STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



Elizabeth King (Patricia Hastie) ulega poważnemu wypadkowi i zapada w śpiączkę. Jej mąż Matt (George Clooney), rzadko bywający w domu, zapracowany biznesmen, musi wejść w rolę, z której dawno wypadł. Musi ponownie stać się rodzicem dwóch dorastających córek. Latorośle - szczególnie starsza - wcale mu tego nie ułatwiają. Dodatkowo pojawiają się problemy na froncie zawodowym. A najnowsze odkrycie szczegółów z życia żony, kompletnie ścina z nóg.

Bla, bla, bla, bla... Kolejny odcinek z serii "Okruchy Życia". Jakim cudem, więc "Spadkobierców" ogląda się z autentyczną przyjemnością, bohaterów darzy się szczerą empatią, a tani - na pierwszy rzut oka - scenariusz, staje się solidną bazą do stworzenia kawałka bardzo dobrego kina?

Na samym początku filmu padają słowa: "Moi przyjaciele myślą, że skoro mieszkamy na Hawajach, to żyjemy w raju (...) Zwariowali? Czy tylko, z tego powodu mamy być odporni na życie? Naprawdę myślą, że tylko, dlatego nasze rodziny są mniej pokręcone? Nasze bóle głowy mniej bolesne? (...)" - gorzką prawdę idealnie obrazuje stylistyka filmu. Tu Hawaje (chyba po raz pierwszy) odarte są z "rajskości" i w zamian pokazane są, jako jeszcze jedno miejsce na Ziemi. Jedno z wielu, gdzie - jak wszędzie - ludzie borykają się ze swoimi prywatnymi tragediami. Żywe, atakujące oczy kolory, których normalnie byśmy oczekiwali, zastępuje stłumiona, wyblakła kolorystyka zdjęć. "Brudne", ziarniste ujęcia drażnią źrenice fakturą piasku. A mimo wszystko, mają swój urok. Przebija z nich pewna swojskość, bezpieczeństwo, ciepło znajomego miejsca - miejsca, w którym nawet nieprzyjemności i smutki są oswojone. Sprawiają, że to odległe miejsce staje się dziwnie bliskie. Przestaje przytłaczać swoim przepychem i w zamian pokazuje swoje całkiem odmienne oblicze - ot, tak po prostu, normalne.

Podobne skrajności są obecne i przeplatają się ze sobą na wszystkich płaszczyznach filmu. Sama fabuła sprawnie miesza ze sobą odrobinę humoru z dramatyzmem. Na jednym poziomie stawia obcowanie z tragedią, zbliżającą się śmiercią, a jednocześnie z urokami, dziwnościami codziennego życia. Życia, które nie składa się tylko z uporczywego szlochania, w którym jest czas na małe i większe przyjemności i radości - nawet w obliczu kłębiących się dokoła dramatów. Co ciekawe, obecny w filmie humor zupełnie nie psuje atmosfery opowieści, nie odziera jej z powagi i ważkości. Nadaje jej natomiast "ludzkich" rysów. Sprawia, że jest wiarygodna i szczera, a czego ją pozbawia, to nadmiaru patosu i mdłej, chorobliwej ckliwości. Zasada złotego środka w wydaniu idealnym.

Fantastycznie w całą manierę wpisują się aktorzy. Czego się obawiałam, to tego, że Clooney swoją niewątpliwą fantastycznością zadusi cały film... i resztę obsady. Zupełnie nieświadomie i mimowolnie oczywiście ? Okazuje się jednak, że to właśnie jego "gwiazdorski blask" został bezlitośnie przyćmiony. Wcielająca się w Alexandrę King (Shailene Woodley), kradnie cały film. Daje popis umiejętności aktorskich najwyższej klasy. Jej Alexandra to zbuntowana nastolatka i rozsądna, mocno stąpająca po ziemi osoba jednocześnie. Świetnie udaje się młodej aktorce oddać wszystkie miotające jej bohaterką uczucia - mocno skrajne przeważnie: wściekłość, zagubienie, rozgoryczenie, ale i pokorę, siłę, miłość do najbliższych. Umiejętnie omija pułapki grania jedną manierą i dzięki temu obserwujemy, jak jej postać zmienia się za sceny na scenę. Co najlepsze - metamorfoza ta jest do głębi naturalna, widz nie kwestionuje jej i przyjmuje, jako naturalną kolej rzeczy. Drugi plan to nie tylko świetne tło dla wydarzeń i postaci pierwszoplanowych, ale przede wszystkim doskonałe uzupełnienie historii. Kolejny element nadający jej naturalnej autentyczności: porywczy, wybuchowy, a jednocześnie pełen uczucia dla żony i córki Scott Thorson (Robert Forster); tępawy, niepoprawny Sid (Nick Krause), który w momentach krytycznych zaskakuje dojrzałością; "ten drugi" i jego żona, kuzyni Kinga, zbulwersowana matka koleżanki Scottie King - każda postać coś do opowieści wnosi, nikt nie pojawia się tu przypadkowo, choćby nie wiadomo jak jego pojawienie się było epizodyczne.

Oryginalnego i egzotycznego smaczku całości nadaje mocno odświeżająca ścieżka dźwiękowa, zdominowana przez hawajskie nuty. Podobnie, jak zdjęcia, nieco wyblakła, stonowana, ale jednocześnie podkreślająca uroki miejsca. Wtapia się doskonale i w manierę stylistyczną, i fabularną.

"Spadkobiercy" nie wbijają w fotel, nie atakują zmysłów, nie rozrywają umysłu na kawałki nagromadzeniem zwrotów akcji. "Spadkobiercy" cicho skradają się tylnymi drzwiami i niepostrzeżenie wlewają w widza ciepło, dyskretny humor i niekończące się pokłady optymizmu. Ich efekt jest widoczny jeszcze długo, długo po seansie: błąkający się na ustach uśmiech - oznaka czystej przyjemności i szczerego zadowolenia.

The Descendants

Tytuł polski: Spadkobiercy
Czas trwania: 115 minut
Rok produkcji: 2011, USA

Reżyseria: Alexander Payne
Scenariusz: Alexander Payne, Nat Faxon, Jim Rash
Montaż: Kevin Tent
Zdjęcia: Phedon Papamichael

Wystąpili:
George Clooney Matt King
Shailene Woodley Alexandra King
Amara Miller Scottie King
Patricia Hastie Elizabeth King
Nick Krause Sid
Karen Kuioka Hironaga Barb Higgins


Autorka recenzji: Aleksandra Tofil - MAUA
Oprawa HTML: Maciek Poleszak - CIUNIEK
Klub Miłośników Filmu, 16 lutego 2011
Podziel się

STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE