Strona główna KMF
NARODOWAFARSA
 















































































    W 1960 roku Andrzej Munk popełnił swoje najwybitniejsze dzieło – „Zezowate szczęście”. Zwykło się traktować przygody Jana Piszczyka jako komedię omyłek, pomyłek i akrobacji satyrycznych głupka i naiwniaka szukającego pocieszenia w wartościach pozornych. Ale nie jest los gapowatego bohatera wyłącznie zwykłą farsą stworzoną ku uciesze gawiedzi zaglądającej do kina dla rozluźnienia, zabawy i zapomnienia o świecie rzeczywistym. Nie na darmo bowiem Munk jest nazywany twórcą „szkoły polskiej”, która miała bardzo wiele ciekawego do powiedzenia o historii, polityce i człowieku.

MUNK vs WAJDA

    Wraz z Andrzejem Wajdą zapoczątkowali nowy trend w kinie polskim będący niejako rozrachunkiem z czasami minionymi lub im współczesnymi – Polską przedwrześniową, okupacją hitlerowską i narodzinami Polski Ludowej. Odważnie wdano się w polemikę z historią - temperament Wajdy i Munka ożywił pamięć zbiorową, odświeżył zmurszałą poetykę polskiego filmu w pierwszym dziesięcioleciu po wojnie. Lata 1939-1945 były najgłębszym przeżyciem obu reżyserów, dlatego też 30-kilkuletni twórcy dokonali niejako rewizji świeżych dziejów Polski, tym bardziej, że powojenna kinematografia niemalże ignorowała tematykę wojenno-okupacyjną, a jeśli już podejmowała się jej przedstawienia („Ostatni etap” o obozie oświęcimskim, „Ulica Graniczna” o powstaniu w warszawskim gettcie) to omijając kwestie polskie, zwłaszcza rozrachunkowe. Pojawiają się bezczelnie Andrzej Munk ze swym „Człowiekiem na torze” w 1957 roku i Andrzej Wajda wspominający w 1955 roku „Pokolenie”. Podrażnili lekko piekącą jeszcze ranę, zdenerwowali ludową klasę polityczną – bezczelni i wspaniali!
    Ale wiele różni obu twórców, inną bowiem posiadają wrażliwość, inaczej patrzą na bohaterów swych dzieł, różni ich forma, którą narzucają swym filmom. Wajda kocha metafory, tonacje liryczne, natchnienia romantyczne i heroiczne – gdy Maciek w „Popiele i diamencie” ginie jest to śmierć bohaterska, klęska po zaciekłej walce, tragedia o wymiarze mitologicznym. Podobnie jest w „Pokoleniu”, „Kanale” i innych rozrachunkowych dziełach Wajdy wypełnionych romantyzmem wyrosłym z tradycji narodowej, historii powstańczej.
    Munk jest inny. Trzyma się bliżej współczesności i operuje językiem filmu dokumentalnego, który jest prosty, luźny, często ironiczny i satyryczny, choć od strony ideowej uciekający od niepowagi. Nie znajdziemy w jego filmach wielkich metafor stylistycznych i żonglerki romantyczną liryką i tragedią. Nie uświadczymy bohaterów wewnętrznie rozdartych i cierpiętniczo spoglądających na nas z ekranu. Munk nie odrywa się od rzeczywistości, nie używa języka metaforycznego do opowiadania filmowych historii. Po co przedstawiać znaczenia, skoro można je po prostu sugerować? Kamera Munka obserwuje losy ludzkie w sposób autentyczny, oddaje złożoność rzeczywistości tworzonej przez siły ją opanowujące, bez odwoływania się do czytelnej symboliki. Interpretacja należy do widza, bo widz widzi świat niejako „czysty”, nieskrępowany wartościami patriotycznymi, historycznymi i literackimi, a także romantyczną tradycją. Świat widziany okiem kamery Munka jest wyjątkowy, nie mający w Polsce powojennej swego odpowiednika – jego tkanką jest rzeczywistość i jeśli wkrada się do niej alegoria to bardziej w duchu Chaplina niźli neorealizmu włoskiego bądź bunuelowskiego, którego przedstawicielami byli Wajda, Kawalerowicz czy Has.

