VHS

AMAZONKI PRZECIW SUPERMANOM. The Defenders z niskim budżetem

Nikt nigdy nie potrafił tak sprawnie żonglować nawiązaniami bez narażania się na konflikty prawne jak włoscy twórcy z epoki kaset VHS. Alfonso Brescia poszedł nawet o krok dalej, bo zakpił z kina superbohaterskiego jeszcze zanim powstało.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Wojna płci

Wonder Woman i Deadpool przyciągają do kin tłumy, Spider-Man ma za sobą dwa rebooty, a na Ligę sprawiedliwości możemy z czystym sumieniem ponarzekać, choć jeszcze piętnaście lat temu zachwycalibyśmy się tym, że w ogóle powstała, ale nie zawsze było tak kolorowo w świecie kolorowych herosów…

Lata 90., skromnie wyposażona wypożyczalnia kaset wideo w Gdańsku-Nowym Porcie, ja i brat po obejrzeniu zapierającego dech w piersiach Kapitana Ameryki (oczywiście tego z 1990 roku, w reżyserii znakomitego Alberta Pyuna), prosimy o coś podobnego, o film z superbohaterami. Dzisiaj postawiono by nas przed wysokim regałem, na którym mielibyśmy do koloru do wyboru, całą bandę Marvela i cała bandę DC, ale wtedy nie było w czym przebierać.

Kiedyś Cezary Pazura wyznał na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, że w teatrze najbardziej lubił te momenty, gdy trafiony kulką z papieru aktor na chwilę wychodził z roli i łapał się za szyję. Film Alfonso Brescii jest natomiast dokumentacją stu minut aktorstwa pod ostrzałem papierowych kulek.

Po kilkunastu minutach padło na kasetę opatrzoną imponującą grafiką, na której poza wielkim napisem „Superman”, widniała odziana w czerń postać przypominająca Spider-Mana. Akurat w tym czasie TM-Semic wydawało w Polsce komiks z Pajęczakiem, gdzie przywdziewał mroczny trykot, więc wszystko zdawało się zgadzać – czarny Spider-Man, Superman i amazonki, a w dodatku hasło reklamowe i spoiler w jednym na szczycie okładki – „zwycięża miłość”. Aż do powrotu do domu i rozpoczęcia seansu nie było wątpliwości, że oto czeka nas fantastyczna przygoda, o jakiej nazajutrz będziemy z wypiekami na twarzach opowiadać kolegom z klas i wtedy… Wtedy spotkało nas największe rozczarowanie w historii wypożyczania VHS-ów.

Jak nietrudno się domyślić, superbohaterów tutaj nie ma. Wystarczyło kilka minut tandetnego wstępu, gdzie w oniemieniu oglądaliśmy urywki mało efektownych pojedynków z nałożonym na nie efektem negatywu oraz radosna, kiczowata pioseneczka rodem z Teletubisiów, żeby ziarno zwątpienia błyskawicznie wykiełkowało. Jako niedoświadczony młodzian nie potrafiłem docenić urokliwości takich zabiegów. Trzeba było wielu seansów napuszonego kina artystycznego, żeby odkryć piękno „złego” filmu i dzisiaj Amazonki przeciw Supermanom oglądam ze znacznie większym zainteresowaniem. Kiedyś Cezary Pazura wyznał na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, że w teatrze najbardziej lubił te momenty, gdy trafiony kulką z papieru aktor na chwilę wychodził z roli i łapał się za szyję. Film Alfonsa Brescii (oraz większość podobnych, niskobudżetowych produkcji) jest natomiast dokumentacją stu minut aktorstwa pod ostrzałem papierowych kulek i teraz, ponad dwie dekady po pierwszym seansie, mam dla niego znacznie więcej sympatii.

Jeżeli dobrze się wysilimy, to w tercecie głównych postaci można dostrzec cechy typowych komiksowych bohaterów. Mamy Mooga, obowiązkowego osiłka nie do zniszczenia przypominającego Luke’a Cage’a; mamy Chunga, mistrza sztuk walki przypominającego Iron Fista i wreszcie Aru – zamaskowanego, tajemniczego wojownika działającego na rzecz lokalnej społeczności przypominającego Daredevila. Dobór akurat takich postaci nie jest jednak ani wyrachowany, ani przypadkowy, bo Superuomini, superdonne, superbotte (to właściwy tytuł filmu, nie Le Amazzoni – donne d’amore e di guerra, jak można przeczytać w niektórych serwisach) to unikalna, międzynarodowa koprodukcja. Do współpracy włączyło się słynne studio braci Shaw z Hong Kongu (stąd wojownik kung-fu), a także producenci z Meksyku (stąd Aru przypominający luchadora). Tania, okrojona wersja Defenders staje natomiast w szranki z despotycznymi, terroryzującymi okoliczne wioski… amazonkami i być może jest to jedyny przypadek w historii filmu, kiedy plemię wojowniczych kobiet przyjęło rolę czarnych charakterów, ale przecież nie po takie dziwactwa włoska myśl klasy Z miała okazję sięgać.

Płciowych potyczek nie należy jednak traktować poważnie (jak i całego Amazonki przeciw Supermanom), tym bardziej, że niewiele jest tutaj płciowych stereotypów i nachalnej nagości, jakie w latach 70. w przedsięwzięciach podejmowanych z myślą o rynku wideo były dość powszechne. Brescia postawił na niemalże familijne kino z kilkoma wybuchami i masą gagów oraz slapstickowym poczuciem humoru, które bawi przede wszystkim tym, że mimo dużego wysiłku nie jest ani odrobinę śmieszne. Krótko pisząc, mamy do czynienia z uosobieniem idei „tak złe, że aż dobre”, więc zbierzcie przyjaciół i dajcie się ponieść absurdowi.

Ostatnio dodane