Nieznośny ciężar dreptania


Jakiś czas temu, recenzując pokazywany w ramach WFFu film Xaviera Dolana "Zabiłem moją matkę", wyraziłam nadzieję, by nowonarodzone enfant terrible kina kanadyjskiego szybko wytarło pomarszczoną buźkę, przestało wrzeszczeć, stanęło na nóżki i zaczęło owocnie dorastać. Pewnie sama w to nie wierzyłam: wiadomo, jak to z debiutami bywa, ukochani przez Dolana Truffaut i Godard są tutaj wyjątkami w morzu szybko spalonych talentów; nie każdy geniusz debiutuje "Obywatelem Kane'em"; wielu reżyserom po prostu dobrym zdarza się przed nakręceniem czegoś znakomitego popełnić szereg filmowych pomyłek, itd. Tak więc myślałam, że jeśli jeszcze gdzieś Dolana spotkam, to pewnie w odmętach internetu: może być dobrze, ale jeśli nie będzie, ja tęsknić nie zamierzam. Ale Dolan sobie ze mnie zakpił, przyciął grzywkę i już rok po swoim sensacyjnym debiucie w Cannes 2009 udowodnił, że jest nie tylko autorem zupełnie świadomym, ale i gotowym, by rozpatrywać go także poza kategorią "młodych obiecujących". I nawet jeśli jest jeszcze dzieciakiem (rocznik osiem dziewięć), to przynajmniej umie o tym dojrzale opowiadać.

Nakręcił więc "Wyśnione miłości" ("Les amours imaginaires"), film zupełnie różny od ostentacyjnie egzaltowanego, wściekłego "Zabiłem moją matkę". "Wyśnione miłości" są pozornie przyjemne, pozornie lekkie i pozornie niewinne. To film o flircie, który sam z widzem flirtuje. Robi wrażenie rytm filmu, montaż, kolory, muzyka; dajesz się uwieść, przez pół seansu wystukujesz rytm piosenek na oparciu fotela. Ale kiedy zapalają się światła, siedzisz z poczuciem bezbronności, spoglądając na ekran zza rozczapierzonych palców, drżących trochę ze złości (bo niezobowiązująca komedia okazała się paskudnie życiowa), a trochę z podniecenia (bo to przecież kino najwyższej próby). Film-paradoks. "Wyśnione miłości" są znakomicie napisane i przede wszystkim dowcipne; dla mnie ich seans oznaczał odreagowanie po szeregu nowohoryzontowych snujów (zarówno tych znakomitych, jak i miernych pod wszystkimi możliwymi względami), i, jak wnioskuję po salwach śmiechu, a potem niekończących się oklaskach, nie tylko dla mnie. A jednak refleksje po filmie przychodzą gorzkie.


Jeśli były wątpliwości co do tego, czy autor (świadomie lub nie, ale zawsze) wydumanego "Zabiłem moją matkę" ma do siebie dystans, w "Wyśnionych miłościach" znikły one zupełnie. To opowieść młodego chłopaka o równie młodych ludziach, gówniarza o gówniarzach, tylko tyle i aż tyle, bo film aż iskrzy się od autoironii: dość spojrzeć na głównych bohaterów, jak suną ulicą na spotkanie ze swoim ulubieńcem przy dźwiękach "Bang Bang" Dalidy, och i ach! Tych ochów i achów jest zresztą mnóstwo i zawsze z wykrzyknikiem, bo wypieranie się przed dwudziestolatka wykrzykników byłoby zwykłą hipokryzją. Komplet trzonowców pozwala wprawdzie na śmiech z dawnych łez, ale zawsze jest to śmiech przez kolejne łzy. I Dolan jest tego świadomy.

Zaczyna się od banału, Francis i Marie padają ofiarą uroku poznanego na imprezie Nico i na początku wszystko wydaje się rozdzielone, chłopak jest miły i otwarty, i chce poznawać nowych ludzi, ale nie oszukujmy się, jest przede wszystkim złotowłosym Adonisem (czy może Narcyzem?), rozmowy w kawiarni to pretekst, alkohol to droga do celu. I wkrótce przestaje być miło i przyjemnie, zaczyna coś zgrzytać i spod radosnego flirtu zaczynają wychodzić koszmary. Dolan nie daje odpowiedzi na pytanie, kim w istocie jest ten boski chłopiec. Kamera go fetyszyzuje, bohaterowie wzdychają. Na urodziny Marie kupuje chłopakowi słomkowy kapelusz - trochę podobny do tego, który nosił Tadzio u Viscontiego. Nico jest anty-Tadziem. Nic więcej nie wiadomo. Znudzone dziecko czy wyrafinowany gracz?