(Dłuższym wstępem pragnąłem niejako przedstawić postać Andrzeja Munka, zmarłego 42 lata temu, dzisiaj już trochę zapomnianego, tym bardziej, że berło Króla polskiej kinematografii dzierży odwiecznie oscarowy Andrzej Wajda - wzór filmowych cnót wszelakich, jak się przyjęło powszechnie uważać. Poza tym na stronie KMF nic – jeszcze – o Munku nie ma, więc tekst widniejący powyżej niechaj będzie skromnym wprowadzeniem w twórczość tego wybitnego reżysera)

    Wróćmy jednak do „Zezowatego szczęścia”, które osobiście uznaję za najodważniejszy i najlepszy film Andrzeja Munka. Niektórzy zwykli wynosić na piedestał powstałą rok wcześniej „Eroicę”, wielu uznaje „Pasażerkę” z 1962 roku za dzieło najwybitniejsze w dorobku Munka. Trudno zaprzeczyć temu, że dorobek tego reżysera składa się z dzieł wyłącznie znakomitych, lecz wcielenia Jana Piszczyka ukazują w całej okazałości geniusz, oryginalność i odwagę młodego twórcy. Stworzył nie tylko przyjemną w oglądaniu komedię z zabawnym bohaterem w roli głównej, ale też w rewelacyjny sposób przyjrzał się, poprzez osobę Piszczyka, dziejom narodu polskiego. Munk odrzucił romantyczny heroizm i ustawił człowieka z zezowatym szczęściem na środku sceny. Piszczyk gra na ile mu publika przyzwala, cieszy się gdy klaszcze, ucieka gdy buczy.

KARIERA FRAJERA

    Jest to historia wielkiego pechowca Jana Piszczyka, który dla własnej wygody, z czystej próżności i doraźnych korzyści nakłada co rusz to nowy mundur. Jest oportunistą czyli do postaw heroicznych bardzo mu daleko, choć chciałby za bohatera uchodzić. Niestety wciąż ktoś mu nogę podstawia, ktoś go karze za naiwny konformizm, coś go uwiera i przeszkadza.
    Ojcu-krawcowi nie może się biedny chłopczyk przypodobać, bo gapa z niego i niewinny głupek. W szkole dokuczają mu koledzy, nauczyciel się gniewa, chłopak spogląda marzycielsko przez okno i widzi harcerzy maszerujących po boisku w zwartym szyku, w rytm gwizdka drużynowego. I już mały Piszczyk biegnie na boisko, już dostaje trąbkę i już zaczyna trąbić – drużynowy pełen podziwu, inni harcerze również małemu talentowi przyklaskują. Zbliża się defilada, do której chłopak przygotowuje się dzielnie grając na trąbce gdzie popadnie, nawet w ubikacji. Po chwili widzimy Jasia dumnie maszerującego przed oficerem, powstańcem z 1863 roku oraz pomnikami Chopina i Sobieskiego. Złośliwy kolega wsypuje jednak do trąbki Piszczyka proszek powodujący kichanie, po czym kicha Piszczyk, kicha cała drużyna, kicha drużynowy, oficer i powstaniec. Wyrzucają chłopaka z harcerskich szeregów i w tym momencie kończy się zawrotna kariera małego frajera.

    Kilka pierwszych minut „Zezowatego szczęścia” jest zarysem całej przyszłej drogi pechowca. Piszczyk zawsze będzie się wcielał w skórę innych ludzi, innych postaw, charakterystycznych dla danych czasów. Chcąc uciec od nijakości bohater stara się znaleźć wśród wybranych, a kiedy mu się to udaje musi zabłysnąć, musi odnieść sukces w oczach innych. Zapisuje się więc do studenckiej organizacji pozarządowej, która organizuje przedwojenną demonstrację przeciwko Litwie. W serii zabawnych scen z nią związanych widzimy Piszczyka niosącego transparent z napisem „Na Kowno”, obok studenci skandują „Wodzu, prowadź”, „Niech żyje Śmigły-Rydz”. Pojawiają się nagle przeciwnicy – opozycjoniści z obozu narodowego, którzy wykrzykują zgoła przeciwne hasła czyli „Precz z sanacją”, „Żydzi na Madagaskar”. Już w tej chwili poczuł Piszczyk, jak sam mówi, siłę zbiorowości, lecz kiedy widzi zbliżających się niebezpiecznie przeciwników politycznych krzyczy entuzjastycznie i zarazem strachliwie: „Wodzu prowadź! Żydzi na Madagaskar! Niech żyje Śmigły-Rydz! Precz z sanacją!”. Po chwili zaczyna się demolka żydowskich sklepów, w ogólnym rozgardiaszu Piszczyk ucieka. Wpada na zrozpaczoną Żydówkę, pragnie ją pocieszyć, zjawia się jednak policja i już pałuje biednego studenta.

