Strona główna KMF


NIEDAWNO TEMU W AMERYCE


Mówię Wam - pieprzyć teorie polityczne obrosłe wokół "World Trade Center". Nie o to chodziło Stone'owi i stąd duże zaskoczenie oraz niepewność co do reżyserskich intencji. Mówiąc o tym filmie trzeba powstrzymać się przed anty-bushowskim napuszaniem się. Należy trzymać na wodzy wszystkie te myśli, które negatywnie - poprzez uważną obserwację działań kilku urzędników administracji rządowej - oceniają kraj zza Wielkiej Wody. Przez dwie godziny dajcie spokój z teoriami spiskowymi, nawet tymi najrozsądniejszymi, bo nie o słuszne skądinąd pytania tu chodzi, ani o oczekiwanie na odpowiedzi nadciągające z oficjalnych źródeł. Darujcie sobie dyskusje o sensowności wojny w Iraku i Afganistanie. Nie o tym jest "WTC", odłóżcie więc na bok anty- bądź proamerykańskie przekonania i postarajcie się zrozumieć zamysł reżysera mierzącego się z Waszym uporem i zdrową ciekawością. Pisząc o "WTC" nie chciałbym popełnić klasycznej recenzji, bo te możecie znaleźć w setkach źródeł. Postawiłem sobie proste pytanie: czy film mnie przekonał? Tekst ten jest próbą odpowiedzi.


Stone zaskoczył jak diabli. Wielu zirytuje obraz tragedii, która pojawiła się na mapie świata niczym dość paskudna blizna. Podczas niedawnego festiwalu w Wenecji krytycy buczący podczas i po seansie dość bezczelnie tym samym naśmiewali się z tragicznej wizji zafundowanej przez pierwszego lewaka w Stanach - gest dezaprobaty był głównie naszpikowany komentarzem politycznym, który we wspomnianej bolesnej ranie dopatrywał się pociągnięć samobójczych: wszak Ameryka sama na siebie, poprzez ignorancję i butę, sprowadziła bezlitosnych terrorystów. A Stone zaskoczył rozgorączkowane recenzenckie głowy, oczekujące kolejnego manifestu politycznego w wykonaniu reżysera-aktywisty. Przed dwoma laty Oliver Stone przedstawił przecież fabularyzowany wywiad z Fidelem Castro "Commandante", wcześniej popełniając trylogię wietnamską wymierzoną ostrzem w rządzących, a także spiskowy "JFK", ideologiczny "Nixon" i cyniczno-ironicznych "Urodzonych morderców". Tego roku natomiast, ten lewicowy antychryst przebrał się w szaty czcigodnego konserwatysty z południa Stanów - to przemiana nagła, niespodziewana, niezwykła i irytująca tych, którzy przyklaskiwali reżyserowi przy byle okazji. Z tego powodu "WTC" zadziwia z jednej strony prostotą przekazu, z drugiej nieudawaną melodramatycznością - brak w filmie miejsca na wątpliwości, brakuje sygnałów ideologicznych i dysydenckich komentarzy. Za to wiele miejsca poświęcono na łzy, rozpacz, miłość, wiarę i nadzieję. Zapytacie - czy to jeszcze Stone?





Otóż tak, to wciąż Stone, choć materia jakby inna. Aldous Huxley powiedział niegdyś, że "Amerykanie są narodem, który zbudzić można jedynie trzykrotnym kopaniem w drzwi, ale potem już nie mogą zasnąć". Atak na Amerykę 11 września 2001 był, postaram się równie kwieciście porównać, jak kubeł lodowatej wody wylany na twarz tuż przed przebudzeniem. Słoneczny poranek nie zapowiadał się inaczej niż bezpiecznie, przewidywalnie i pracowicie. Nie czas jednak i miejsce na wiwisekcję odczuć, zarówno amerykańskich, jak i światowych, towarzyszących dramatowi pamiętnego dnia, który dzięki mass-mediom każdy chyba zapamięta do końca żywota jako ten bardzo zaskakujący i dość surrealistyczny. 11. września nikt nie spodziewał się zamachów terrorystycznych na Amerykę - i Stone o tym wie, bo jest jednym z najbystrzejszych obserwatorów życia społecznego - zawsze wyczulony na fałsz i kabotyńskie idee. Atak na WTC okazał się być zamachem na wartość najważniejszą, hołubioną od wieków, wpisaną do konstytucji i obecną na każdym kroku, w każdej wypowiedzi - wolność. Brzmi to patetycznie, nieprawdaż? Taka jest jednak Ameryka - pełna wielkich słów, wielkich narracji, szczerego uśmiechu, domu na przedmieściu i dwóch samochodów w garażu.


