Strona główna KMF
        

Rodriguez i Miller idą na Hollywood!

Oto powiadam Wam, "Sin City" będzie nie tylko najlepszym filmem sezonu - "Sin City" się zestarzeje, nabierze smaku i stanie się klasyką. Produkcji Rodrigueza i Millera udało się bowiem jakimś cudem wyjść gdzieś poza przestrzeń kinowego ekranu. "Sin City" wykreowało nową, osobliwą rzeczywistość. Jej siłą i motorem są głownie, kuszące i odrażające zarazem, ulice wielkiego miasta, gdzie stykają się najbardziej wyraziste z wyrazistych stereotypów współczesnej kultury obrazkowej (pokryci bruzdami macho, skąpo ubrane uliczne dziwki, wpływowi politycy, szarmanccy złodzieje i gliniarze przed emeryturą). W ślad za stereotypami idzie zaś także cała galeria przeciwstawnych kodeksów moralnych. Stąd już zaś tylko krok do konfliktu interesów i widowiskowej krwawej jatki. Wszystko razem przypomina swoisty western, w którym właśnie zabito szeryfa, a na wakujące miejsce chętnych jest już kilku nowych, silnych, bezlitosnych i zepsutych kandydatów. "Sin City" to jednak nie tylko obraz galopującej po mieście anarchii. To w gruncie rzeczy zapis klasycznej walki dobra ze złem, z tą tylko różnicą, że w mieście Franka Millera zatarły się już dawno granice, normy i wyznaczniki. Tu seks może równać się z miłością, przemoc zakrawa na sztukę, feministki biorą gorę nad spoconymi, złymi facetami, a ten jeden jedyny sprawiedliwy trzyma akurat w ręku rozgrzaną piłę mechaniczną. Tu dobro tapla się w grzechu. Nigdy jednak owo taplanie nie było tak odważne, oryginalne i przyjemne. Bo być może jeszcze nigdy do podobnego tematu nie zabrało się na raz dwóch reżyserów - wariatów (Rodriguez, Tarantino) wraz z jeszcze jednym wariatem - dla odmiany autorem komiksów (Frank Miller).
A kręcenie "Miasta Grzechu" było dla nich najwyraźniej dobrą zabawą. Zabawą na granicy dobrego smaku, swoistym żonglowaniem konwencjami, wizerunkami i schematami. Tym bardziej, że własna firma producencka gwarantowała im pełną swobodę twórczą w każdej właściwie kwestii. Robert Rodriguez nie zawahał się nawet wystąpić z Gildii Reżyserów, kiedy ta nie zgodziła się na zatrudnienie Franka Millera na stanowisku drugiego reżysera. Głośna stała się także plotka, jakoby Quentin Tarantino za nakręcenie jednej ze scen "Sin City" zainkasował symbolicznego jednego dolara. Jak widać, wszelkie medialne prowokacje były całej ekipie "Miasta Grzechu" niezwykle w smak. Klimat ten udzielił się zresztą całemu filmowi, który, mimo że z natury swej raczej mroczny, ani na chwilę nie stracił trochę groteskowego, trochę sarkastycznego tonu.