Namiętną grę - bo o niej jest ten film na płaszczyźnie stricte fabularnej - obserwujemy oczami Francisa i Marie (ich spojrzenia są zresztą dosyć podobne). Marie jest starsza od chłopaków, a jednak angażuje się w relacje z Nicolasem z rumieńcem godnym piętnastolatki. Francis każde "nie" odkreśla na ścianie łazienki. Są śmieszni i smutni, trochę żałosni - i aż żal, że tak autentyczni. Patrzą. Słuchają. Interpretują. Właśnie interpretacja zajmuje pokaźną część akcji. Erotyczna gra jest bowiem erotycznym śledztwem. Dolan fantastycznie pokazuje analizę poszczególnych słów i gestów. Nurza się w detalach: a to wonie, a to miękkość przepoconej pościeli, przypadkiem skrzyżowane łydki, wilgotne pocałunki przy powitaniu (pokazywane, rzecz jasna, na zwolnionym tempie). W przypadku Francisa gra jest jeszcze trudniejsza, bo dwupłaszczyznowa: Francis nie wie, czy Nico w ogóle interesuje się mężczyznami. Przywykliśmy do motywu homo- czy biseksualności pokazywanej jako uniwersalna "inność", piętno takie samo jak odmienność etniczna, religijna itd. Wciąż mało jest filmów, które próbowałyby pokazywać specyfikę mniejszości seksualnych wykraczających poza historie typu "z tym gównem nie można żyć, idę się kroić" lub "pierdolę, wyjeżdżam z tego wypiździewa". Dolan, który sam jest gejem, pokazuje z homoseksualnej perspektywy kolejny poziom gry, kolejną zagadkę, mocniej nakręcającą się spiralę podtekstów, płynność znaczeń, mnożenie interpretacji. A te, jak wiadomo, mnożyć można bez końca. Francis i Marie są życiowo nieporadni i zawsze niezdecydowani. Zachwycają się Nicolasem z dystansu, bo przecież bliskość boli, uciekają od mocniejszych słów, bo jedno słowo za dużo i zabawa zostanie bezpowrotnie przerwana. Nie są w stanie ponieść jakiegokolwiek ryzyka, i jeśli w ogóle poruszają się do przodu, to tak drobnymi kroczkami, jakby stali w miejscu. Konsekwentnie trzymając się jednowątkowości fabuły, Dolan bardzo przekornie nadaje swojej opowieści rysy kina pokoleniowego bez sensacyjnych obrazków typu seks w publicznej toalecie, zlizywanie koki z klapy sedesu, galerianki i przemoc a la Michael Haneke. Francisowi wygodnie byłoby dzielić z kimś rachunki za mieszkanie, ale to szczegół, większych tarć w jego życiu i życiu Marie nie ma, przed każdą bolączką można gdzieś uciec, można kształtować swój los bez strachu przed wojną czy głodem. A jednocześnie trudno żyć, żyć naprawdę, żyć dla czegoś prawdziwego, przynajmniej po części namacalnego, iść, a nie dreptać i krążyć po omacku. O tym właśnie jest ten film. O dreptaniu, dreptaniu mimo rozpaczliwej samotności, lęku przed własnymi fantazjami, które zawsze pozostają niespełnione, tak jak miłości - jedynie wyśnione.


Ocena: 8/10 - kino zaskakująco dojrzałe.


Tekst dedykuję Jackowi Kozłowskiemu, mojemu ulubionemu psychoanalitykowi, któremu zawdzięczam pojęcie "dreptania";)



WYŚNIONE MIŁOŚCI

kraj - Kanada, 2010
scenariusz, montaż i reżyseria - Xavier Dolan
produkcja - Xavier Dolan, Carole Mondello
zdjęcia - Stéphanie Anne Weber Biron
czas projekcji - 95 minut
dystrybucja w Polsce - Gutek Film

wystąpili

Xavier Dolan
Niels Schneider
Monia Chokri

(Francis)
(Nicolas)
(Marie)



Autor recenzji: Klara Kukowska - ARTEMIS [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 6 sierpnia 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF