Strona główna KMF


Kontrolowany chaos


Trzecia odsłona przygód dzielnego i nad wyraz realistycznego agenta Jasona Bourne'a w bardzo zgrabny sposób zamyka trylogię według prozy Roberta Ludluma. Mamy wyjaśnione wszystkie wątki, czyli kto jest zły, kto zawinił, kto jest najsłabszym ogniwem i wreszcie kto musi odejść. W zaskakującym i nieco przewrotnym finale okazuje się bowiem, że każdy ma dużo na sumieniu, ale nie każdy chce rozgrzeszenia i nowego życia. "Ultimatum Bourne'a" zakończenie ma więc ciekawe, znakomicie rozpisane na poszczególnych antagonistów. Ale między napisami początkowymi a zakończeniem, film musi coś wypełniać. Tu wypełniaczem jest... ciągła bieganina z komórką w ręku. Z komórką, za pomocą której Bourne robi w konia złych ludzi. Oczywiście w międzyczasie Bourne - co jest tradycją cyklu - strzela, bije się i bierze udział w pościgu samochodowym - a prawie wszystko to z udziałem innego zabójcy rządowego, dzierżącego w dłoni kontrakt na życie Jasona Bourne'a. Tym jednak razem, nasz dzielny agent szukający tożsamości, ucieka przed zabójcą nie Smartem, nie starą Ładą, tylko rasowym radiowozem nowojorskiej policji. Ale zanim dojdzie do widowiskowego pościgu, Bourne ucieknie jeszcze z piętrowego parkingu wypasionym Audi (po twardym lądowaniu już mniej wypasionym). W tym miejscu nie potrafię znaleźć wyjaśnienia, jakim cudem jadące na wstecznym biegu Audi, wzbiło się ponad ścianę parkingu, zamiast z wielkim hukiem rozbić się o nią. Taki techniczny szczegół, naciągany do bólu, ale niech będzie, że do strawienia.




Niestety, gdy już zaczyna się właściwy pościg... niewiele widać, bo kamera się trzęsie, montaż tnie jak szalony, a ujęcia są zdawkowe, pospieszne i chaotyczne. Na szczęście i tak w scenach akcji da się zobaczyć i zrozumieć więcej niż w "Krucjacie Bourne'a", uważam jednak sposób filmowania Greengrassa, za przesadziście niezrozumiały i nie na miejscu. Może czas zmienić operatora na takiego bez ADHD, bo nawet w scenach dialogowych kamera nie potrafi stać spokojnie. Można to niby zrzucić na karb paradokumentalnej konwencji i tworzenia klimatu ciągłej niepewności, osaczenia, zdenerwowania, ale czy naprawdę kamera musi cały czas drżeć, podskakiwać i na boki się kiwać? Może na planie było zimno, albo podłoga była śliska, sam nie wiem. Podsumowując pracę kamery, wygląda ona tak, jak Axel Folley wymachujący legitymacją policyjną w taki sposób, że obserwator nie ma szans doczytać się, czy to legitymacja budowlana czy agenta FBI. Aktorsko i muzycznie trzecia część wypada już znakomicie. David Strathairn w "Good Night, and Good Luck." bardzo dobry, tu ma okazję być bardzo zły. W roli szefa CIA przypomina o sobie Scott Glenn, choć siebie nie za bardzo przypomina, bo jest strasznie postarzały i pomarszczony. Matt Damon gra na stałym bourne'owskim poziomie, czyli alleluja i do przodu! John Powell udanie powtarza i przetwarza ścieżkę dźwiękową z "Krucjaty...", a całość tradycyjnie kończy świetny utwór "Extreme Ways" w wykonaniu Moby'ego.




Mimo powyższego przemieszania zarzutów i pochwał w kierunku "Ultimatum Bourne'a" przyznaję, że to naprawdę dobre i trzymające w napięciu kino szpiegowskie, pewnie stojące w opozycji do gadżeciarsko niemożliwych Bondów i Ethanów Huntów. W moim osobistym rankingu, najlepsza jest część środkowa, na miejscu przedostatnim "Ultimatum..." i na zaszczytnym trzecim miejscu część pierwsza. Do wszystkich jednak mam pewien zarzut, bowiem minusem nie tylko trzeciej, ale i poprzednich odsłon jest niewykorzystanie ogromnego potencjału książkowej trylogii. Nie ma nic o genezie nazwiska Jason Bourne, o polowaniu Bourne'a na Szakala - organizacja Treadstone powstała wszak w celu zabicia właśnie Szakala, czy o wietnamskiej przeszłości naszego bohatera - śmierć żony i dwójki dzieci w przypadkowym ataku bombowym i powstaniu oddziału straceńców wykańczającego ludzi Wietkongu, którego Bourne (kryptonim Delta) stał się członkiem - oddziału straceńców, nie Wietkongu. ;) Może dlatego, że filmowa trylogia dzieje się tu i teraz, i może dlatego, że książkowy Bourne narodził się pod koniec wojny wietnamskiej, kiedy to Matt Damon na chleb wołał "pep" a na ptaki "ptaty". Ale film to film. Podporządkowuje sobie książkowe wydarzenia, zmienia je, skraca, upraszcza, aby można było opowiedzieć dynamiczną, pozbawioną przesadnej wielowątkowości historię językiem X muzy. To tu w końcu, a nie w książkach, możemy podziwiać operatorski majstersztyk, gdy Bourne wskakuje do budynku przez okno, a kamera jest wciąż za jego plecami, jakby szalony operator skoczył za kaskaderem.


Kliknij tutaj aby przeczytać moje pozostałe recenzje filmów o przygodach Bourne'a.






Tytuł oryginalny: The Bourne Ultimatum
Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 111 minut

Reżyseria: Paul Greengrass
Scenariusz: Tony Gilroy, S. Z. Burns, G. Nolfi
Według powieści: Robert Ludlum
Zdjęcia: Oliver Wood
Muzyka: John Powell

Obsada:
Matt Damon   .....Jason Bourne
Julia Stiles   .....Nicky Parsons
David Strathairn   .....Noah Vosen
Scott Glenn   .....Ezra Kramer
Paddy Considine   .....Simon Ross


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Donica - DUX
Klub Miłośników Filmu
11.09.2007