Dyskusja o danym filmie jest najlepszą formą analizy, ponieważ pozwala spojrzeć na sam film oraz na własną interpretację z zupełnie innej perspektywy. Dlatego też najlepsze dyskusje odbywa się z ludźmi o kompletnie innych poglądach. Na prywatnym listserwerze Klubu Miłośników Filmu każdy ma swoje zdanie, tak więc 'mięso' lata na prawo i lewo w każdej dyskusji, szczególnie w przypadku filmów wywołujących skrajne reakcje - tak jak "Wątpliwość" Johna Patricka Shanleya. Padające argumenty i interpretacje często są wykorzystywane w recenzjach publikowanych na www.film.org.pl, ale całe dyskusje nigdy nie oglądają światła dziennego. Postanowiliśmy to zmienić. Poniższy tekst jest efektem gorącej dyskusji jaką odbyliśmy na temat filmu Shanleya, jest w zasadzie kompletnym jej zapisem, aczkolwiek wygładzonym i posegregowanym w bloki tematyczne. Założenia były dwa: pierwsze, lekko idealistyczne, to zachęcić Was do zastanowienia się nad "Wątpliwością" oraz w ogóle do dyskusji o filmach, które w jakiś sposób intrygują; drugie, lekko egoistyczne, to sprawdzić jak ten eksperyment przyjmie się na stronie KMFu. Jeśli się przyjmie, możliwe, że takich filmowych dyskusji pojawi się więcej. Zapraszamy więc do zapoznania się z naszymi skrajnymi interpretacjami i komentowania zarówno naszych podejść, jak i formy i wykonania całości. Jednocześnie informujemy, że ciągle jesteśmy dobrymi kumplami, którzy chętnie wyskoczą razem na piwo - i przy najbliższej okazji wytoczą najcięższą artylerię, by pogrążyć przeciwnika.


Symbol vs. Łopata


Beowulf: Zabij mnie, ale na przykład w "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" wszelka symbolika mi pasowała, sprowadzała sie do współgrania z konwencją - w "Wątpliwości" tak nie było. Łopatologia niektórych scen jest tak nachalna, że aż mnie raziła po oczach (wiatr, burza), a dodatkowo nie przekłada się to na jakąkolwiek wartość w filmie. A ten jest suchy i nudny. Może w teatrze to działało - nawet na pewno, wierzę, że tego Pulitzera za coś Shanley dostał - ale przełożenie, wydaje sie niemal dosłowne, sztuki na ekran filmowy trąci sztucznością.

Ciuniek: To może być spowodowane odmiennym "sposobem" oglądania. Nie wiem, czy ze mną jest coś nie tak, ale nie potrafię w żaden sposób uznać tych scen za symboliczne. Wiatr zwiał liście po to, żeby ujęcie wyglądało efektowniej, a burza złamała gałąź, żeby rozwinąć wątek tracenia wzroku przez jedną z sióstr. Może i jestem ignorantem, ale jestem też otwarty na wszelkie argumenty.

B: Akurat nie chodziło mi o te przykłady. Mógłbym na przykład wymienić burzę podczas rozmowy księdza Flynna z siostrą Aloysius (burza nie tylko dla efektu dramaturgicznego, ale dla podkreślenia tego, co się dzieje pomiędzy postaciami, zauważ, ze pioruny strzelają tylko wtedy, gdy ktoś podnosi glos). Dalej - po rozmowie siostry Aloysius z matką czarnoskórego chłopca, panią Miller, żeby podkreślić zarówno wątpliwości, jakie zaczynają coraz bardziej ogarniać siostrę, jak i 'wiatr przemian', o którym wielokrotnie mowa w filmie (może być bardziej symbolicznie?), Siostra zostaje niemal zdmuchnięta przez porywisty wiatr, który chwilkę przedtem lekko zawodził w tle. Dalej - kiedy u siostry James pojawiają się pierwsze wątpliwości względem księdza Flynna, jak to jest przedstawione na ekranie? Biedna siostra nie może usnąć, ponieważ za oknem szaleje burza z piorunami, która dodatkowo otwiera jej okno, musi więc wstać z wyrka. To najbardziej rażące przykłady takiej 'naturalnej' tautologii, bowiem symboliki w tym filmie jest sporo; jedne przykłady bardziej rzucające sie w oczy, inne mniej. Mnie po prostu ukłuło to dopowiedzenie ze strony Shanleya - w teatrze takie coś ma prawo funkcjonować, powiem więcej - wręcz musi się pojawić, ale w filmie powinno zostać zmienione lub chociaż subtelnie ograniczone, bo jest po prostu sztuczne.

