Strona główna KMF



          

Wielki bohater w wielkim kinie... czyli Superman w IMAX

UWAGA! TEKST MOŻE ZAWIERAĆ MINIMALNE SPOJLERY

Dziwna maniera ogarnęła fabrykę snów. Poza wszelkimi remake'ami i niekończącymi się sequelami sequeli, hurtowo robi się prequele albo remake'i sequeli. O ile przykłady na remake'i i sequele mógłbym mnożyć bez końca, tak na przykład remake'u sequela nie mam pomysłu. Pisząc powyższe przemyślenia, zapewne chciałem coś udowodnić. Szkoda, że nic z tego nie wyszło i jedyny wniosek jaki się nasuwa to, że hollywoodzcy twórcy snów cierpią na chroniczny brak świeżych pomysłów i sięgając po sprawdzone scenariusze zjadają własny ogon, albo już nawet remake własnego ogona. Mamy więc na przykład "Egzorcystę: Początek" i "Batman: Początek", które sięgają do tego, co wydarzyło się przed właściwymi filmami. Jest w tym nawet jakiś sensowny zamysł: pokazać "jak doszło do...". Ale już takie tytuły jak "Powrót Batmana" czy "Powrót Jedi" to zwykły chwyt marketingowy, tytuły-hasła, które brzmią zachęcająco. Skoro bowiem nasz bohater skądś wraca, to koniecznie trzeba iść do kina aby go przywitać, jeśli nie kwiatami, to chociaż pudłem pop-cornu. Tylko że ani Batman ani rycerz Jedi nigdzie nie wyjeżdżali, więc do dziś zastanawiam się skąd się wzięły te ich powroty w tytułach filmów.
Powraca również Superman, ale jego powrót w tytule ma przynajmniej jakieś odbicie w fabule. Odbicie to niewyraźne i naciągane, wszak jego wyprawa ku szczątkom planety Krypton służyć miała tylko temu, żeby na jakiś czas zniknął z Ziemi, by Lois Lane zdążyła wejść w trwały związek z innym mężczyzną (już nie takim Super) i urodzić syna. Zresztą całą mistyczną, kilkuletnią wyprawę Supermana ku szczątkom rodzimej planety, zamknięto w dialogu, który brzmi mniej więcej tak:

- I co tam znalazłeś?
- Nic.

