Strona główna KMF
 









    Droga to jeden z najczęściej pojawiających się symboli w dziele filmowym. Zawsze oznacza ono drogę ku czemuś nowemu, nieznanemu, swoiste palenie za sobą mostów, czasem afirmacja życia, postawienie własnego ja do walki z własnymi słabościami, z własną ułomnością, niedoskonałością. Coś zostawić w tyle, nie oglądać się, przeć do przodu pozbywając się czy to naiwności, czy strachu. Droga to ucieczka, to wieczne doganianie peletonu własnych wyobrażeń o świecie doskonałym. Droga bywa też przypomnieniem, najprostszą pamięcią o przeszłości, która silnie może umocnić człowieka od wewnątrz. Najprościej można powiedzieć, że jadąc, biegnąc, idąc drogą dojrzewamy. Niektórzy zapewne pamiętają "Easy Ridera". Dwaj bohaterowie, na motorach przemierzają Amerykę prąc ku wolności, krytykując rzeczywistość, zyskując nową świadomość. Podobnie dwaj bohaterowie "Mojego własnego Idaho". Zostawiają za sobą swoje przegrane, brutalne życia, rodząc się na nowo.
    "I twoją matkę też" to klasyczny film drogi meksykańskiego reżysera Alfonso Cuaron. Trochę w konwencji komediowej, trochę dramatycznej, trochę obyczajowej. Przywołujący na myśl takie "dzieła" jak "American Pie" czy "Road Trip" czyli młodzieżowe, bezpruderyjne komedie o nastolatkach i dla nastolatków. Film Cuarona jest oczywiście co najmniej kilkadziesiąt razy lepszy, inteligentniejszy, nie tak nachalnie umoralniający, nie tak banalny i wcale nie głupi (czy ogłupiający). Podróż dwóch najlepszych przyjaciół, Julio i Tenocha, ze starszą o kilka lat Luisą jest podróżą wyboistą, z licznymi zakrętami losów tych trojga. Do jednego celu - Wrót Niebios, pewnej wymarzonej, nieistniejącej plaży gdzieś na pięknym wybrzeżu Meksyku.

    W pierwszych scenach widzimy beztrosko żyjących bohaterów, spędzających czas kompletnie bezproduktywnie. Niby poważnie traktowane dziewczyny, niby prawdziwa przyjaźń, niby istniejące plany na przyszłość, niby prawdziwe życie. Przy wszystkim jednak są obok. Stoją śmiejąc się, nie zauważając szczegółów, nie zwracając uwagi na nic. Żaden hedonizm, tylko takie szczere, proste życie dwojga nastolatków.
    Inna jest Luisa. Niewiele starsza, ale już mężatka, kobieta poważna, której los nie oszczędza, karząc ją, szczęśliwą i zakochaną, zdradą męża. Alfonso Cuaron dyskretnie podgląda zwykłe życie: leniwe popołudnia dwójki chłopców, ich zabawy, rozmowy. Patrzy na Luisę, jej uśmiech, za chwilę skryty płacz, tęsknotę. Nie ma tu miejsca na przebarwienia, przejaskrawienia. Ich płacz, zażenowanie, radość jest takie... zwykłe, aż chwilami dla widza nieprzyjemne, bo zbyt autentyczne. Czuć się jak Wielki Brat, wiedzieć więcej od bohaterów, znać ich tajemnice, marzenia, wady, pragnienia.
    I wyruszają w podróż nie wiedząc nic o sobie. Wciąż jadą przemierzając pustkowia, lasy, małe wioski. I poznają siebie. Dowiadują się o tajemnicach od dawna skrywanych, o cierpieniu, o szczęściu. Dla Luisy ta podróż to rozwinięcie skrzydeł do lotu ku przeznaczeniu (tutaj zaskoczenie, którego nie zdradzę; niebanalne zaskoczenie). Chłopcy dowiedzą sie więcej o sobie samych, poznają własne zahamowania, własną odwagę, porządania, ale też i poczują skruchę przed niedojrzałością. Ta droga pozbawi ich naiwności, zostawi daleko w tyle ch dziecięce dusze.
    Dojrzałość w filmie Caurona to dostrzeganie szczegółów, na pozór nic nie znaczących. Widzimy rozmowę bohaterów po czym na kilka sekund kamera zbacza na trzeci lub czwarty plan opowiadając historię o robotniku potrąconym przez samochód, weselu w wiosce, śmierci na drodze. Takich momentów jest w filmie kilka. One przypominają tylko o życiu (trochę jakby to infantylnie brzmi...). Trwać obok nie można. Bez sensu jest takie rozmijanie się z rzeczywistością, kiedy fragmenty 'puzzli' gdzieś się zapodziały. Nie ma więc pełnej 'układanki' życia, bo przez niedojrzałość i naiwność nigdy się niektórych klocków nie znajdzie. Dojrzeć należy do radości, smutku, wolności, a nawet przyziemnego seksu czy nieziemskiej miłości.

    Nic na niby, nic obok, nic na chwilę.


AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI