewolucja głównego bohatera od popychadła i pośmiewiska do herosa, który początkowo nazbyt roztropnie posługuje się nowymi umiejętnościami, by w końcu dojrzeć psychicznie i walczyć o ocalenie świata z przedstawicielem zła.

W Arahan, poza pełnokrwistymi i nie pozbawionymi poczucia humoru postaciami (umiejscowiona w programie telewizyjnym próba złamania konaru drzewa przez podstarzałych mistrzów – rozbraja), królują sceny treningów i walk, które stoją na najwyższym poziomie zarówno pod względem dramaturgicznym, jak i realizacyjnym; moją ulubioną sekwencją w filmie jest konfrontacja Sang-hwana z byłymi prześladowcami, co oczywiście kończy się totalną rujnacją restauracji, w której do owej konfrontacji dochodzi. Na równi działa tu sprawność fizyczna aktorów, jak i finezja i wyczucie operatora kamery – która wchodzi niemal w interakcję z tym, co filmuje. Nie brakuje niestety w Arahanie scen linkowych, ale nie drażnią tak, jak w Przyczajonym tygrysie…, a biegania po wodzie czy liściach tu – uffff – nie uświadczymy.

Znajdą się za to w Arahan sceny wyjęte żywcem z kultowego anime Akira. Zawsze chciałem zobaczyć w filmie kinowym to, co w animowanej Akirze zwalało mnie z nóg, czyli sceny, w których Tetsuo siłą umysłu demoluje Tokio, miażdży czołgi, powoduje unoszenie się przedmiotów i sprawia, że beton eksploduje niczym zdruzgotany podziemnym wybuchem. Właśnie w Arahan znalazłem tego namiastkę; jest taka scena, w której Sang-hwan unosi w powietrze kawałki gruzu czy jak wzbiera w nim furia i krzyczy, rozkładając ręce, a woda z fontanny, w której stoi, wzbija się do góry niczym uderzana niewidzialnym ciężarem i regularnie, wznoszonymi w powietrze falami zbliża się do wroga – cudo! Arahan to także niecodzienne umiejętności bohaterów w bieganiu po dachach wieżowców, tudzież po ścianach i wszystkim, co się do biegania nadaje. Nie ma jednak w tym nic z kiczu czy naciągactwa – konsekwentna i spójna konwencja filmu broni w nim bowiem każdej niedorzeczności czy niemożliwości.

A wizualnie wygląda to nadzwyczaj pięknie, niesamowicie i dech w piersiach zapierająco. Do tego twórcy dorzucili kilka wpadających w ucho i przyspieszających akcję motywów muzycznych. A jeśli już mowa o następcy Bruce’a Lee, to jeśli w ogóle ktoś ma szansę się do takiego tytułu choćby zbliżyć, to z pewnością nie Ong-Phanom Yeerum-Bak, a właśnie bohater Arahan, który, choć przez większą część filmu pozostaje nieco roztrzepanym i chwilami gapowatym adeptem sztuk walki, to podczas pojedynków wychodzi z niego demon szybkości i pędzący żywioł niszczycielskiej mocy. Powiedzcie sami: czy może nie wywrzeć wielkiego wrażenia scena, w której nasz bohater, zaczepiony przez jednego z byłych prześladowców, z aroganckim uśmieszkiem na twarzy rozwala go dwoma ciosami i śmiało rusza w kierunku pozostałych, niczym rozpędzona lokomotywa, aby na przekór filozofii, której się uczy, wykorzystać swoją nową moc do skopania tyłków wszystkim, którzy kiedyś skopali jego…

Jeśli jeszcze nie zaznajomiliście się z kinematografią koreańską, to Arahan doskonale nadaje się na rozdziewiczenie was w tej kwestii. To kino awanturniczo-przygodowe pełną gębą, zrobione z pomysłem, nerwem i pasją, zwariowane i pełne pozytywnej energii!

Tekst z archiwum film.org.pl (21.10.2004).

Ostatnio dodane