MALOWANY ŻOŁNIERZ

    Piszczyk w tej scenie jest prorządowy i antyrządowy; jest filosemitą i antysemitą. Jest naiwny, lękliwy, głupkowaty, ale i o dobrym sercu. Munk nie ośmiesza bohatera, lecz rzuca go w wir wydarzeń, w których możemy wyraźniej zaobserwować typowe postawy dominujące w społeczeństwie polskim. Tło staje się coraz wyraźniejsze gdy następuje kolejny etap „kariery” Piszczyka – tym razem pechowiec wyrusza na wojnę. Bohatera urzeka urok munduru i wzrok pań podążający za żołnierzami. I decyduje się wstąpić do podchorążówki, lecz we wrześniu 1939 wybucha wojna i plany się nieco komplikują. Chciałby Piszczyk być żołnierzem, jak każdy zresztą Polak w tamtym okresie – niestety koszary są zniszczone, w kraju chaos i bezhołowie. Nasz bohater znajduje mundur podchorążego i, w tym momencie aresztowany przez Niemców, podszywa się za kogoś kim nie jest. Ciągnie swoją historyjkę w obozie jenieckim dla oficerów, bo, jak sam mówi, nie miał tej śmiałości, by przyznać się do prawdy. Poza tym wszyscy go podziwiają, traktują jak walecznego męża, który uciekł z pola przed samolotami, które szatkowały jak kapustę jego oddział. Niestety, prawda wychodzi na jaw, oficerka polska uznaje Piszczyka za niemieckiego szpicla. I znowu pech dopada naszego bohatera, z winy jego samego – mundur zbyt dobrze leżał, choć nie był jego. Następuje koniec „kariery” wojskowej.

    Piszczyk trafia następnie do fabryki zbrojeniowej III Rzeszy, po czym, uskarżając się na kiepskie zdrowie, wraca do okupowanej Warszawy. Sekwencje wojenne, te obozowe i okupacyjne, choć nie pozbawione tonacji komediowej, oddają dramatyczną atmosferę tamtego okresu. Zabawne obrazki w dalszym ciągu występują, lecz ich tła – zgliszcza, hitlerowcy na ulicach, łapanki – trudno nie zauważyć bądź zignorować. Piszczyk jest przerażony, choć spotykając starego znajomego, Jelonka, liczy na nową „karierę”. I udaje się, zostaje pomocnikiem w handlowych interesach warszawskiego cwaniaka. Nie dość tego, bo Piszczyk chce przecież uchodzić za kogoś lepszego niż jest. Powraca więc do swej obozowej mistyfikacji, znowu opowiada o szatkowaniu kapusty przez szwabskie samoloty, a dodaje jeszcze historyjkę o brawurowej i samotnej ucieczce z obozu… Piszczyk poznaje „swoją wielką miłość”, Basię, w której oczach rośnie on do rozmiarów co najmniej heroicznych. I na tym polu po raz kolejny przegrywa – Piszczyk zaczyna bawić się w konspirację, co skutkuje skutkami odwrotnymi od zamierzonych. Nie dość, że granatowa policja oskarża go o spiskowanie i kolportowanie nielegalnych druków, to jeszcze bohater pojawia się w szeregach spiskującego towarzystwa, gdzie zostaje zdemaskowany przez jednego z niedawnych towarzyszów niedoli obozowej. I znowu jest szpiclem, znowu traci to, co miał, a raczej udawał, że miał. Już był prawie szczęśliwy, już powziął postanowienie, że dosyć pozorowania, dosyć nieprawdziwych wcieleń.

LUDOWY BOHATER

    Kończy się wojna, zaczyna się za to kolejna „kariera” Piszczyka z Polską powojenną w tle. Nasz nieszczęśnik ląduje w Krakowie, gdzie zostaje urzędnikiem w prywatnym interesie ówczesnego kombinatora. Szczęśliwy czas zostaje brutalnie przerwany najazdem Urzędu Bezpieczeństwa, który odkrywa spore oszczędności pieniężne Piszczyka. Pech, i to ogromny, wzmocniony jeszcze bardziej w kolejnej sekwencji, w kolejnej „karierze”, tym razem w biurokratycznej machinie państwa ludowego. Piszczyk okazuje się zwykłym urzędasem, gorliwie wypełniającym polecenia nadchodzące „z góry”. Awansuje, znowu jest więc lepszy od innych. Kłopot w tym, że pech jest pechem, tutaj uosabiają go inni, podobni do Piszczyka żwawi biurokraci, którzy również pragną zostać nagrodzeni i wyróżnieni. I znowu Piszczyk przegrywa, znowu dokucza mu zezowate szczęście. W akcie rozpaczy dobiera się do karabinu stareńkiego ochroniarza, chce sobie palnąć w łeb, chce palnąć w łeb wszystkim, ale niestety nie udaje mu się, kula, a jakże – pechowo – trafia w ścianę.

    I co Piszczyk na to? W więzieniu, sekwencji końcowej i początkowej jednocześnie, spinającej zgrabnie ramę utworu, Piszczyk prosi o nie wypuszczanie go z celi. Bo i po co, komu takie szczęście potrzebne? Takie zezowate szczęście?

REWIZJA SPECJALNA

    Życie poniewierało więc Piszczykiem, bo Piszczyk naiwnym człowiekiem był, lekko głupkowatym, prostodusznym. Był oportunistą podrabiającym samego siebie, a oportunistów nie lubimy, bo zaprzeczają oni naszym wyobrażeniom o waleczności, odwadze, wysokich ideałach. Oportuniści popadają w przesądy, w próżność, w przesadną wygodę. Jak tu lubić Piszczyka, skoro doświadcza on nieprzyjemności najczęściej ze swojej winy; wpada w tarapaty, które są niejako karą za grzechy. Piękne to i dydaktyczne, ale przecież film Munka tak prosty nie jest. Reżyser stworzył antyromantyczny mit o Polsce i Polakach. Opowiedział o dziejach kraju, który samoistnie zrodził oportunizm czyli tę próżność, podrabianie, złudną walkę i niebezpieczną ugodowość, których częścią stał się obywatel Piszczyk. To jest bardzo odważne, bo burzące dotychczasowy porządek historyczny, gdzie każdy Polak to Zawsze Wygrywający Niezłomny Wojownik Narodu Polskiego. Takich było wielu, ale nie wszyscy podążali drogą Maćka z „Popiołu i diamentu” - był taki cwaniak Jelonek (lub Dzidziuś z „Eroiki”) lub pechowiec Piszczyk. Wielu chciało założyć mundur, ale dlatego, że ładnie wyglądał. Wielu stawiało pieniądz bądź miłość ponad karabin, rodzinę ponad bunkier. Wielu chciało iść na wojnę nie wiedząc jednak dlaczego. „Zezowate szczęście” jest bliższe życia, groteskowe co prawda, ale bardziej prawdziwe od metaforycznej i przesiąkniętej symboliką wojennej rzeczywistości kina Andrzeja Wajdy i mu podobnych twórców. Piszczyk to nieszczęśnik, ale jego losy są wykładnią polskich losów – i choć to interpretacja być może kontrowersyjna, to warto i o niej pamiętać.

    Warto też pamiętać o Andrzeju Munku, bo nie ma obecnie nikogo pośród reżyserskiego grona, kto mógłby dać nieprzyjemnego i potrzebnego kuksańca polskiej historii. Szkoda, choć tym większym arcydziełem z czasem staje się „Zezowate szczęście”.



AUTOR TEKSTU: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      

ZEZOWATE SZCZĘŚCIE
Rok produkcji: 1960 Polska
Reżyseria: Andrzej Munk
Scenariusz: Jerzy Stefan Stawiński
Muzyka: Jan Krenz
Zdjęcia: Jerzy Lipman

Wystąpili:
Bogumił Kobiela (Piszczyk Jan)
Maria Ciesielska (Basia)
Helena Dąbrowska (biuralistka Wychówna)
Barbara Kwiatkowska (Jola)
Edward Dziewoński (Jelonek)
Henryk Bąk (dyrektor)
Barbara Połomska (żona Jelonka)
Tadeusz Bartosik (Wąsik)

Klub Miłośników Filmu, 30/11/04
Zdjęcia pochodzą z portalu FilmPolski.pl




STRONA GŁÓWNA