"Sin City" jest wierną adaptacją serii komiksów Franka Millera, których akcja rozgrywa się w czarno-białym Mieście Grzechu. Scenariusz filmu oparty jest na trzech z dwunastu albumów Millera, które traktują o życiu w tej dość nietypowej metropolii ("Miasto grzechu - The Hard Goodbye", "Krwawa jatka" oraz "Ten żółty drań"). Wszystko to spięte jest dodatkowo wdzięczną klamrą - dwoma epizodami z udziałem szarmanckiego mordercy zabijającego nieszczęśliwe (!) kobiety. Film nie ma więc swojego bohatera. Jest za to w gruncie rzeczy opisem trzech krucjat. Ostatni sprawiedliwi z Miasta Grzechu stają w obronie miłości i honoru płci pięknej. Przy okazji jednak pogrzeszą sobie nieco to tu, to tam. Kręte i nieznane są przecież drogi sprawiedliwości... Pierwszy z nich - Marv (Mickey Rourke) - obklejony plastrami osiłek. Niespecjalnie przyjazny z twarzy. Dość małomówny. Gdy pewnego razu piękna kobieta okazała mu trochę ciepła i zrozumienia, poczuł się szczęśliwy. Niestety, Marv po upojnej nocy, w łóżku zamiast uroczej Goldie, znajduje niemniej uroczą denatkę. Wściekły Mickey Rourke weźmie więc do ręki piłę mechaniczną i uda się w miasto, aby pomścić życie pięknej złotowłosej. Drugi - Dwight (Clive Owen) - stanie w obronie honoru kobiet ulicy. Prostytutki Sin City mają wszak pokaźną liczbę wrogów, po tym jak w ich dzielnicy doszło do zabójstwa zbyt roszczeniowo nastawionego do życia policjanta Jackie`go (rewelacyjny Benicio Del Toro). Mogłoby się wydawać, że historia ta to nic innego, jak nowa, postmodernistyczna wizja opowieści o rycerzu broniącym honoru swej lubej. Zamiast lubej mamy tu w końcu pokaźną liczbę prostytutek - Amazonek, zamiast legendarnej wysokiej wieży - całą dzielnicę rozpusty, a zamiast rycerza na gniadym rumaku - fotoreportera z dość niejasną przeszłością. Trzeci obywatel Sin City - policjant Hartigan (Bruce Willis) - znajduje się z kolei na progu emerytury. Poświęci jednak barwne życie emeryta, aby ratować jedenastoletnią Nancy przed wysoko postawionym neurotycznym pedofilem. Bohater Willisa, niesłusznie oskarżony o próbę gwałtu, trafi nawet do więzienia, aby ochronić skrzywdzone dziecko. Oczywiście po wyjściu z więzienia, Hartigan spróbuje odnaleźć swoją ulubioną, dorosłą już mieszkankę Miasta Grzechu. Czeka na niego w związku z tym parada nowych kłopotów i nieprzyjemności.
Jak widać, broniąc wyższych wartości w Sin City, najpierw trzeba się ich wyzbyć. Ciekawy i dość przewrotny kodeks moralny kieruje Ostatnimi Sprawiedliwymi Miasta Grzechu. Cyniczna rzeczywistość czarno - białego molocha powoduje, że nie odnajdziemy tu pozytywnych bohaterów. Jasne będą jedynie przesłanki ich działania, metody dochodzenia swych racji okażą się zaś dyskusyjne. Ironia filmu Rodrigueza zawarta jest więc w samym już założeniu, że tworzy on produkcję antyhollywoodzką, całkowicie hollywoodzkimi środkami. Rodriguez nie dość, że za nic ma ograniczenia wiekowe (serwuje nam wyszukaną i finezyjną - ba! malowniczą - przemoc), to jeszcze obśmiewa posągowe osobowości amerykańskiego kina. A są to w dodatku aktorzy, których Rodriguez świadomie w "Sin City" obsadza. Tak oto podstarzały Bruce Willis zagra Hartigana, któremu regularnie zdarza się słabnąć i odwiedzać kardiologa. Z kolei rozrywany przez napalone nastolatki Elijah Wood, stał się tym razem nie mówiącym ani słowa mordercą - kanibalem . Charyzmatyczny Benicio Del Toro zagra zaś denata, który - dość mocno poharatany - ożywa w wyobraźni policjanta Dwighta. "Miasto grzechu" oprócz gry stereotypów serwuje nam więc ciekawą satyrę na świat wielkiego filmu. I, co w tym przypadku najbardziej przebiegłe, jest to satyra na gwiazdy kina, przez wspomniane gwiazdy własnoręcznie przygotowana.