Skoro zatem wielka wyprawa Kal-Ela nie przyniosła żadnych efektów i nie miała choćby dekagrama wpływu na dalszą fabułę filmu, równie dobrze mógł Clark Kent pojechać na przykład do Egiptu pooglądać piramidy, albo nad polskie morze pooglądać polskie dziewczyny. Nieważne. Ważne, że po wciśniętej na siłę podróży kosmicznej, już można było legalnie wstawić do tytułu słowo "Powrót", choć w przypadku Człowieka ze stali, na tyle długo nie było go na srebrnym ekranie, że spokojnie można było to uznać za "Powrót" do kin, bez zbędnego mieszania w scenariuszu, przez który zaczynamy się zastanawiać, co też Superman przez 5 lat robił w kosmosie, wśród gruzu z planety Krypton. Próbował poskładać ją w całość niczym kosmiczne puzzle? Nieważne, Superman wrócił i jest nieziemsko przystojny, choć z nazbyt figlarnie zakręconym loczkiem. Jest też Supermanem bardziej ludzkim niż w wersji Richarda Donnera z roku 1978. Pozwala sobie na konkretne rozterki sercowe i trafia nawet (w śpiączce!) do ludzkiego szpitala, w którym pielęgniarki łamią igły próbując wkłuć się w stalową żyłę Człowieka ze stali. Postać wykreowana przez Brandona Routha i prowadzona reżyserską ręką Bryana Singera, to zdecydowanie najlepszy Superman jakiego kino widziało. Z całym, ogromnym szacunkiem dla Christophera Reeve'a, można powiedzieć, że Routh jako Superman jest po prostu wiarygodniejszy i ciekawszy, choć komiksowych uproszczeń zarówno jemu jak i scenariuszowi nie brakuje. Co zaskakuje w nowym "Supermanie" to postać Lexa Luthora w wykonaniu Kevina Spaceya. Szumnie zapowiadany (trailery zaostrzały apetyt!) wielki aktorski popis, w gotowym filmie niestety wypada blado i bez wyrazu. Winę w większości ponosi scenariusz, który każe wypowiadać Lexowi / Spaceyowi dialogi bez polotu. W kilku miejscach aż prosiło się o znacznie ciekawsze, bardziej cięte teksty z ust przeciwnika Supermana. Zamiast tego chwilami dostajemy coś zupełnie nieśmiesznego lub nieprzemyślanego już na etapie układania dialogów. Szkoda, że Lex Luthor w wykonaniu Spaceya, miast intrygować, po prostu drażni, podobnie jak cała jego banda i kretynka u jego boku. Również kręgosłup scenariusza nie zdradza zbyt dużej inwencji scenarzystów, albowiem wszystko opiera się na kryształach z Samotnii Supermana (Forteca Samotności), z których Lex Luthor chce stworzyć nowy ląd. Finał filmu - utrata mocy przez Człowieka ze stali i późniejsze wyeksportowanie skamieliny na orbitę okołoziemską + pobyt Supermana w szpitalu, zamiast porywać, fascynować i ekscytować, nudzą. A już czerwono-niebieski trykot Supermana leżący w sali szpitalnej na krześle i jego buty stojące obok, niezamierzenie bawią, nawet biorąc poprawkę na to, że obcujemy z komiksowym światem. I chyba nigdy nie zostaną rozwiązane dwie zagadki trapiące ludzkość: Dlaczego Clark Kent po przebraniu się za Supermana, mimo braku maski, pozostaje nierozpoznany dla milionów ludzi, znajomych i ukochanej, i skoro Superman jest taki mądry, to dlaczego zakłada majtki na spodnie?
Film jest zdecydowanie za długi, w czym można doszukiwać przyczyn słabych wyników finansowych w amerykańskich kinach. Niepotrzebna jest retrospekcja z młodości Kenta, gdy to odkrywa u siebie dar szybkiego biegania i latania - to już było u Donnera, więc po co to powtarzać, skoro "Superman: Powrót" nie jest remake'em, tylko odrębną opowieścią. Równie zbędna co widowiskowa jest również scena na dachu, w której Superman jest ostrzeliwany przez szybkostrzelne działko i okiem zatrzymuje kulę z pistoletu. Widowiskowe, ale fabularnie zbędne, bo nie wnosi do opowieści niczego ponad wiadomość, że Superman jest jeszcze bardziej człowiekiem ze stali, niż nam się do tej pory zdawało. Może gdyby na dachu walczył z bandziorami Luthora, a nie z przypadkowymi przestępcami, byłby sens umieszczenia tego wątku w scenariuszu. Co w filmie nie zawodzi, to efekty wizualne. Wszystkie sceny w których Superman lata, wyciąga statek z wody czy ratuje samolot przed uderzeniem w stały ląd, wykonane są z niezwykłą pomysłowością, są efektowne i monumentalne, po prostu takie jakich się widz spodziewa idąc na film o przygodach najsłynniejszego komiksowego bohatera wszechczasów. Na plus można także zaliczyć ścieżkę dźwiękową, na czele z motywem przewodnim, zaczerpniętym oczywiście od Johna Williamsa. Co do kostiumu Supermana, to u Singera wygląda i tak znacznie mniej czereśniacko niż u Donnera, ale chyba nigdy nie przekonam się do jego kiczowatej kolorystyki. W filmie obecny jest także humor i widoczne jest przymrużenie oka, z jakim Singer podszedł do tematu Człowieka ze stali, którego w dzisiejszych czasach nikt rozsądnie myślący nie zechce oglądać w wersji "na poważnie". Nawet Superman ma do siebie dystans, i gdy do uratowanych pasażerów Boeinga 777 zwraca się ze słowami: "Mam nadzieję, że ten drobny incydent nie zmieni Państwa zdania na temat bezpieczeństwa latania" - widać, że mówi to na pół serio i bez kija w tyłku. Dzięki takiemu podejściu twórców, w filmie znalazła się też między innymi taka zabawna wymiana zdań:

- Brutus nie żyje.
- Jak to się stało?
- Dostał fortepianem.