C: Faktycznie, te sceny są w pewien sposób symboliczne, ale nie poczułem, żeby reżyser na siłę wpychał mi znaczenia do głowy. Być może wynika to z tego, że na początku wziąłem je za zwykle klisze, które (jak już wcześniej wspomniałeś) mają budować dramaturgię, ale nie zmienia to faktu, że krytykowanie ich w tak zapalczywy sposób trochę mnie dziwi.

B: Czy zapalczywy? Wytknąłem po prostu to, co mi sie w filmie nie spodobało, a właśnie ta nachalna teatralność najbardziej mnie zabolała, ponieważ na jej kanwie Shanley buduje cały film.


Ale o co chodzi...?


B: Postaci w filmie to szablony, nieruchome, statyczne, oznajmiające widzowi prosto z ekranu, że coś się zmieniło, kiedy tych zmian nie widać. Teatralność konwencji podkłada nogę większości scen, które wydają się mało realne; czuć, że to film, a nie płynna opowieść, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Nie wczułem się ani przez chwilę, a jeśli ktoś mi powie, że taki dysonans był zamierzony, to parsknę śmiechem. Jedyny dysonans, jaki zauważyłem w filmie, to właśnie zmierzenie tejże teatralności z ekstrawagancją kątów kamery i układania poszczególnych scen - jeśli film miał być powolny, refleksyjny, to choć zdjęcia ładne, wcale a wcale nie pomogły. I jeszcze jedno, coś, co dodatkowo pogrążyło ten obraz w moich oczach po seansie - wieloznaczność końcówki, osiągnięta przez niemal histeryczne załamanie się siostry Alojzyny. Nie wydaje mi się to dobrym rozwiązaniem, ale ok, wybór twórców.

C: Poproszę przykład statyczności. Nie ma tu żadnej złośliwości - zwyczajnie niczego takiego sobie nie przypominam. A wieloznaczność jest według mnie najlepszym, co ten film mogło spotkać, bo tak naprawdę to nie historia liczy sie w nim najbardziej, a emocje widza. Po wyjściu z kina zastanawiałem się, ile argumentów było za, a ile przeciw - zrobił to, czy nie zrobił?

B: Wieloznaczność tak, ale mnie się nie podobało to, w jaki sposób Shanley ją przedstawił. Sinusoida emocjonalna polega bardziej na nagłych woltach (rozmowa siostry James z księdzem Flynnem po jego kazaniu i nagłe przyznanie mu racji; ksiądz nagle odchodzi z parafii, choć do końca nie wiadomo dlaczego; końcowe nagłe załamanie się siostry Aloysius), niż na konsekwencji rozwijania poszczególnych sytuacji. Shanley-demiurg źle dawkuje elementy swojej opowieści, zna wszystkie sceny, które nadejdą, sam je stworzył, i może przez to brak mu dystansu do tego, co chce opowiedzieć. W efekcie widz musi albo sam sobie dopowiadać, albo zostaje mu wyłożona kawa na ławę, czasem wręcz podwójnie. A co do zastanawiania się - co Ci wyszło?

C: Jako naiwny optymista chcę wierzyć, że wezwanie na plebanię naprawdę dotyczyło wypitego wina, a więź wytworzona pomiędzy Flynnem a Donaldem miała swoje podstawy w tym, że chłopak nie tylko czuł się wyalienowany, ale też sam chciał zostać księdzem. Jednak z drugiej strony najbardziej "podejrzaną" sceną wydaje mi się ta początkowa - kiedy ojciec Flynn wręcza Donaldowi zabawkę - odniosłem wrażenie, że coś jest nie tak.

B: Wiesz, jeśli by na to patrzeć ze strony fabularnej, to najbardziej podejrzane wydaje mi się to, że Flynn miał coś do ukrycia w swojej byłej parafii i to zmusiło go do opuszczenia obecnej. Równie dobrze mógł to być romans z zakonnicą/zakonnicami, a równie dobrze jakieś zapędy pedofilskie (bo w tej kwestii siostra Aloysius niby dzwoniła). Tyle że tu pojawia się ścieżka interpretacyjna, o której Shanley w ogóle nie pomyślał i nie dał w filmie żadnych dowodów na to, że to może coś znaczyć, że tu może tkwić klucz. Działa jako wymówka, po prostu. Wątpliwość - odfajkowane, tajemnica - odfajkowane, przeszłość - odfajkowane.

C: W tym miejscu drobna dygresja - a właściwie, co Flynn miał zrobić? Szalenie podobało się mi się to, z jaką subtelnością scenariusz podchodzi do tematu - wszyscy jedynie się domyślają, co mogło zajść, nikt nie mówi niczego wprost, nawet siostra Alojzyna bezpośrednio oskarżając księdza nie używa słowa "molestowanie" - cały czas powtarzane jest "to". Najbliżej dosłowności była postać grana przez Hoffmana, mówiąc: "nie dotknąłem go" - i znowu, z tego stwierdzenia nic konkretnego nie wynika, czy mówiąc o dotyku od razu przed oczami staje nam pedofil? Oczywiście - w domyśle wiemy, o co chodzi, ale nie zmienia to faktu, że tylko w domyśle.

B: Księdzu nie musi mówić wprost, ale np. matce dziecka wbija szpile prosto między oczy.

C: Bo ja wiem? Krąży wokół tematu, stara sie mówić ogólnikami, a w pewnym momencie sama pyta: "O czym właściwie rozmawiamy?".

B: Nie wypowiada nigdy słowa 'molestowanie' czy 'pedofilia', ale przekaz jest konkretny - mówi albo o 'wykorzystywaniu syna przez księdza', albo o 'związku, jaki się między nimi rozwija'. A wracając do przykładów statyczności postaci - tu się rzeczywiście trochę zagalopowałem, bo prawda jest taka, że wszystko, co mówią, kim są, podporządkowane jest fabule i generalnemu wydźwiękowi. Co nie zmienia faktu, że i tak mi się to średnio podoba, bo to ciągle teatr, nie film - postaci w zasadzie nie wychodzą poza rozpisane dla siebie role: zgorzkniałej, niewierzącej księdzu siostry przełożonej, niewinnej, słodziutkiej zakonnicy, progresywnego księdza z jakąś tajemnicą; dodatkowo poza kilkoma scenami (rozmowa księdza z chłopakami o kobietach) dzieciaki w filmie są jedynie instrumentami do pokazania atrybutów siostry, księdza lub zakonnicy.

C: Nie zgadzam się co do siostry Alojzyny. To zgorzknienie to jedynie maska, którą siostra przywdziewa, bo "tego po mnie oczekują". Przecież Alojzyna w pierwszej rozmowie z Panią Miller (kiedy słucha radia) wydaje się całkiem inną osobą - serdeczną i uśmiechniętą. W podobnym celu pokazane było ujęcie podania widelca ślepnącej zakonnicy - siostra przełożona chce być postrzegana jako zimna, ale wcale taka nie jest.