Jednak tym, co się rzuca w oczy od razu, gdy mówimy o filmie Millera i Rodrigueza, jest nie tyle fabuła, czy obsada marzeń, a raczej sama stylizacja "Sin City". Założeniem twórców było jak najbardziej dosłowne przeniesienie na ekran komiksów z Miasta Grzechu. I to zarówno na płaszczyźnie scenariusza, nastroju, jak i stylu wizualnego całości. Nierzadko zobaczymy więc w "Sin City" kadry skwapliwie przerysowane z albumów Franka Millera, a następnie - za pomocą technologii zielonego ekranu - przeniesione na kinową taśmę. Przede wszystkim jednak wspomniane kalkowanie uwidacznia się tu w kolorystyce. "Miasto Grzechu" jest wszak filmem prawie w całości czarno - białym. Już sama decyzja o zastosowaniu takiego zabiegu była aktem wielkiej odwagi w epoce kolorowych, nadętych i masowych produkcji. "Sin City" na szczęście nadęte nie jest. Nie jest również kolorowe. Liczyć się jednak trzeba było także i z tym, że szarość może znacząco zaszkodzić gotowemu filmowi. Rodriguez jednak jak zwykle okazał się zapobiegliwy. Paradoksalnie zauważył bowiem, że pozbawienie "Sin City" barw otwiera przed reżyserem nowe możliwości. Po pierwsze więc, twórcy "Miasta Grzechu" dość swobodnie operują kolorem. Gdy jakiś element trzeba podkreślić lub też nadać którejś ze scen nieco wyrazu, łamią raz narzucone zasady i na krótką chwilę nadają barwy poszczególnym przedmiotom lub postaciom. Co za tym idzie, beztrosko manipulują także widzem, wodząc go za nos i koncentrując jego uwagę to na tych, to na innych aspektach scenariusza. Drugą - kto wie czy nie ważniejszą - możliwością, jaką zyskują w ten sposób twórcy, jest swoboda aranżacji mocnych, chciałoby się rzec, ekstrawaganckich scen mordów i bijatyk. Przemoc w "Sin City" przedstawiona jest z iście poetycką finezją. Co ważne, Rodriguez i Miller w swej kreatywności nie byli przez nikogo ograniczani. Nie ma chyba rzeczy, której reżyserzy baliby się widowni pokazać. W razie czego mogą się wszak zasłonić zarówno rysunkową umownością całości, jak i zastosowaną w filmie paletą barw. Mamy więc w "Sin City" wszystkie odcienie szarości, nie mamy za to w ogóle koloru krwi. Owszem - produkcja Rodrigueza ma wszelkie cechy filmowej rzeźni, w odróżnieniu jednak od zwyczajnych krwawych jatek, dzięki wymazaniu barw "Miasto Grzechu" pozbawione jest dosłowności. "Sin City" stąpa mimo to na cienkiej granicy dobrego smaku, ba! - nawet nie raz i nie dwa tę granicę przekracza. Dużo można jednak twórcom wybaczyć, jest to przecież w gruncie rzeczy jedynie końcowy efekt dobrej zabawy dwóch geniuszy obrazu. Zabawa jednak swoją drogą, a dopracowanie, oryginalność i konsekwencja w przenoszeniu na ekran szkiców Millera swoją. To, co otrzymujemy w kinie bezsprzecznie zasługuje bowiem na Oscary, Lwy, Żaby i wszelkie inne pokraczne stworzenia z panteonu wielkich światowych festiwali.
Mamy w końcu na naszych ekranach film naprawdę nowy, świeży i ekscentryczny. Hollywoodzkie kino autorskie, mieszanka groteski, sensacji i filmu noir ze wspaniałą obsadą - oto i całe "Sin City". Ku uciesze widowni doborowe towarzystwo uświetnił ponadto sam Quentin Tarantino, stając za kamerą podczas kręcenia jednej ze scen. Anarchia twórców jest jednak w tym wypadku tyleż efektowna, co kontrolowana. Wszelkie prowokacje nie pozostały bez odzewu publiczności i - za sprawą boskiej interwencji - już znalazły się fundusze na produkcję kolejnych części "Miasta Grzechu". Czyżby szykował się nam po latach nowy gatunek filmowy? Mam tylko cichą nadzieję, że kolejne obrazy z ulic "Sin City" utrzymają wyśrubowany poziom części pierwszej. Widzowie mogą zaś w ten sposób zyskać lśniącą nowością, wielką kinową sagę. Równie wciągającą, a jednak o niebo mądrzejszą od Lucasowskich "Gwiezdnych wojen".



SIN CITY - MIASTO GRZECHU

Tytuł oryginalny: Sin City
Rok produkcji: 2005, USA
Czas trwania: 124 minuty
Reżyseria: Robert Rodriguez, Frank Miller
Scenariusz: Frank Miller (na podstawie komiksu)
Muzyka: R. Rodriguez, J. Debney, G. Revell

Wystąpili:
Bruce Willis (jako Hartigan)
Mickey Rourke (jako Marv)
Clive Owen (jako Dwight)
Jessica Alba (jako Nancy Callahan)
Benicio Del Toro (jako Jackie Boy)
Alexis Bledel (jako Becky)
Rosario Dawson (jako Gail)
Brittany Murphy (jako Shellie)
Ocena: 6/6
Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK
Klub Miłośników Filmu, 9.06.2005