Strona główna KMF
        
A romantic comedy. With zombies.


Żywe trupy, po wielu latach nieobecności, wracają na ekrany. Świetne "28 dni później", nowa wersja "Świtu żywych trupów", która w pełni dorównuje oryginałowi, "Resident Evil", któremu brakuje specyficznego klimatu gry, ale ogląda się go bardzo dobrze. Na tym nie koniec - Romero kręci "Land of the dead", czwartą część swojego cyklu, a w kinach pojawił się właśnie "Resident Evil: Apocalypse". W październiku na nasze ekrany zawita natomiast "Wysyp żywych trupów", czyli "Shaun of the dead". Shaun to młody Anglik, który prowadzi bardzo przeciętne życie. Ma sympatycznego (chociaż leniwego i sprawiającego wiele kłopotów) przyjaciela Eda, pracuje z bandą niezbyt rozgarniętych małolatów, jego dziewczyna Liz chciałaby wybrać się na randkę do porządnej restauracji, a nie znowu do pobliskiego baru Winchester. Na dodatek współlokator uważa go za nieudacznika, a ojczym wytyka mu, że zaniedbuje matkę. Najgorsze jednak ma dopiero nadejść - Liz go rzuca. No i jeszcze zombie atakują Londyn.
A wszystko zaczyna się bardzo niepozornie - główny bohater idzie do sklepu, mija dzieciaka grającego w piłkę, daje biedakowi (z psem na smyczy) trochę drobnych, potyka się obok jakiegoś samochodu, wchodzi do sklepu, wyjmuje puszkę z lodówki, bierze gazetę, płaci, wraca do mieszkania. Dopiero jadąc autobusem dostrzega mdlejących ludzi, a kupując matce kwiaty zauważa mężczyznę próbującego zjeść gołębia. Uznaje to jednak za mało istotne. Następnego dnia rano znowu wychodzi z domu, potyka się obok jakiegoś samochodu (z rozbitą szybą), mija jakiegoś wystraszonego człowieka, wchodzi do sklepu, wyjmuje puszkę z lodówki (nie zauważając śladów krwi na drzwiczkach), kładzie pieniądze na ladzie i wraca, po drodze spotykając dziwnie jęczącego biedaka (z samą smyczą...) i tłumacząc mu, że niestety nie ma żadnych pieniędzy. Wchodzi do domu jakby nigdy nic i włącza telewizor, w którym na co drugim kanale lecą wiadomości. Dziwne, czyżby coś się stało? Dopiero konfrontacja z żywymi trupami powoduje, że Shaun i Ed postanawiają działać. Muszą uratować Liz, mamę Shauna i ukryć się w jakimś bezpiecznym miejscu. Bohaterowie biorą samochód, broń i pędzą na ratunek.
Wielkie brawa należą się przede wszystkim dla odtwórców głównych ról. Filmy tego typu raczej nigdy nie powalały grą aktorską, więc "Shaun..." zaskakuje już w tym miejscu bardzo pozytywnie. Simon Pegg (który wraz z reżyserem, Edgarem Wright'em napisał scenariusz) w roli Shauna i Nick Frost grający jego kumpla, to niezwykle wiarygodny duet - dwaj prawdziwi, zżyci ze sobą przyjaciele, wspólnie stawiający opór hordzie zombie (albo, jak stwierdził dystrybutor, wysypowi żywych trupów). Drugi plan to świetne role, zagrane z humorem i wyczuciem - Kate Ashfield (jako Liz), Dylana Morana (jako Davida), Lucy Davis (jako Dianne), Penelope Wilton (w roli mamy Shauna, Barbary) oraz epizod Billa Nygha (jako Phillipa) znanego choćby z "Underworld" czy "To właśnie miłość".
"Shaun of the dead" to przede wszystkim rewelacyjna komedia pełna świetnych tekstów, prześmiesznych gagów, sympatycznych postaci oraz wielu nawiązań do słynnych filmów grozy. Zauważyć można m.in. odniesienia do trylogii George'a Romero, "Smętarza dla zwierząt", "28 dni później", serii "Powrót żywych trupów", "Braindead", a nawet "Od zmierzchu do świtu". Dla prawdziwego miłośnika horrorów świetną zabawą będzie wyszukiwanie kolejnych motywów, ujęć, dialogów i sytuacji znanych z wielu filmów (oczywiście głównie horrorów, ale nie tylko). Nie powiem już nic więcej, bo nie ma chyba nic lepszego, niż samodzielne odkrywanie tego typu zapożyczeń. Za jedną z najmocniejszych stron "Shauna ..." uważam bardzo dobrą realizację - zdjęcia i montaż stoją na wysokim poziomie, tak samo jak efekty specjalne. Ponieważ to film o zombie, nie zabrakło flaków, krwi i nadgryzionych kończyn oraz strasznie wyglądających trupów - wyszło to wyjątkowo przekonująco i makabrycznie, a przy tym z lekkim przymrużeniem oka. Na dodatek film wnosi do gatunku wiele świeżych pomysłów. Samo wplecenie wątku miłosnego było prawdziwym strzałem w dziesiątkę - bo czyż nie ma nic bardziej romantycznego niż ochrona ukochanej przed nacierającym tłumem zombie? ;)
"Shaun of the dead" to nowe spojrzenie na temat, który dotąd albo był traktowany śmiertelnie poważnie (nowy "Świt żywych trupów", "Miasto żywych trupów"), albo z wielką dawką humoru i makabry ("Braindead"). I choć jest to naprawdę znakomita komedia, twórcy nie skupiają się jedynie na naśmiewaniu się z poszczególnych elementów filmów o zombie. W pewnym momencie pojawia się prawdziwy, horrorowy klimat, a wszystko jest bardziej "na poważnie", ale to nie zmienia faktu, że film wciąż ogląda się naprawdę świetnie. Oczywiście chwilę powagi autorzy filmu rekompensują fantastycznym, szokującym i zabawnym zakończeniem, które przypomina, że "Shaun..." to przede wszystkim mocna komedia gore. Naprawdę bardzo gorąco polecam. Mnóstwo inteligentnego humoru, bardzo dobre aktorstwo, doskonałe pomysły, fantastyczna realizacja oraz niezwykły klimat sprawiają, że "Shaun of the dead" ogląda się z wielką przyjemnością. Zdecydowanie jedna z najlepszych komedii ostatnich lat i zdecydowanie - do wielokrotnego obejrzenia!



WYSYP ŻYWYCH TRUPÓW

Tytuł oryginalny: Shaun Of The Dead
Rok produkcji: 2004, Wielka Brytania
Czas trwania: 99 min.

Reżyseria: Edgar Wright
Scenariusz: Edgar Wright, Simon Pegg
Muzyka: Dan Mudford, Pate Woodhead
Zdjęcia: David M. Dunlap
Dekoracje: Liz Griffiths
Montaż: Chris Dickens

Wystąpili:
Simon Pegg (jako Shaun)
Kate Ashfield (jako Liz)
Nick Frost (jako Ed)
Lucy Davis (jako Dianne)
Dylan Moran (jako David)
Nicola Cunningham (jako Mary)


e-mail
Autor recenzji: Karol Baluta - KAROL