B: Widzę to w trochę inny sposób - siostra przywdziewa maskę twardej, bezkompromisowej jędzy, bo "tego po mnie oczekują" - sama przyznaje się do tego w rozmowie z siostrą James; to jedyny sposób jaki widzi, by być szanowaną i nie ustępować za bardzo miejsca księżom, szczególnie Flynnowi. To maska, która po części zostaje jej narzucona przez sytuację życiową, a po części przez nią samą. Dlaczego przez nią samą? Bo to zgorzkniała, a jeśli nie zgorzkniała to szybko gorzkniejąca kobieta, która prowadziła kiedyś dobre życie u boku męża (sama o tym mówi), ale on umarł i - niejako w domyśle, ale z dużą dozą pewności - można stwierdzić, że to właśnie główny powód do tego, że znalazła się w roli siostry przełożonej (sama o tym mówi, ale nie dosłownie). To kolejny powód, dla którego postanowiła nosić maskę nie okazywania głębszych uczuć - bo nie chce współczucia. Zauważ również, że za każdym razem, kiedy wychodzi ze swojej roli 'bezkompromisowej harpii' znajduje się tylko w towarzystwie kobiet. Tak, wiem, tą wypowiedzią zaprzeczyłem lekko stwierdzeniu, że siostra to szablon, który nie wychodzi poza przypisaną jej rolę, ale jak na to spojrzeć z perspektywy sztuki teatralnej - tak właśnie jest.


Pytania o decyzje (s)twórcy


B: Shanley powiedział swojemu aktorowi, Hoffmanowi, czy jego postać jest winna czy nie. Powiedział to tylko jemu, żeby mógł dobrać perspektywę do swojej postaci, ale po co? Kiedy o tym przeczytałem, od razu narzuciła mi się kolejna dygresja względem spojrzenia na film, który przez cały czas udaje, że jest czymś więcej niż jest faktycznie i chce wmawiać to poprzez kuszenie odpowiedzią, której na końcu nie udziela, pozostawiając widza z kompletnym tumiwisizmem.

C: Ciekawe, nie słyszałem o tym. Tak naprawdę sam już sobie odpowiedziałeś - żeby mógł dobrać perspektywę do swojej postaci. Wydaje mi się, że ciężko "wczuć się" w graną postać, jeżeli w jej najbliższej przeszłości jest czarna dziura. Gdyby Hoffman nie wiedział, co jego postać zrobiła (lub czego nie zrobiła), jego rola mogłaby być zwyczajnie słabsza i mniej wiarygodna.

B: To zależy też od reżysera, niektórzy w ogóle nie ujawniają kolejnych faz skryptu zanim nie dojdzie do kręcenia konkretnych scen. Pytanie - czy w którymkolwiek momencie czuć to, czy Hoffman jest winny czy nie? Nie czuć, bo cały główny watek, (czyli domniemanej pedofilii) oparty jest na jednym wielkim niedopowiedzeniu. Nie widzę wiec różnicy z tym, jakby wszyscy wiedzieli. Lub jakby nikt nie wiedział.

C: Istnieje różnica między nieznajomością najbliższej przyszłości, a nieznajomością niedawnej przeszłości. Wiem, czasami w grę wchodzi zaburzenie chronologii, ale nie każdy film to od razu "Memento". W takim razie trochę inaczej - służyło to tylko wygodzie Hoffmana i wyłącznie jemu, nie widzowi. Gdybyś o tym nie wiedział, nie miałbyś się do czego przyczepić. Gdybyś o tym nie wiedział, nie wiedziałbym o tym i ja i nie dziwiłbym się, jak można sie do tego przyczepić.

B: To prawda, ale jednak obaj o tym wiemy.

C: Wrócę jeszcze na moment do tego, co napisałeś o rzekomym tumiwisizmie Shanleya. Widz również miął doznać uczucia niepewności. Gdyby zakończenie było jednoznaczne, film byłby zwykłym kinem społecznym, piętnującym pedofilię/kler/Kościół jako organizację tuszującą takie sprawy.

B: Przyjmujesz od razu postawę, że on mógł to zrobić. A co z drugą opcją, w której siostrzyczka ma fioła?

C: Skrót myślowy, który został bezczelnie wykorzystany przeciwko mnie. Ale skoro już jesteśmy w temacie: czy naprawdę sądzisz, że w dzisiejszych czasach, kiedy coraz więcej ludzi odwraca się od Kościoła, ktoś w Hollywood nakręciłby film broniący dobrego imienia kapłanów? Raczej nie, bo taka historia słabo by się sprzedała. To raz. Dwa - odnoszę wrażenie, że nastała swego rodzaju moda na krytykowanie instytucji kościoła jako "przestarzałego" i "mało postępowego", a kiedy coś się zmienia, wszyscy doszukują się ukrytych znaczeń i zastanawiają się, "co też teraz ci czarni knują?". Taka krótka dygresja, nie ciągnijmy tego dalej.

B: "Wątpliwość" nie jest atrakcyjnym dla widza filmem. Sprzedaje sie dzięki aktorom (i nominacjom, ale to wyszło później). Także uważam, że przy odpowiedniej i umiejętnej fazie produkcyjnej - tak, podobny film mógłby powstać. Choć wiadomo, że nie powstanie, bowiem w dzisiejszych czasach procesem produkcyjnym rządzi kalkulacja ryzyka.

C: Kończąc to, co zacząłem wcześniej: dzięki takiemu zakończeniu reżyser pyta się nas: "po której stronie staniesz?". Wybór jest z pozoru prosty, albo przyjmujemy, że nic się nie stało (stwierdzenie bez negatywnego wydźwięku - ta wersja była tak samo wiarygodna) i żyjemy ze spokojem, albo stajemy po stronie siostry Alojzyny, która to tak naprawdę zapłaciła największą cenę ze wszystkich. Swoją drogą - podczas ostatniej sceny, kiedy zaczyna płakać, po plecach autentycznie przeszły mnie ciarki - aż tak udzieliły mi sie emocje.

B: Według mnie to najbardziej sztuczna scena filmu. Jakby ktoś jeszcze nie zauważył, że Siostra ma wątpliwości, dajmy jej to oznajmić wszystkim widzom, przy okazji pogłębimy wydźwięk postaci i może całego filmu, może zahaczymy również o dychotomię dobra i zła pod przykrywką targających każdym człowiekiem wątpliwości. Wybacz szyderstwo, ale autentycznie uśmiechnąłem się na tej scenie.

C: Nabijaj się ile chcesz, ale na mnie faktycznie zrobiło to wrażenie. Mówiąc o wątpliwościach Alojzyna nie miała na myśli wyłącznie Flynna, ale również to, co szyderczo nazywasz "pogłębianiem". Spójrzmy na to w ten sposób - zakonnica podporządkowuje całe swoje życie wierze...

B: ...czy może po prostu dąży do tego, żeby wywalić nielubianego, progresywnego księdza metodą 'cel uświęca środki'? Nazywa to instynktem, ale od samego początku szuka jakiegoś haka na Flynna, dlatego wprowadza ziarnko podejrzenia w umysł siostry James, które później kiełkuje i stąd wywodzi się cała fabuła filmu...

C: ...następnie spotyka sie z tym rzekomym przypadkiem molestowania, który film przedstawia i nabiera podejrzeń - dąży do prawdy, aby na jaw wyszły krzywdy i przewinienia. Siostra James przyjmuje wersję księdza, bo tak jest prościej, nie trzeba sie nad niczym zastanawiać, to było zwykle nieporozumienie.

B: I znowu się nie zgadzam - siostra James wychodzi na jedyną osobę z całego trio, która naprawdę posiadała jakąś wiarę, bo nie została jeszcze 'skażona światem'. To 'skażenie' rozpoczyna siostra Aloysius. Siostra James po prostu wierzy w dobro, dlatego przyznaje rację księdzu, nie jej.

C: Oczywiście, masz rację. Chodziło mi raczej o pewne cyniczne spojrzenie 'z boku'. I dalej - Siostra Alojzyna utwierdza sie w przekonaniu, że Flynn jest winny i to powoduje reakcję łańcuchową - ksiądz jest osobą powołaną do służby przez Boga, skoro wiec nawet ksiądz może dopuścić sie takiej niegodziwości, to dlaczego Bóg go wybrał? A może Boga w ogóle nie ma? I w ten sposób kobiecie wali się cały światopogląd, będący fundamentem drogi, którą postanowiła pójść w życiu.

B: Nie przesadzasz czasem? W którym momencie było choćby na chwilę pokazane, że siostra miesza w to Boga?

C: Być może trochę przesadzam, ale nie zmienia to faktu, że takie właśnie były moje pierwsze skojarzenia - nie pomyślałem o wątpliwościach względem księdza, bo sama Alojzyna mówi o tym, że jego odejście jest przyznaniem się do winy. Mówi również, że piętnując niegodziwość człowiek oddala się od Boga. O wątpliwości 'fundamentalnej' pomyślałem również z powodu rozpaczy bijącej z głosu siostry; to było wyrazem czegoś więcej, niż tylko wyrzutów sumienia.


Historia wiary


B: Jeszcze jedna kwestia łopatologii, która mnie zmęczyła - nawiązania do amerykańskiego społeczeństwa i jego obaw. To nie przypadek, że film wyszedł akurat w roku wyborczym, kiedy powstała możliwość wyboru czarnoskórego prezydenta, nie ma nic przypadkowego w adaptowaniu sztuki, która mówi o obawach społeczeństwa amerykańskiego po śmierci Kennedy'ego, za którego 'następcę' Obama jest uważany. Metafora może i ładna, zrozumiała, ale brak jej jakiejkolwiek subtelności...

C: Znów sie nie zgodzę (a przynajmniej nie w pełni). Według mnie wybór roku, w którym dzieje się akcja filmu nie jest związany wyłącznie z JFK. Równie dobrym wyjaśnieniem jest Sobór Watykański Drugi, który rozpoczął obrady w 1962r., a zakończył je w 1965r. (w filmie jest 1964). Ten Sobór zreformował Kościół Katolicki u podstaw i położył nacisk na zwiększenie kontaktu z wiernymi. Mamy więc konserwatywny, przedsoborowy obraz Kościoła pod postacią siostry Alojzyny, która wyznaje twarde zasady i dyscyplinę, ukrywając swoje współczucie w sposób przywodzący na myśl siostrę Ratchet z "Lotu nad kukułczym gniazdem". Dlaczego? Być może dlatego, że nie chce, aby jej troska o ślepnącą siostrę została wzięta za robienie czegoś "na pokaz" - wystarczy, że tylko ona o tym wie. Z drugiej strony mamy księdza Flynna, który przedstawia obraz nowego, posoborowego Kościoła, mniej hermetycznego i w mniejszym stopniu ograniczonego liturgiczną formalizacją. Te różnice dobitnie pokazuje scena kolacji księży i zakonnic - księża zajadają sie mięsem, popijają piwo i opowiadają sobie dowcipy w oparach papierosowego dymu (trochę przerysowane, ale z drugiej strony... czy na pewno?), kiedy w tym samym czasie siostry spożywają posiłek w ciszy, przy szklance mleka i w niemal ascetycznych warunkach.

B: Cieszę się z lekcji historii, ale prawda jest taka, że JFK był wspomniany co najmniej dwa razy (początkowe kazanie księdza, lekcja siostry James), natomiast o Soborze nie było mowy. No chyba, że tego też trzeba się było domyślić. A co do postaw postaci - z tym się nigdy nie kłóciłem. Akurat to, o czym piszesz, jest bodaj najciekawszym elementem filmu. Niepociągniętym dalej, dodajmy.

C: I znowu, reżyser nie mówi "to jest dobre, a to złe" i wyciągniecie wniosków pozostawia widzowi. Zazwyczaj takie podejście raczej mnie irytuje, jednak w tym filmie zadziałało.

B: Z całym szacunkiem, ale właśnie sobie odpowiedziałeś - reżyser pokazuje, co jest dobre, i to dosyć dobitnie. Masz księży zadowolonych ze swojego życia, cieszących się ze swojego powołania, wyciągających od dzieciaków radość życia i prawdziwe emocje, które mogą sie przerodzić w przyszłe powołanie (początkowa scena z księdzem Flynnem i młodym Millerem), a z drugiej strony zakonnice, które przerażone siedzą w ciszy, bojąc sie nawet odezwać, bo dostaną reprymendę. Jest jeszcze wiele jednostek wierzących w wartość takiej ascezy, ale w dzisiejszych czasach takie ukazanie sprawy, jak zrobił to Shanley, jest niemal jednoznaczne. I nie ma szans, żeby facet nie zdawał sobie z tego sprawy.

C: Jeszcze w sprawie Kennedy - Sobór. Ile znasz filmów, w których jest mowa o zabójstwie JFK? A ile znasz filmów, w których mowa jest o soborze? No właśnie - wielu ludzi widzi skutek (zmiany w Kościele), nie zastanawiając sie nad przyczynami. Film nie miał być lekcją historii i łopatologicznie wykładać co i jak (a tego juz byś chyba nie zniósł, a jedynie wziąć pewne postawy i umieścić je w scenariuszu. Nie neguję znaczenia JFK, ale wątek zmian w Kościele jest równie ważny, jeśli nie ważniejszy, a tego juz nie da się oderwać od Soboru. To znaczy - oczywiście, że się da, jeśli ktoś nigdy o tym nie słyszał, ale ja słyszałem i dla mnie jest to oczywiste.

B: A co ilość filmów ma do rzeczy? JFK był wymieniany w filmie, analogia jest dla mnie klarowna i zrozumiała. Jakby chcieli to mogli włożyć jedno zdanie o Soborze w usta jakiejś nawet drugoplanowej postaci. Dlaczego tego nie zrobili w takim razie? Co do przyczyn i skutków masz rację, ale tu nie chodzi w tej chwili o zmiany w Kościele, ale o fakt, że Sobór nie został wymieniony w filmie. Jeśli ten fakt miał mieć jakieś znaczenie dla filmu, to Shanley nawalił, bowiem każe widzowi szukać po podręcznikach historii. Szacunek dla Ciebie za to, że potrafisz rzucić nowe światło na film (sam często wychodzę poza film, więc rozumiem), ale według mnie ten fakt po prostu nie miał większego znaczenia, a jeśli miał, to zepchnięcie go do tła (bo w filmie chodzi przede wszystkim o tytułową wątpliwość, nie oszukujmy się) było chybione.


Na koniec


B: Filmowi nie pomaga również klasa Streep i Hoffmana - to role dobre, ale nie wybijające się niczym poza ich stały repertuar. To samo z Adams, która gra znowu Giselle z "Zaczarowanej", jak słusznie wielu krytyków stwierdziło, choć pewnie to rola ponad jej normalny poziom. Wszystkie oscarowe nominacje dla "Wątpliwości" uważam za chybione, również za scenariusz, bowiem, jak napisałem wcześniej, ten teatr nie sprawdza się na ekranie kinowym. Wydaje mi się, że "Wątpliwość" to jeden z tych filmów, których 'wielkość' i 'głębokość' zostały w pewien sposób narzucone Akademii oraz amerykańskiemu społeczeństwu, które film wypromowało (podobnie np. z seryjnym nominowaniem Benjamina Buttona, który to film uważam za bardzo dobry, ale akurat na to wszystko nie zasługiwał).

C: Krótko podsumowując to, co napisałem wyżej - wara od scenariusza. Jedyna nominacja, która wydaje mi się naciągana, to ta dla Violi Davis - na ekranie było jej niewiele, a jedna scena płaczu to trochę za mało na Oscara. I nie chodzi o to, że była słaba - po prostu niemal na pewno znalazłaby się przynajmniej jedna aktorka, która zasługiwałaby na wyróżnienie bardziej niż ona.

Ciuniek - 8/10
5/10 - Beowulf


wytwórnia - Goodspeed Productions, 2008
reżyseria - John Patrick Shanley
scenariusz - John Patrick Shanley
muzyka - Howard Shore
montaż - Dane Collier, Ricardo Gonzalez
zdjęcia - Roger Deakins
czas projekcji - 104 minuty


Meryl Streep
Philip Seymour Hoffman
Amy Adams
Viola Davis
Alice Drummond
Susan Blommaert
Carrie Preston
Joseph Foster


siostra Alojzyna Beauvier
ojciec Brendan Flynn
siostra James
pani Miller
siostra Weronika
pani Carson
Christine Hurley
Donald Miller


Dyskutowali: Darek Kuźma - BEOWULF i Maciek Poleszak - CIUNIEK | Klub Miłośników Filmu, 3 marca 2008

STRONA GŁÓWNA | ANALIZY KMF | NAPISZ DO AUTORÓW