Nowy film Xaverego Żuławskiego to dość ciężki kwas do przełknięcia. Nie czytałem przed seansem książki Masłowskiej, zniechęcony zarówno przesadnie entuzjastycznymi zachwytami lansujących się licealistów (i krytyków), jak i skrajnie deprecjonującymi oskarżeniami o grafomanię i niezrozumiałość, które głoszą komentatorzy internetowi.
Z pewnością taka polaryzacja opinii sugeruje, że powieść młodej autorki nie jest łatwa do zbycia, kiedy już ktoś zdecyduje się ją poznać. W przypadku tak kontrowersyjnej prozy, nic dziwnego, że podniosły się również głosy o tym, że jest ona niemożliwa do przełożenia na język filmu, ale słyszeliśmy to już wiele razy w przeszłości.
Zwiastun nie nastrajał zbyt pozytywnie. Zapowiadał w całej swojej nieudolności albo absolutnego gniota, albo coś nietuzinkowego, co kryło się między wierszami marnie skleconego trailera.
Po obejrzeniu filmu jedno mogę powiedzieć na pewno - wreszcie coś interesującego i niepasującego do konwencji zdarzyło się w polskim kinie, jakkolwiek byśmy tego nie wartościowali. Z
całym szacunkiem dla innowacji w "Tataraku" Wajdy, stary mistrz zrobił jedynie mały, bezpieczny kroczek, kiedy Xavery Żuławski wykonał skok wiary.
Po reakcjach, które zaobserwowałem na sali kinowej, chyba jednak sporo przecenił przeciętnego polskiego widza, który przede wszystkim przyszedł z browarem na 'zajebistą'
komedię z Borysem Szycem, żeby rechotać z każdego przekleństwa. I w takich okolicznościach warto docenić odwagę reżysera, który z kontrowersyjnej książki zrobił nietuzinkowy film, który zostanie niezrozumiany albo spłycony przez większość widzów.
|
 |
 |
|
Pierwszy element, który warto z miejsca pochwalić, to bardzo dobra strona techniczna. Wreszcie powstał polski film wykorzystujący rozmaite zabiegi formalne, który wypływają z oryginalnej treści i są jej przedłużeniem. Nie ma tu ukochanej przez absolwentów szkół filmowych rozedrganej kamery z ręki, którą chaotycznie prowadzi wzruszony moralnie operator. Nie mamy też syntetycznego stylu zerowego z TVN. Wiele scen jest świetnie skomponowanych wizualnie, ciekawie oświetlonych i dynamicznie zmontowanych. Kamera obiera często dość nietypowe kąty, ogólnie jest na co popatrzeć. Efekty specjalne może wypadają dość kiczowato, ale i tak komponują się całkiem nieźle.
Borys Szyc pokazuje wielką klasę i umiejętności na całej linii. Jego sposób dostarczania niektórych kwestii dialogowych jest naprawdę niesamowity i dosadny. Mimo całej groteskowości i przerysowania postaci dresiarza Silnego, Szyc tworzy kreację pełną niuansów, podskórnych niepokojów, nie zadowala się tanim komizmem. Dominująca liczebnie żeńska część obsady również nie zawodzi. Ich postacie co prawda nie dają tyle przestrzeni do rozwinięcia skrzydeł, ale każda z aktorek stworzyła wyrazistą bohaterkę, z Sonią Bohosiewicz na czele.
|
 |
 |
|
Xavery Żuławski pokazuje w "Wojnie polsko-ruskiej", że jest godny swojego nazwiska. Nie boi się ekstrawagancji, przerysowania, groteski. Balansuje na linii obrzydliwego kiczu,
ale kiedy zaczyna się niebezpiecznie przechylać na jedną stronę, umiejętnie kontruje. Pomysł zbudowania filmu według recepty metafilmowej, pokazując kulisy i fikcyjność świata
przedstawionego oraz niejako sam proces jego tworzenia, nie jest niczym w kinie nowym. Najbliższymi skojarzeniami byłyby tutaj "Adaptacja" czy "Stranger Than Fiction",
żeby nie sięgać daleko w historię kina. Zaangażowanie samej Masłowskiej nie było jednak do końca trafne. Sam fakt jej uczestnictwa daje ciekawe pole odbioru dla widza, ale jej
umiejętności aktorskie i dykcja nie do końca przystają do poziomu pozostałej części obsady. W scenie na komisariacie widać wyraźnie jak się męczy, szczególnie w kontraście z
rewelacyjnym Szycem. Ale pomimo tej niedogodności cała konstrukcja filmu, z licznymi przeskokami pomiędzy fikcją, a metafikcją, groteską i dramatem, dość paradoksalnie, mocno
się trzyma. Epizodyczna fabuła powiązana postacią Silnego sprawdza się bardzo dobrze, może jedynie ostatni akt jest nieco przydługi, ale całość filmu się broni. Nie jest to tylko
zbiór dobrych scen, ale też spójna całość. Psychodeliczne napięcie utrzymuje się do końca, a po seansie odczucia są mieszane. Wrażenie po wyjściu z kina mógłbym porównać z
"Dniem Świra". Film Koterskiego także posługiwał się takim rodzajem humoru, który po inicjalnej reakcji okazywał się bezlitosny, a puenty żartów w ostatecznym rozrachunku - przerażające
i smutne. Słysząc paniczne śmiechy pewnej części widzów "Wojny polsko-ruskiej",
w pewnym momencie poczułem się nieswojo, prawie jakby groteskowy świat z ekranu został przedłużony na widownię. To dopiero przerażające doświadczenie. Niestety, zapewne po sporej ilości widzów film spłynie jak po kaczce, lub zostanie odrzucony jako zbyt dziwny.
|
 |
 |
|
Adaptacja powieści Masłowskiej na pewno nie jest filmem bez wad; nie jest także żadnym przełomem, filmem z miejsca kultowym, wielkim wydarzeniem. Ale na pewno jest obiecującym sygnałem, że przy pewnym wysiłku i odwadze, polski film jednak może być dobry, oryginalny i ekscytujący. Nasze kino od dawna czerpie swoje źródła z literatury i jeśli już tak ma być, to niech będzie to coś świeżego i aktualnego, a nie odbębnienie kolejnych pozycji z listy lektur maturalnych czy kolejnych kart z podręczników historii. A dodatkowo Xavery Żuławski wykazuje potencjał na świetnego reżysera, nieuciekającego przed wyzwaniami.