Strona główna KMF
KALOSZE SZCZĘŚCIA
 














    Jest taka baśń Hansa Christiana Andersena o kaloszach szczęścia. Wróżka Szczęścia daje ludziom parę kaloszy, które „mają tę cudowną własność, że człowiek, który je włoży, może znaleźć się w takim czasie i takim miejscu, w jakim tylko zechce”, nie wiedząc jednak o właściwościach niezwykłego obuwia. Ale Wróżka Troski nie wierzy, że przyniosą one komukolwiek szczęście. I kalosze rozpoczynają swą dziwną wędrówkę. Od szczęścia do szczęścia, z pechem po drodze.
    Gorzki w smaku jest film Nikity Michałkowa. I komiczny, i tragiczny, wywołujący bolący dysonans wynikający z zetknięcia prostego szczęścia z jednostkowym dramatem. Pierwsze sceny są dość ponure – widzimy mężczyznę w średnim wieku próbującego strzelić sobie w łeb. Pistolet nie wypala, ale nie znaczy to, że nie wypali później, co będzie oczywiście czytelną konsekwencją wyrosłą ze starych zasad dramaturgicznych – skoro widzimy pistolet to nie na darmo, odegrać on musi niebawem niebagatelną rolę. Poczekajmy więc. I czeka widz, a to co widzi jest sielską bajką, o której szalenie trudno zapomnieć.

    Idylliczna wieś rosyjska oczarowuje, mami zmysły bajkowością. Letnia zabawa, wypoczynek nad wodą i rodzinne sprzeczki są źródłem energii przepełniającej dom pułkownika Kotowa. Nikita Michałkow z wyczuciem ujął melancholijny i naiwny nastrój radzieckiego popołudnia. Jest subtelnie i ironicznie, niewinnie i zabawnie, bo jak tu nie uśmiechnąć się pod nosem obserwując głupkowatych żołnierzy wjeżdżających niezdarnie czołgami na pola, których z kolei strzegą zaopatrzone w kije babuleńki? Albo spontaniczny taniec całego domu przy akompaniamencie szalonego pianisty? Komiczne dykteryjki niczym z opowiastek Czechowa, zabarwione raz to zwyczajnym komizmem, innym razem delikatnym tragizmem. I cała ta gama pięknych, bo zwyczajnych postaci: od przecudnej i rezolutnej córeczki Nadii, przez hipochondryczną pomoc domową, aż po każdego członka rodziny obdarowanego pierwiastkiem niezwykłości w tym „potoku codzienności”. Jest to rodzaj życia, którego częścią chciałby być chyba każdy spragniony spokoju po prostu, ciszy, mimo obecności gwarnego rodzinnego stada. Niechby nawet wieś nazywała się CHŁAMem (dość lakoniczny skrót oznaczający wioskę pisarzy, malarzy i wszelkiej maści innych artystów), pal go licho prześmiewczy kontekst - życie pułkownika Kotowa jest dobre, bo zabawne i smutne, pozbawione samotności, a o to w gruncie rzeczy chodzi. O tym wszystkim pięknie mówi Michałkow, szczerze i mądrze, mimo bajkowości i wynikającej z niej naiwności.
    Coś się w pewnym momencie psuje. Dyskretnie i z uśmiechem na ustach wkracza do domu pułkownika Kotowa gość wszystkim znany, choć nie przez wszystkich lubiany. Jego pojawienie się zwiastuje niewielkie rodzinne kłopoty: zabawny aktorzyna i muzykant, Mitia, był przed laty pierwszym kochankiem żony generała. Chwyt melodramatyczny zastosowany przez Michałkowa służy jednak nie epatowaniu tanim sentymentalizmem opery mydlanej, a ukazaniu miłosnych więzów silniejszych ponad chwile minione. To dalekie od tandety. Michałkow potrafi mówić o miłości bez wielkich słów, a z jej zrozumieniem, aluzyjnym przedstawieniem wszelkich wartości jakie jej towarzyszą, na czele z rodziną. To proste i to widać, i to przekonuje... Jednak pistolet pierwszej sceny musi, przypominam, wypalić. Pieśń towarzysząca zachodowi słońca mówi bowiem o pożegnaniu, co ciekawe jej melodia przypomina rzewną piosenkę z polskimi słowami, znaną raczej wszystkim "Tę ostatnią niedzielę..."

    Monteskiusz niegdyś powiedział, że „szczęśliwy naród, którego kroniki są nudne”. A Związek Radziecki ma tego pecha, że jego historia pisana jest krwią milionów skazanych na śmierć. Czarny wóz z budzącym grozę NKWD w środku podjeżdża pod bramy domostwa pułkownika Kotowa. Po gospodarza właśnie. Rok 1936 to czas czystek w szeregach radzieckiej armii – nie ważne zasługi, deklarowana wierność ojczyźnie bądź bezpieczne wycofanie. Słońce Narodu dostrzeże każdego, tym bardziej tych, którzy uznają siebie za wiernych idei, podążających latami poprawną ścieżką polityczną. Za takiego uważa siebie Kotow - stawia na pierwszym miejscu dobro narodu, ojczyzny, następnie wszystko inne. Czy jest się czemu dziwić? W końcu to Wielkie Słońce oświeciło główkę pułkownika; pułkownika, który walczył całym sercem za ojczyznę, za swego wodza. Tragiczna postać Kotowa zostaje pozbawiona jednak pancerza ochronnego, swoistej nietykalności – być może z powodu kaprysu Stalina, a może szaleństwa podpartego paranoją? Co z tego, że na piersi dziesiątki medali – rozstrzelać. Od historii nie ma ucieczki i zdaje się o tym wie Kotow żegnając się z własną rodziną. Słońce oślepiło pamięć, spaliło wszystko, co kochał i czym się radował. Opuściła go para kaloszy szczęścia, bez oskarżeń, bez litowania się, bez podziału na czarne i białe. Pojawia się rozczarowanie, lęk i dokuczająca samotność oszukanego człowieka.
    Chciałby nalewać herbacianego wrzątku prosto z samowara, biegać po łące, kąpać się w rzece, pływać łódką z córką na kolanach, spierać się życzliwie z najbliższymi, kochać się z żoną na strychu, tańczyć, jeść, gotować się w saunie, pędzić na koniu przez pola. Chciałby żyć, drobiazgami, drobnostkami, codziennymi banałami i banalną codziennością. Niestety magiczny numer 34-27 już nie pomaga. Nikt nie odbiera telefonu na Kremlu, bo Kreml milczy, Słońce milczy.

    Piękny film, choć smutny.


AUTOR TEKSTU: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      

SPALENI SŁOŃCEM (Utomlonnyje Sołncem)
Rok produkcji: 1994, Rosja + Francja
Czas trwania: 130 minut

Reżyseria: Nikita Michałkow
Scenariusz: Nikita Michałkow, Rustam Ibragimbekowr
Muzyka: Eduard Artemiew
Zdjęcia: Wiolen Kaluta

Wystąpili:
Nikita Michałkow
Nadia Michałkowa
Ingeborga Dapkunaite
Oleg Mienszikow
Wieczesław Tichonow

Klub Miłośników Filmu, 22/11/04



STRONA GŁÓWNA