Strona główna KMF
 














Ktoś Rodzi Się dla Życia Nędznego.
Każdego Dnia i każdej Nocy,
Ktoś Rodzi Się dla słodkiej radości.
Jeden dla słodkiej Rodzi Się radości,
Inny Się Rodzi dla Nieskończonej Nocy.

    "Truposz" Jima Jarmusha to film znakomity. Od razu o tym mówię, gdyż sam nie wierzę we własne, jakże optymistyczne słowa. Do tego pięknego (jak się okazuje) filmu podchodziłem 3 razy traktując go raczej jako wydmuszkę pięknie wyglądającą i udającą jajko, którego tak naprawdę nie ma. Zdawało się, że Jarmush omamił mnie pieknymi zdjęciami, hipnotyczną muzyką, ale sama historia, bardzo enigmatyczna, zdawała się być niczym innym jak niezrozumiałą filmową poezją. Udawałem ciekawość, dałem się ponieść rytmowi opowieści, acz ze zrozumieniem był pewien kłopot, pewna trudność w przyswojeniu języka wysublimowanej narracji.
    Coś się więc zmieniło, coś we mnie pękło... Pewna niewidzialna nić stała się nagle widoczna, zauważalnie piękna, tworząca porozumienie między mną a przypowieścią serwowaną przez Jarmusha. Jest to dość rzadko spotykane uczucie swoistej dojrzałości do niektórych przekazów sygnalizowanych przez twórcę dzieł filmowych. Podobne uczucie może towarzyszyć obcowaniu z literaturą - "Ulisses" Jamesa Joyce'a staje się początkowo pewnym bełkotem, nic nie znaczącym słowotwórstwem, lecz po kilkudziesięciu, kilkuset stronach zamienia się w fascynującą, oniryczną podróż po Dublinie. "Truposz" niegdyś jawił mi się jako podróż Williama Balke'a zbyt tajemnicza, poniekąd w tej tajemnicy-bzdurna. Obecnie mogę nazwać swą ocenę jako tą wynikającą ze zbyt małej wrażliwości, pokrętnych losów niezrozumienia i niedojrzałości. Jim Jarmush, na dzień dzisięjszy, filmem swym mnie zachwycająco zaskoczył, bo mym oczom ukazał się film piękny, niezwyczajnie poetycki i zwyczajnie mądry.

    "Truposz" jest przesiąknięty pewnego rodzaju religijnością świata. Nie przez przypadek główną rolę odgrywa tutaj natura, która dla Indian, dla ludzi żyjących zgodnie z czasem przyrody, jest świętością, jest pogodzeniem się z losem, z przeznaczeniem. Natura zagarnia dla siębie i życie i śmierć. Indianin Nikt jest orędownikiem tego typu idei - patrzy na świat, na drzewa, chmury, zwierzęta, ludzi. Patrzy na życie i śmierć, na trwanie, przemijanie. Wszystko to wpisuje się rytm naturalnego zegara, bezlitosnego, nieczułego na prośby. Jim Jarmush wokół tej świętości buduje swą przypowieść. Ranny William Blake odbywa podróż do świata śmierci. Ten świat jest całkowicie normalny, akceptowalny. Umieranie jest częścią życia, śmierć jego naturalnym dopełnieniem. Narodzinom dziecka towarzyszy zgon człowieka tuż obok. Jarmush pokazuje kilkakrotnie w filmie ten swoisty dualizm: gdy Blake przyjeżdża do miasteczka widzimy kobietę karmiącą niemowlę, a obok zakład pogrzebowy wystwiający liczne trumny; Blake w wiosce indiańskiej widzi dziecko w kołysce, a zaraz obok ktoś umiera, ktoś zostaje pogrzebany. Podobnie w samej naturze - widzimy pełne energii, piękna zwierzęta, drzewa, a tuż obok zabitą małą sarnę bądź zwiędnięte drzewo... Przygląda się temu Indianin, który nie sprawia wrażenia zaskoczonego, zmartwionego siłą niszczącą życie. Święta natura daje i zabiera, coś się kończy, coś się zaczyna...
    Abstrahując od religijności i mistycyzmu "Truposza" warto zwrócić uwagę na inne aspekty tej historii polaryzującej świat zastany przez Blake'a (i widza). Na przykład sama natura, przyroda stojąca w opozycji do współczesności i reprezentującego ją miasteczka o wymownej nazwie "Machine". Blake podróżując pociągiem widzi za oknem góry, lasy, doliny. W pewnym momencie współpasażerowie-mysliwi wyciągają strzelby i zaczynają strzelać szaleńczo do bizonów (na przełomie wieku XIX-go i XX-go wystrzelono tychże miliony). Kłóci się to z pięknem przyrody. Samo Machine i stojąca w centrum fabryka może jedynie przerazić, zakłócić spokój natury. To symbol intensywnej, brutalnej przemiany, tym bardziej zauważalnej, że przez większość filmu korelowanej z czystością lasu i ludzi poddanych biegowi niemodernistycznego czasu. Sama przypowieść obrazowana jest kadrami, poetycko wychwytującymi piękno otoczającego świata, nawet z jego śmiercią. W tle słychać brudną, jazgotliwą gitarową muzykę w wykonaniu Neila Younga (dodam, że to jedna z najgenialniejszych i najoryginalniejszych ścieżek dźwiękowych jakie dane mi było słyszeć w filmie). Zdaje się, że muzyka może wręcz przeszkadzać, lecz jest wspaniałym uzasadnieniem dualizmu świata ukazanego przez Jarmusha. Obok łagodności i poezji istnieje naturalizm śmierci i ostry, nieprzyjemny świat pełen obrzydliwości i śmierdzącego błota.
    Jim Jarmush powiedział o jeszcze jednej ważnej rzeczy - o samych Indianach, o ludziach natury boleśnie skrzywdzonych przez osiędlających się na amerykańskich ziemiach osadników. Konfrontacja natura-współczesność została uzupełniona obrazem krzywdy Indian. Reżyser nie raz pokazuje spalone wioski indiańskie, zamordowanych tubylców nie mających szans na obronę przed bezwzględnymi kolonizatorami. W Ameryce Północnej Indian mordowano, tworzono pierwsze obozy koncentracyjne (tak, tak! wszystko to czyniono, aby mieć ziemię!), inaczej niż to miało miejsce w Ameryce Południowej i Środkowej, gdzie Indianie stawali się "jedynie" niewolnikami konkwistadorów. Wymowna jest scena gdy Blake z Indianienem przybywają do pewnego pastora po tytoń, a ten zaczyna się modlić i przeklinać Indianina życząc mu niechybnej i szybkiej smierci za innowierstwo...

    Mówiąc o "Truposzu" warto też wspomnieć o poezji wciąż mu towarzyszącej. Albo nie, nie będe nic mówił o poezji Williama Blake'a. Tylko zacytuję:

W blasku ranka, w nocy cieniach
Ktoś się rodzi dla cierpienia
W cieniach nocy, w dnia jasności
Ktoś się rodzi dla radości
Ktoś się rodzi dla radości
Ktoś się rodzi dla ciemności

    Po filmie sięgnijcie do Blake'a. Jego wiersze są tak samo piękne jak dzieło Jarmusha...

AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI