Strona główna KMF


ANTYDEPRESANT, POPROSZĘ!


Kino Moralnego Niepokoju.
Jaki rodzaj dreszczu przebiegł Wam po plecach, gdy przeczytaliście ten zgrabny zwrot? Skojarzenia części z czytelników odważnie pójdą w stronę psychologicznej głębi, która wespół z intelektualną śmiałością, tak zachwycić może, tak podniecić i - wreszcie - zastanowić nad moralnym problemem, tudzież niepokojem. Znacznie większa grupa czytelników - i zdaje mi się, że jest to założenie całkiem na miejscu, bo bardziej prawdopodobne - nie odnajduje w napotkanym KMN nic, co by w jakiś sposób odpowiadało ich wrażliwości i oczekiwaniom związanym z konsumpcją obrazu. Innymi słowy, dreszcz może być dwojakiej natury - może być spowodowany pozytywnie pobudzonymi falami mózgowymi, albo irytacją i podenerwowaniem. Nie ma miejsca na wspaniałomyślną obojętność, bo Kino Moralnego Niepokoju powoduje widoczną reakcję. A jeśli jest reakcja, musi zaistnieć wcześniej akcja, czyli filmowe doświadczenie niepodobne do niczego.


"Z odzysku" powoduje dreszcz i, co dla mnie samego zaskakujące, raczej tego drugiego rodzaju. To niemiła niespodzianka, bo nadzieje względem debiutu Fabickiego miałem ogromne. Nagród zebrał film sporo, oklasków jeszcze więcej i czekałem sobie, czekałem na premierę uzbrajając się w cierpliwość. Tak się złożyło, że dystrybutor, Kino świat, spieprzył sprawę rzucając kilka kopii na całą Polskę (czytaj: Warszawę) przez co na głośną i szeroko dyskutowaną premierę trzeba czekać kilka miesięcy. Nędzny marketing, czyż nie?





Niemniej, "Z odzysku" uznano za film, który może godnie i z sukcesem reprezentować rodzimą kinematografię na arenie międzynarodowej, szczególnie w oscarowych przedbiegach. I jest to pierwszy zgrzyt, bardzo wyraźny, dowodzący ignorancji dla gustów innych, niż nadwiślańskie. Eksploatacja dylematów moralnych jest zwyczajnie mało interesująca, jeśli nie jest podparta ciekawym, intrygującym i niebanalnym scenariuszem. Spójrzmy na treść debiutu Fabickiego. Opisując językiem Mossakowskiego z Gazety Telewizyjnej wygląda to następująco: 19-letni chłopak, biedny i bezrobotny, kocha starszą od siebie Ukrainkę z dzieckiem. Ima się różnych zajęć, od zagarniania gówna w chlewie, aż po gangsterkę, która stanie się głównym powodem jego życiowych rozterek i klęsk. Tło: najnędzniejsze rejony Śląska czyli rozpadające się rudery, zerdzewiałe trzepaki i cierpiące twarze na ulicach. Owszem, nie są to ładne obrazki, bo to nie ekranizacja nowej powieści Grocholi, ale prócz depresyjnego klimatu, brak tu fabuły, która sama z siebie potrafi zaintrygować, ekscytować, rozpalać.

Być może moje życzenia są nic nie znaczącymi dyrdymałami, lecz "Z odzysku" to zwyczajnie nieciekawa historia skupiona na rozterkach wewnętrznych, milczącym cierpieniu i dumaniu nad sensem egzystencji. Wielu osobom to wystarczy - szacunek dla cierpliwości - ja jednak poczułem się zmęczony tą opowieścią. Zwykłem doceniać kontemplacyjne dygoty następujące w wyniku zapoznania się z kinem Kieślowskiego czy Zanussiego, lecz debiut Sławka Fabickiego mnie odrzucił właśnie z powodu fabularnego pustkowia. Może stąd takie trudności Fabickiego, wespół z innymi rodzimymi twórcami, z przebiciem się do publiczności zagranicznej? Może stąd ta wieloletnia już (i regularna) nieobecność na najważniejszych festiwalach jakiegokolwiek filmu polskiego? Trudno mi się wypowiadać w imieniu widzów europejskich bądź azjatyckich, lecz hermetyczność dzieła - tutaj szczególnie moralne niepokoje i brak wyraźnej intrygi - nie pomoże w osiągnięciu sukcesu artystycznego i komercyjnego (niech żaden twórca nie waży się powiedzieć, że pieniądz śmierdzi!). Rodzimi artyści mają zepsuty celownik - czyżby ignorancja dla światowych mód przynoszących wymierne korzyści? - i z tego powodu nie mogą wstrzelić się w gusta i oczekiwania potencjalnej publiczności.

