Recenzje

28 TYGODNI PÓŹNIEJ. Wyjątkowa wizja krwawej apokalipsy

Nie tak błyskotliwy i przemyślany jak "28 dni później", ale równie klimatyczny i jeszcze bardziej angażujący.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

28 dni później było jednym z największych filmowych zaskoczeń 2002 roku. Danny Boyle udowodnił, że w filmach o zombie wciąż jest miejsce na kreatywność i głębię, a w centrum uwagi zamiast krwawej rzeźni mogą być postaci. Niezwykle udanym pomysłem okazało się porzucenie motywu ślamazarnych i na wpół śpiących nieumarłych na rzecz przerażająco niebezpiecznego wirusa szału. Przenoszony w ślinie i krwi momentalnie potrafi opętać swoją ofiarę, która kierowana dziką furią brutalnie atakuje i zabija/zaraża każdego, kogo zauważy. Kiedy „zombie” biegną sprintem za bohaterami, bezceremonialnie wskakują przez okna do domów, a jedno ugryzienie oznacza koniec, możemy mówić o mrożącym krew w żyłach napięciu. Pomimo tego 28 dni pozostawało zaskakująco stonowanym filmem, który dużo czasu poświęcał na nieśpieszne sceny interakcji między bohaterami cieszącymi się nieskrępowaną wolnością w postapokaliptycznej Anglii. 28 tygodni porzuca tę beztroskę na rzecz ciągłego niepokoju i wyczekiwania na nieuniknioną tragedię. Kiedy ta w końcu następuje, film łapie nas za gardło i nie puszcza już do samego końca.

Już od pierwszych minut wiemy, jak intensywnym doświadczeniem będzie obraz Juana Carlosa Fresnadillo. Bohaterowie, których poznajemy, chowają się w zabitym deskami domu i próbują podtrzymywać morale. Zaszczuci i przerażeni wiedzą, że najmniejszy błąd może oznaczać śmierć. Ich względnie spokojne przeczekiwanie najgorszego przerywa pukanie do drzwi – to mały chłopiec przyszedł szukać schronienia. Chwilę później okazuje się, że razem z nim do wiejskiego domku dotarli także zarażeni. Koniec ciszy i refleksyjnej atmosfery, zaczyna się mordercza walka o przetrwanie.

Kamera lata jak oszalała, krew bryzga na wszystkie strony, a zewsząd dobiegają wrzaski zarówno zainfekowanych, jak i rozszarpywanych żywcem ocalałych.

Główny bohater (Robert Carlyle) razem ze swoją żoną próbuje uciec z tego piekła. Jednak kiedy kobieta odkłada kwestię przetrwania na bok i rzuca się na pomoc chłopcu, nasz protagonista musi podjąć niewiarygodnie trudną decyzję. Decyzję, którą najpewniej podjęłaby większość z nas. Następująca chwilę później scena w oknie oraz szalony bieg przez zieloną polanę to czysty filmowy majstersztyk. Ładunek emocjonalny, świetnie zagrany strach, klimatyczna scenografia i perfekcyjna muzyka składają się na najlepszą scenę całego dzieła i kultowy moment w historii współczesnego horroru. I choć później nie brakuje kolejnych intensywnych i chwytających za serce scen, to duży cień rzuca na nie brak logiki i scenariuszowe dziury. Jak dowiadujemy się niedługo po krwawym prologu, zabójczy wirus zginął razem z zainfekowanymi. Od początku zarazy minęło 28 tygodni, a do Anglii wkracza NATO, żeby posprzątać trupy, oszacować straty i dopilnować tego, żeby nie nastąpił ponowny wybuch epidemii. Londyn zostaje w dużej części zamknięty, a ocalali zasiedlają wydzieloną im strefę. Trafia do niej dwójka dzieciaków – chłopiec i jego starsza siostra (zjawiskowa Imogen Poots) – które nie może się doczekać spotkania z rodzicami. Ich ojcem okazuje się nasz bohater z prologu, a poszukiwania odpowiedzi na temat losu matki przyniosą różne niespodziewane konsekwencje.


W przeciwieństwie do części pierwszej tym razem śledzimy losy większej liczby niezwiązanych (przynajmniej początkowo) ze sobą postaci. Poza pechową rodziną w centrum wydarzeń są także amerykańscy wojskowi, próbujący zapanować nad trudną sytuacją w Londynie. I choć taki Idris Elba nie ma tutaj za wiele do roboty, to Rose Byrne i przede wszystkim kapitalny Jeremy Renner są postaciami, na których widzowi autentycznie zależy. Losy wszystkich istotnych bohaterów splatają się w drugiej połowie filmu, kiedy w strefie dla ocalałych rozpętuje się prawdziwe piekło. Mające wówczas miejsce sceny masakry wstrząsają i zapadają w pamięć – nie z racji latających flaków, a dzięki emocjom i przerażającemu poczuciu autentyzmu. Operator i montażyści przez większość czasu idealnie balansują na granicy czytelności i używają gwałtownych ujęć w połączeniu z dynamicznymi cięciami. W ten sposób nasycają oglądane przez nas obrazy ogromną energią, która przykuwa do ekranu i wręcz zmusza do wstrzymywania oddechu podczas scen pełnych akcji. Tego typu styl nie jest jednak dla każdego widza i choć w mojej opinii ten zabieg tutaj zadziałał, to z pewnością będą tacy, którzy z tym się nie zgodzą. Indywidualną kwestią jest także podejście do nielogiczności fabularnych – tych tutaj jest kilka i co gorsza, są one poważne. I mimo że niektóre sprawy można wytłumaczyć przy odrobinie wyobraźni, to kilka zgrzytów logicznych po prostu drażni i w jakimś stopniu psuje seans. Jeśli należycie do osób zwracających szczególną uwagę na takie mankamenty, to 28 tygodni później z pewnością spodoba się wam mniej niż mnie.

Pominąwszy kwestię scenariuszowych głupot, pozostałe elementy tworzą prawdziwie wyjątkowy horror. Inny niż pierwowzór, ale również odznaczający się własnym niesamowitym klimatem. Tę niezwykłą atmosferę kreują przede wszystkim piękne zdjęcia oraz wybitna ścieżka dźwiękowa. Warstwa wizualna filmu powinna szczególnie zachwycić osoby zafascynowane krajobrazami Wielkiej Brytanii, jako że nieczęsto widuje się „angielskość” tak idealnie ujętą w kadr. Powracający w roli kompozytora John Murphy wykorzystuje zaś najciekawsze motywy z poprzedniego filmu i dodaje sporo nowych, dzięki czemu całość jest bezbłędna w każdej scenie. Wielka szkoda, że w dalszym ciągu nie doczekaliśmy się 28 miesięcy później, choć od premiery tygodni minęło już ponad 10 lat. Osobiście nadal żywię nadzieję, że kontynuacja powstanie i pokaże, że między ugrzecznionym World War Z a skrajnie idiotyczną serią Resident Evil wciąż jest miejsce na skromniejszy angielski horror o zombie. Brakuje mi takiego unikalnego stylu w tym podgatunku kina grozy.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane