Trzy filmy z serii "X-Men" to jedne z moich ulubionych komiksowych adaptacji, które zdetronizowane zostały dopiero przez produkcje "nowej fali". Tandem Rodriguez / Miller za sprawą "Sin City" oraz Zack Snyder ze swoimi "Strażnikami", ustanowili nową jakość, jeśli chodzi o ekranizacje historii obrazkowych. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy filmy o przygodach mutantów do dziś prezentują się bardzo dobrze, zarówno pod względem technicznym jak i przede wszystkim merytorycznym. Wprawdzie Brett Ratner za sprawą trzeciej odsłony ("Ostatni bastion") skręcił dość mocno w stronę rozwałki, niemniej tematy uprzedzeń i akceptacji, które tak świetnie zarysował Bryan Singer w dwóch częściach, także tutaj nie zostały zepchnięte na margines. Niestety, bohaterskim X-Men nie dane było odejść w stronę zachodzącego słońca. Stało się tak za sprawą bossów 20th Century Fox, dla których rozmienianie silnej marki na drobne jest czynnością tak oczywistą, jak poranne wycharkanie flegmy. W 2009 roku na ekranach kin zagościł słabiutki "X-Men Geneza: Wolverine", a tego lata zaszczycili nas młodzi mutanci w "X-Men: Pierwsza klasa" w reżyserii Matthewa Vaughna.

Kwartet scenarzystów rzuca nas do roku 1944, gdzie na terenie obozu koncentracyjnego młody Erik Lensherr traci na swych oczach matkę, ujawniając przy tym niezwykłe zdolności manipulowania metalem. Olbrzymi potencjał chłopca wykorzystać chce doktor Schmidt (Kevin Bacon), który po zamordowaniu rodzicielki małego Magneto, kontynuuje swoje eksperymenty na dziecku. Po drodze poznajemy jeszcze dzieciństwo Charlesa Xaviera i początek jego przyjaźni z Raven, po czym na stałe lądujemy w roku 1962. Tutaj zaś nie jest za różowo - Zimna Wojna trwa w najlepsze, a obie militarne potęgi pragnie wykorzystać znany nam już doktor Schmidt (alias Shaw), planując anihilację rodzaju ludzkiego i rządy mutantów. W tym samym czasie drogi Charlesa (już profesora) i poszukującego zemsty Erika krzyżują się, dając w dalszej perspektywie początek tytułowym X-Men. Próbując zapobiec wybuchowi III wojny światowej, dwaj młodzi protagoniści nieustannie ścierają się ze sobą na skutek odmiennych poglądów co do statusu i roli mutantów w społeczeństwie...


Mimo kilku jasnych punktów i jakości znacznie wyższej niż w przypadku "Wolverine'a", znów nie udało się zbliżyć do klasy trylogii duetu Singer / Ratner. Elementem, który nie pozwala rozwinąć skrzydeł świetnym aktorom i nadać sprawnie zrealizowanym scenom akcji dramaturgii, jest kulejący scenariusz. O ile sama konstrukcja i sposób narracji dają radę, tak tony oklepnaych motywów i głupot już nie. Co uderzyło mnie najmocniej, to nieprawdopodoba wręcz przewidywalność większości scen, na co wcale nie ma wpływu fakt, że jest to prequel do znanych nam wydarzeń. Nie chciałbym spoilerować (właście to nie mogę, skoro nie oznaczyłem tak tekstu ;), ale niech da Wam do myślenia prosty fakt. Mianowicie, miałem tego pecha (szczęście?), że usiadł nade mną wianuszek uroczych dziewcząt w wieku gimnazjalnym. I mimo że stale romawiały, nieustannie przeszkadzając, to perfekcyjnie typowały rozwój wydarzeń w danej sekwencji - zupełnie jak profesjonalne scenarzystki, które próbują w ten sposób wypunktować wszystkie błędy i niedociągnięcia kolegów po fachu.

Lista zarzutów jest jednak znacznie dłuższa. Prostactwo - to kolejny grzech, jakiego dopuścili się twórcy. Doskonale zdaję sobie sprawę, do kogo w pierwszej kolejności adresowany jest ten film, ale panowie odpowiedzialni za skrypt używają łopaty z taką gracją, jak pierwszy z brzegu "kark z siłki". Kwestia "zajmijcie się tymi innymi, my ludzie, nie stanowimy dla was zagrożenia", czy przemowa Magneto, przypominająca popisy Stone'a przed bitwą pod Gaugamelą w "Aleksandrze", to tylko pierwsze nasuwające się na myśl przykłady. Dialogi - tutaj jest już lepiej, choć w żadnym wypadku nie są to kwestie ponad przeciętną charakterystyczną dla letnich produkcji rozrywkowych (masa one-linerów included). Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym powodzie, dla którego po oberwniu w policzek, twórcy pownni nadstawić pokornie drugi - lenistwo. Chodzi mi tutaj o scenę, w której poznajemy imiona młodych mutantów oraz ich zdolności. Jak to zrealizowano? Ano posadzono wszystkich na fotelach i pozwolono, aby każda z postaci przedstwiła się, pokazała swoją moc i na jej podstawie otrzymała pseudonim. Ukazano to bez cienia finezji i polotu, przez co odniosłem wrażenie, że ktoś traktuje mnie jak idiotę. Same umiejętności poszczególnych bohaterów to już inna rzecz, do której niedługo wrócimy.