Najłatwiej zrzucić winę na coraz popularniejszą intelektualną niemoc wyznaczającą celuloidowe trendy - i byłby to trop, niestety, w dobrym kierunku - bronię się jednak wszystkimi członkami przed tego typu tezami, bo wystarczy spojrzeć na kinematografie czeską, niemiecką, rosyjską, francuską, hiszpańską, skandynawską czy brytyjską, aby dostrzec dzieła niebanalne, prowokujące, świetnie zrobione i rozumiane pod każdą szerokością astronomiczną. Jestem daleki od nawoływania do rozwiązań łatwych, prostych i przyjemnych, lecz zważmy: to film powstaje dla publiczności, nie publiczność dla filmu. A "Z odzysku" to kino autorskie, którego autor zapomniał o widzach. Jasne, zapewne krytycy-tetrycy będą wniebowzięci, zapewne studenci filmoznawstwa poślinią się na widok egzystencjalnej próżni, w której uparcie tkwi tragiczny bohater. Ich przyjemność z pewnością będzie szczera. Mnie jednak debiut Fabickiego nie rozgrzał.





Jest tego kolejny powód, drugi zgrzyt - emocjonalny szantaż. "Z odzysku" jest tanią i przewidywalną manipulacją, która, choć mierzy się z namacalną rzeczywistością, jest cholernie sztuczna i nadęta - a że manipulacja nie musi taka być przekonuje choćby von Trier, Inarritu czy bracia Dardenne. Nie chcę przez to powiedzieć, że to zły film - bo taki nie jest! - tyle tylko, że Fabicki brnie w klisze, które są wodą na młyn tych, którzy z łatwością posługują się stereotypami bijącymi w kino polskie. Popatrzmy na moralny niepokój: bohater tkwi okrakiem między dobrem i stabilizacją, a złem i samotnością. Ból w skroni powoduje ciągłą rozpacz, łzy i odrętwienie, co skutkuje permanentnym marazmem. Pojawia się scena łóżkowa i - wiadomo - cierpienie przybiera na sile, bohaterowie łkają, ewentualnie patrzą niewyraźnym wzrokiem w dal. Ona i on niczym zbite kundle z przywiązanym do szyi łańcuchem. Nie mówię, że to złe, bo niewygodne, uciążliwe. Nie przeszkadza mi, że Śląsk jest brzydki, ludzie bezradni, morał niewesoły, a myśli negatywne. Czasami takie stawianie sprawy może duszę pobudzić, w co nie wątpię. Tutaj oddziaływanie na wyobraźnię wynika z kontaktu z filmowym ekstremum podobnym do "Tylko mnie kochaj" czy "Dlaczego nie", tak samo tkwiącym w sztucznej rzeczywistości. Tyle, że zamiast na plastiku i kolorowych sukienkach reżyser skupia się na brudnych kamienicach i umęczonych twarzach.

Przypuszczam, że Ślonzoki muszą być wkurzeni na Sławka Fabickiego. Nie dość, że kreśli portret socjologiczny gorzej niż ponury, to na dodatek gnębi swych śląskich bohaterów w sposób dla nich niewygodny i krępujący. Na nic się zdają zarzekania reżysera, że nie o tę część Polski tu chodzi, a jedynie o zwęgloną duszę bohatera - widzę jednak brud, brzydotę, smród, głód i apatię, które mimowolnie stają się wykładnią śląskich losów. Upraszczam? Banalizuję? Jak najbardziej, bo tylko w ten sposób można wejść w skórę tych, którzy nie są zaznajomieni ze Śląskiem, a mają okazję obejrzenia "Z odzysku".
Żeby uciec od natrętnego krytykanctwa, podam kilka pozytywów, które decydują o tym, że fabularny debiut Fabickiego to - jednak - całkiem niezłe kino. Raz - świetne kadry Bogumiła Godfrejowa; dwa - dobra rola Antka Pawlickiego; trzy - to jednak kino moralnego niepokoju i jako takie zasługuje na większą, niż zwykle, uwagę.

Warto zobaczyć, warto samemu ocenić, zapalić papierosa, wypić kawę i zadumać nad kondycją polskiego kina.

Ocena: 5/10




Rok produkcji: 2006
Kraj: Polska
Czas trwania: 103 minuty

Reżyseria: Sławomir Fabicki
Scenariusz: Sławomir Fabicki,
Denijal Hasanovic
Zdjęcia: Bogumił Godfrejow

Obsada:
Antoni Pawlicki   .....Wojtek
Natalia Wdowina   .....Katia
Dmitrij Mielniczuk   .....Andriej
Jacek Braciak   .....Gazda


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
17.01.2007