Jest widowiskowo, miejscami ironicznie i na luzie. Jest też trochę na poważnie, albowiem film Singera zahacza o kwestie religijne. Przejawia się to w zbawicielskiej misji Supermana, zesłanego na Ziemię przez swojego ojca: Bóg / Jor-El ... Syn / Kal-El ... Szatan / Lex Luthor. Jacek Szczerba z Gazety Wyborczej doszukuje się w "Superman: Powrót" również odniesienia do męki Chrystusa i kolejnych stacji - jako przykład przytacza scenę, w której Syn Kryptona traci moc, jest katowany przez osiłków Lexa Luthora i w końcu niemal umiera, po czym zmartwychwstaje. Niby ok, ale możemy wziąć pierwszy z brzegu film sensacyjny i zobaczymy, że w finale przeważnie główny bohater dostaje kosmiczny wpierdziel, aby za chwilę zebrać siły i spuścić łomot złym ludziom. Mimo tego, raczej żadnemu filmowi sensacyjnemu nie przypisuje się wątków biblijnych. Zapomniał za to Jacek Szczerba wspomnieć o znacznie bardziej widocznym w "Superman: Powrót" odniesieniu do męki Chrystusa. Otóż, gdy Superman traci przytomość i spada z orbity na Ziemię, przez chwilę rozchyla ramiona na boki, przyjmując pozę ukrzyżowanego Jezusa...
Na koniec słów kilka o wersji "Superman: Powrót" przygotowanej specjalnie dla kin IMAX, którą to wersję miałem okazję obejrzeć na pokazie prasowym, cztery dni przed polską premierą filmu. "Superman" Singera jest bodaj pierwszym filmem kinowym, w którym znalazły się sceny 3D nakręcone w technologii IMAX. Pomijam tu oczywiście "Expres Polarny" i "Skrzydła odwagi" - pierwszy to animacja, drugi, choć fabularna, to tylko krótkometrażówka, puszczana jedynie w IMAX. Oczywiście, na ekranach kin IMAX mogliśmy oglądać "Matrix: Rewolucję" czy "Batman: Początek", ale były to jedynie filmy podrasowane na potrzeby gigantycznego ekranu IMAX, nie oferując żadnych scen w trójwymiarze. "Superman: Powrót" to już inna historia. W filmie znalazły się cztery sekwencje, podczas których należy założyć specjalne okulary, aby móc podziwiać świat Supermana w 3D. Kto widział jakikolwiek trójwymiarowy film w IMAX, ten wie, jak bardzo realnie wygląda tak przedstawiona na ekranie rzeczywistość. Spodziewałem się, że w 3D zostaną zaprezentowane jedynie jakieś kameralne sceny dialogowe, tym większe było moje zaskoczenie, że okulary musiałem zakładać podczas niemal wszystkich najważniejszych akcji: 1. Retrospekcja z Clarkiem uprawiającym biegi i skoki na polach kukurydzy, zakończonych efektownym wpadnięciem do stodoły. 2. Cała akcja z ratowaniem Boeinga 777 z Lois Lane na pokładzie. 3. Sekwencja z nadzianym na skałę statkiem Lexa Luthora. 4. Finałowy lot Supermana po orbicie Ziemi. Sekwencje wykonane w 3D prezentują się doprawdy wyśmienicie i jeśli tylko macie zamiar wyjść na spotkanie powracającego Supermana, to zróbcie to w kinie IMAX. Obraz jak żyletka, dźwięk kruszy ściany, a momentów, w których założycie specjalne okulary, długo nie zapomnicie. Aha, tylko nie siedźcie w okularach przez cały film, jak to zrobiło 3/4 polskich krytyków filmowych, na pokazie w warszawskim IMAXie ;).



SUPERMAN: POWRÓT

Tytuł oryginalny: Superman Returns
Rok produkcji: 2006, Australia / USA
Czas trwania: 154 minuty
Reżyseria: Bryan Singer
Scenariusz: Michael Dougherty, Dan Harris
Montaż: Elliot Graham, John Ottman
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Muzyka: John Ottman

Wystąpili: Brandon Routh (Clark Kent / Superman), Kate Bosworth (Lois Lane), Kevin Spacey (Lex Luther), James Marsden (Richard White), Parker Posey (Kitty Kowalski), Frank Langella (Perry White), Kal Penn (Stanford)

e-mail
Autor recenzji:
Rafał Donica - DUX

Klub Miłośników Filmu, 2.08.2006