Prawiąc na temat postaci, pragnąłbym niejako oddzielić je od samych aktorów, gdyż w tym przypadku to dwie zupełnie inne bajki. Michael Fassbender jako Magneto i James McAvoy w roli Xaviera, to dwa potężne filary, dzięki którym widowisko to w ogóle stoi. Skrępowani okowami ze skryptu, ograniczani przez konwencję, nie robią sobie z tego nic, grając po prostu koncertowo. Fassbender otrzymał wprawdzie nieco łatwiejsze zadanie, gdyż jego bohater jest postacią niejednoznaczną, ale szerokiej gamy emocji, wiarygodności w każdej scenie oraz charyzmy odmówić mu nie można. "Pierwsza klasa" to dopiero czwarty film z jego udziałem, jaki widzialem, ale już na podstawie tego mogę powiedzieć, że Michael jest artystą z aktorskimi jajami, nie straszny mu żaden gatunek czy konwencja - wszędzie wypada wiarygodnie i gra z przytupem. Nie ustępuje mu McAvoy, który zinterpretował Xaviera na swój, mocno zaskakujący, jak dla mnie, sposób. Kevin Bacon także wypada pozytywnie, mimo że antagonista, w jakiego przyszło mu się wcielić, to chodząca klisza Złego Szefa. Na linii Schmidt - Magneto, a przede wszystkim Charles - Erik, wyraźnie iskrzy i to akurat się w nowych "X-Men" udało. A rzecz to niezmiernie ważna, bo wiemy, jak bezpłciowy może być film, jeśli nie interesują nas losy choćby jednej postaci...

Obiecałem wrócić do reszty mutantów i słowa dotrzymam, ale nie bez przypadku robię to w akapicie poświęconym poetyce obrazu. Vaughn, osadzając akcję w latach 60., świadomie sięgnął po designerski kicz (stroje, wystrój wnętrz) i lekką stylizację na filmy o przygodach Jamesa Bonda. Tak wygląda świat przedstawiony, w którym dzieje się akcja, i takim należy go zaakceptować. Mnie taki pomysł na stronę wizualną podpasował, a żywa kolorystyka (nie mylić z pstrokacizną) i poprawne (miejscami zaś świetne) efekty specjalne dopełniają obrazu efektownego blockbustera za "zaledwie" sto dwadzieścia milionów zielonych. I tutaj pojawiają się dwie postaci, których kupić jakoś nie mogę. Banshee, posiadający umiejętność generowania fal dźwiękowych na danej częstotliwości, używa ich z czasem do... latania (sic!). Ponętna Angel Salvadore to już konkrety strzał w stopę, bo plująca materiałami wybuchowymi Calineczka w wersji emo prezentuje się po prostu fatalnie. Na szczęście reszta bohaterów wygląda bardzo schludnie, a na przykładach Beast i Mystique wyraźnie widać, jak wielki postęp w dziedzinie efektów specjalnych dokonał się od czasu "Ostatniego bastionu".


Szkoda mi tych młodych X-Manów, gdyż potencjał na świetne kino superbohaterskie był, i to całkiem spory. W największym stopniu sprawę zawalili scenarzyści, którzy uprościli lub też fatalnie rozpisali większość scen, nie wysilili się zbytnio przy dialogach, a większość bohaterów drugoplanowych to puste figurki, mogące zdobić półki kolekcjonerów tzw. action figures. Banana na usta wrzucają tutaj dobre aktorstwo, kilka bardzo efektownych scen (vide: łódź podwodna unosząca się nad taflą wody) czy klimatyczny, gitarowy soundtrack. Jeśli jednak Fox dalej ma zamiar wypuszczać dokrętki do swojej trylogii, powienien postarać się o lepszych scenarzystów, większy budżet i reżysera z odrobiną iskry bożej. Wtedy może uda się zdetronizować świetną "dwójkę". "X-Men: Pierwsza klasa" nie ma na to szans.



6/10




wytwórnia - 20th Century Fox, Marvel, Bad Hat Harry, 2011
reżyseria - Matthew Vaughn
scenariusz - Matthew Vaughn, Ashley Miller, Zack Stentz
wg pomysłu - Bryana Singera i Sheldona Turnera
produkcja - Bryan Singer, L.S. Donner, Simon Kinberg, Stan Lee
zdjęcia - John Mathieson
muzyka - Henry Jackman
montaż - Lee Smith, Eddie Hamilton
czas projekcji - 132 minut

wystąpili
James McAvoy
Michael Fassbender
Kevin Bacon
Rose Byrne
Jennifer Lawrence
Oliver Platt
Álex González
Jason Flemyng
Zoë Kravitz
January Jones
(Charles Xavier)
(Erik Lehnsherr / Magneto)
(Sebastian Shaw)
(Moira MacTaggert)
(Raven / Mystique)
(facet w czerni)
(Janos Quested / Riptide)
(Azazel)
(Angel Salvadore)
(Emma Frost)

Autor recenzji: Michał Włodarczyk - ANIELSKI PYŁ [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 4 czerwca 2011
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF


Podziel się