Oliver Stone portretuje Amerykę zgodnie z wyobrażeniami podzielanymi przez miliony tych, których ubodła swoista implozja dumy z ich kraju. Ktoś zaczyna niszczyć ten mit, ktoś wbija się w niego samolotami, ktoś zabija w imię racji, które z racjonalnością nie mają wiele wspólnego. I powstaje film, tylko 5 lat po traumie, o której opowiedziano milionami słów. Jednym z zarzutów kierowanych pod adresem "WTC" jest amerykańskość, której przypisuje się cechy nazbyt sentymentalne, pełne szlachetnej naiwności i potencjalnej gigantomanii obejmującej wszelkie aspekty życia. To wszystko prawda, co więcej - krytykować USA można na wiele sposobów bez opamiętania szarżując szyderczymi argumentami. Świetnie ujęła to Dubravka Ugresić mówiąc, iż "Ameryka to kulturowy ideał, ale też antyideał, przedmiot zachwytu, ale też odrzucenia, to dynamiczny generator kulturowych wojen, tendencji i stylów, upragniony life-style". Lepiej w jednym zdaniu nie da się tego ująć.


Nie o to jednak chodzi. Stone jest szczery i autentyczny, bo przedstawia Amerykę taką, o jakiej marzą jej obywatele, a owe tęsknoty znalazły swe ukojenie w postawie tych, którzy zginęli idąc na ratunek. Ten fakt jest nie do przecenienia. Nie da się, nie można i nie wypada z niego kpić, drwić i politycznie kąsać. Możecie pluć na Busha, demonstrować przeciwko wojnie, święcie wierzyć w spiskowe teorie, bojkotować McDonaldsa, ślinić się na widok Paris Hilton i wyśmiewać amerykańskie intelektualne pustaki podobne do niej.





Honor, odwaga, prawość, rozsądek, bogobojność - to cechy charakteryzujące policjantów, których historię opowiada Stone. Brak tu fałszywego tonu, choć ilość sentymentalizmu przewyższa wszystkie dopuszczalne dawki. Jest to przedziwnego typu dysonans, który podpisanego poniżej, szalenie wkurzał, bo uniemożliwiał jednoznaczną ocenę. "World Trade Center" odbudowuje mit Ameryki, ze wszystkimi sloganami typu american dream i american way of life na czele, robiąc to w sposób irytująco czułostkowy, rzewny i nadęty, będąc mimo wszystko obrazem przejmującym, bo autentycznie amerykańskim. Położenie widza mało komfortowe, tym bardziej, że porównania z wybitnym dziełem Paula Greengrassa "Lot 93" narzucają się same. Tam jednak rzetelność dotyczyła sytuacji i emocji w ukazaniu dramatu pasażerów; tutaj realizm tkwi w myślach i wspomnieniach kilku policjantów przywalonych tysiącami ton gruzu. Bo tak naprawdę nie mamy prawa nie wierzyć w ich ból, w modlitwę i nadzieję. Nie mamy prawa nie wierzyć w skwapliwość ludzi podejmujących się ich ratunku. Sentymentalne wyobrażenie amerykańskiego bohaterstwa może razić wyczulonych na przebrzmiałe klisze, ale i równie słuszne jest zrozumienie patosu naturalnie towarzyszącego jankeskiej duszy.


Czy warto więc zobaczyć "World Trade Center"? Jest to film prosty i szlachetny, wyraźnie stawiający pomnik tym, którzy zginęli. Jednocześnie nieznośnie napuszony i natrętnie melodramatyczny. Oceny nie stawiam, bo już dawno nie widziałem filmu, który wzbudziłby u mnie tak sprzeczne odczucia. Może właśnie dla nich warto było zobaczyć?





Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 129 minut

Reżyseria: Oliver Stone
Scenariusz: Andrea Berloff
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Craig Armstrong

Obsada:
Nicolas Cage   .....John McLoughlin
Maria Bello   .....Donna McLoughlin
Michael Pena   .....Will Jimeno
Maggie Gyllenhaal   .....Allison Jimeno
Jay Hernandez   .....Dominick Pezzulo
Jon Bernthal   .....Christopher Amoroso
Stephen Dorff   .....Scott Strauss
Armando Riesco   .....Antonio Rodrigues


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
08.10.2006