Recenzje

Co rozświetla mroki życia? O OPERACJI ŚWIT Wernera Herzoga

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Chemik, aby powiedzieć coś więcej o właściwościach danego metalu, podda go różnym próbom. Podobnie jak z metalem – jest z ludźmi.
Werner Herzog

Człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach.
Gustaw Herling – Grudziński, Inny świat

Autorem tekstu jest Mariusz Koryciński.

W czasach, kiedy dezawuowaniu ulegają proste prawdy i wartości, takie jak honor, przyjaźń czy ojczyzna, niemiecki twórca Werner Herzog stworzył niezwykle przewrotny film. Z jednej bowiem strony odwołujący się do kinowych schematów, z drugiej zaś – w jakiś sposób je przełamujący; ocalający dla widzów najważniejsze wartości, a jednak idący pod prąd skonwencjonalizowanemu myśleniu.

Herzog opowiada w Operacji Świt prawdziwą historię swego rodaka, Dietera Denglera, który po zakończeniu II wojny światowej wyjechał wraz z matką do USA. W nowej ojczyźnie zaciągnął się do lotnictwa, ponieważ od dzieciństwa marzył o lataniu. Jego pragnienie spełniło się na początku lat 60., kiedy został wysłany na tajną misję, mającą na celu ostrzelanie strategicznych celów w sercu laotańskiej dżungli. W tym właśnie punkcie życia Denglera, na początku konfliktu wietnamskiego, reżyser rozpoczyna swą opowieść, obejmującą zestrzelenie, pojmanie, torturowanie, pobyt w więzieniu i ucieczkę pilota.

Kino amerykańskie wykształciło dwa rodzaje bohaterów wojennych.

Kino amerykańskie, mówiąc w dużym uproszczeniu, wykształciło dwa rodzaje bohaterów wojennych. Pierwszy z nich to osoba nieskazitelna, kochająca wojsko oraz swój kraj i ślepo im posłuszna; pokonująca bezproblemowo przeciwności losu (za sprawą wyszkolenia, wiary w Boga i ojczyznę). Później inni twórcy dostrzegli, iż taka posągowa postać podszyta jest fałszem i zaoferowali nowego bohatera. Był nim młody gniewny, walczący z otaczającym go niesprawiedliwym światem, ukazanym na przykładzie półgłówkowatych oficerów, reprezentujących represyjną kulturę, zmuszającą do bycia kimś innym niż się jest. Kiedy bohater stawał do walki, to wygraną zawdzięczał niczemu innemu jak swej nieskrępowanej indywidualności.

Reżyser swym dziełem myli tropy, od początku nie pozwalając na jednoznaczne zakwalifikowanie swego bohatera do jednej z wyżej nakreślonych grup. Sceną kluczem okazuje się ta pokazująca Denglera wraz z kolegami z wojska, oglądającego film instruktażowy dotyczący przetrwania w dżungli. Wszyscy wyśmiewają się z naiwności jego twórców, śmieje się też Dieter. Jednak z łatwością dostrzegamy, iż nie jest on tak bezrefleksyjny jak inni i coś z tego filmu bierze dla siebie. W następnej scenie poprosi złotą rączkę o skonstruowanie dla niego kilku przedmiotów, mających mu pomóc w dżungli. I rzeczywiście, kiedy pilot zostaje zestrzelony, ukrywa – zgodnie z zaleceniami porucznika – krótkofalówkę i broń, a zamówione rzeczy pomagają mu przetrwać pierwsze noce w buszu. Już potem, po wydostaniu się z obozu jenieckiego, skorzysta z pomysłów podpatrzonych z tak bezlitośnie wyśmianego przez kompanów filmu. Herzog tym samym obnaża jeden z mitów współczesności, czyli preferowaną przez wielu niedojrzałość (tu przeciwstawioną doświadczeniu głównego bohatera), która bywa utożsamiana z buntem przeciwko pewnym wartościom.

Nie jest też tak, iż Dengler stał się w wyniku wojskowego drylu bezmyślną, odczłowieczoną maszyną, wykonującą wkodowane wcześniej zalecenia dowódców. On także bierze los we własne ręce, wykazując się sprytem i zaradnością – po uwięzieniu na przykład nie czeka bezczynnie na ekipę ratunkową, lecz sam planuje ucieczkę. Jego pragnienie wydostania się z niewoli przybierze formę realizacji jednego z najprymitywniejszych instynktów: instynktu przetrwania. Człowiek w ujęciu Herzoga jest bowiem zwierzęciem: Dengler, już po akcji ratunkowej, zapytany o to, co pozwoliło mu przetrwać w dżungli (Wiara w Boga? W ojczyznę?) odpowie, że myślał o steku; kiedy w połowie wędrówki przez dżunglę zabity zostanie jego przyjaciel, to Dieter zdaje się tego nie dostrzegać: zrywa but z nogi zmarłego i wymachuje nim, krzycząc do zabójców niczym zwierzę odstraszające przeciwnika.

Herzog chciał pokazać, że nasza natura stymuluje nasze emocje w ekstremalnych sytuacjach.

Czytając powyższy opis naszego bohatera, moglibyśmy pomyśleć, że Dengler był pozbawionym honoru egoistą, myślącym tylko o przetrwaniu i na skutek tego gubiącym gdzieś po drodze swoje człowieczeństwo. Czy aby na pewno? I tak, gdy został schwytany przez Wietkong, odmówił podpisania dokumentu potępiającego USA, mówiąc: „Ja kocham Amerykę. Ona dała mi skrzydła” i nawet najbardziej wymyślne tortury nie zmusiły go do zdrady. Z kolei w obozie jenieckim starał się polepszyć warunki wspólnego życia. Zaprzyjaźnił się z Dwayne’em, najsłabszym z przebywających tam jeńców. Gdy po wydostaniu się z obozu przedzierali się razem przez dżunglę, opiekował się nim, gdy ten zachorował. Dieter działał bowiem w obrębie systemu wartości i nigdy nie zrobiłby niczego, co mogłoby skrzywdzić innego człowieka. Wręcz przeciwnie – cały czas kierował się uczuciem głębokiej empatii, na pierwszym miejscu zawsze stawiając inną osobę.

Wspomniana wcześniej sytuacja, w której nie przeżywał śmierci przyjaciela, też nie jest taka jednoznaczna. Następująca po niej scena ukazuje halucynacje Dietera, w których rozmawia ze zmarłym, oddając mu „skradziony” wcześniej but. Herzog chciał pokazać, że nasza natura stymuluje nasze emocje w ekstremalnych sytuacjach: gdyby Dieter załamał się śmiercią towarzysza, prawdopodobnie nigdy by nie wydostał się z dżungli. Oznacza to, że nasze emocje i odczucia, nawet te najwznioślejsze, okazują się być stymulowane przez naszą biologię, czyli są niezależne od woli. Czyli jednak determinizm.

Jeśli Dieter wydaje się indywidualistą, to tylko dlatego, że jego czyny są bardziej racjonalne niż innych ludzi, ulegających zachowaniom stadnym (jak w ostatniej scenie). Przy tym wszystkim Dengler, niczym typowy Amerykanin, cały czas był pogodny, a jego promienisty uśmiech, na tle okrucieństwa ludzi i obojętności przyrody, będąc czymś nieskazitelnym, odsłaniał jego czyste, wewnętrzne piękno.

I to jest najwspanialsze w filmie Herzoga: owszem, pokazuje on człowieka jako zwierzę, ale też oswaja nasze zwierzęce ja. Idzie na przekór powszechnemu przeciwstawianiu sobie cielesności i duchowości. Pokazuje, że tym, co powinno być narzucone na naszą zwierzęcość, jest system ponadczasowych wartości. Mówi do nas swoim filmem „Nie bójcie się”, uświadamiając, iż zwierzęcość nie oznacza zezwierzęcenia i nigdy nie może iść z nim w parze. Przypomina o tym, co odróżnia nas od innych gatunków, a co jest wynikiem naszej kultury: o naszej moralności, która wymaga wysokich standardów, która jest ważna niezależnie od tego, jak będzie nam źle i jak będziemy upokorzeni. I przypomina, że skoro pochodzimy ze świata, w którym liczą się wartości, musimy je stosować także w innym świecie, i to jak najdłużej się da.

W ostatniej, pięknej scenie Herzog składa bezinteresowny hołd swojemu bohaterowi w darze przyjaźni. Ukazując jego honor, lojalność, przyjaźń i oddanie afirmuje potęgę jego ducha, którego nie da się niczym złamać. Odsłaniając jego siłę, a poprzez to całe piękno człowieczeństwa, związane z zachowaniem godności i umiejętnością jej obrony u innych, rozświetla mroki życia i osłania nas przed upadkiem w otchłań.

Tekst z archiwum film.org.pl (01.11.2009).

Ostatnio dodane