Narodziny narodu (Gangi Nowego Jorku)
Cała rzecz zaczyna się tak. W ponurych, zaciemnionych podziemiach, mały chłopiec i mężczyzna (Liam Neeson) odbywają rozmowę. Chłopiec otrzymuje od mężczyzny medalion z wizerunkiem Świętego Michała, który - podług słów chłopca - "przepędził Szatana z niebios". Mężczyzna przypina do pasa szablę, chwyta żelazny, celtycki krzyż i trzymając za rękę chłopca kroczy śmiało tunelami, w których gromada dziko wyglądających kobiet i mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z "Braveheart" Mela Gibsona, sposobi się do walki, ostrząc miecze, tasaki, noże, przypinając kolce i żelazne guzy, nakładając na głowy hełmy i kaptury. Grupa zbrojnych dochodzi do drzwi. Wrota zostają otwarte i uzbrojeni po zęby ludzie rodem ze średniowiecza wychodzą na... nowojorską ulicę Anno Domini 1848, gdzie czeka na nich inna grupa uzbrojonych po zęby ludzi, gotowych do walki. Mężczyzna z chłopcem przy boku to "Ksiądz" Vallon (Liam Neeson) - przywódca grupy irlandzkich katolików, emigrantów przybyłych na amerykańską ziemię, chłopiec to jego syn - Amsterdam Vallon (jako dziecko - Cian McCormack, jako młodzian - Leonardo Di Caprio). Przywódcą drugiej grupy zbrojnych jest protestant - Bill "Rzeźnik" Cutting - rządzący Dzielnicą Pięciu Narożników sadystyczny gangster, narzucający prawo nowoprzybyłym emigrantom. Dochodzi do bitwy. Ugodzony nożem przez Billa Vallon ginie na rękach swego syna. Ten poprzysięga zemstę okrutnemu mordercy. Kiedy po latach spędzonych w protestanckim sierocińcu Amsterdam Vallon wraca do Dzielnicy Pięciu Narożników, Bill "Rzeźnik" trzęsie okolicą, liczą się z nim lokalni politycy, a każdy płaci mu haracz. Młody mściciel postanawia wkraść się w łaski Billa, by dokonać zemsty...

Film Martina Scorsese to przede wszystkim żywa klasyka kina utkana z cytatów z największych dzieł światowej kinematografii. Mamy tu i Grifftitha i Eisensteina i Johna Forda i włoski neorealizm i Federico Felliniego (wymieniam najważniejszych, bo znajdują się tu większe, lub mniejsze odwołania jeszcze do innych tuzów X muzy np. Viscontiego, Peckinpaha, Ophülsa). Barwna, Dickensowska panorama irlandzkiej społeczności zamieszkującej Dzielnicę Pięciu Narożników to Grifftith w stereo i w kolorze. Sekwencje ulicznych zamieszek, w których armia strzela do demonstrantów to oczywiście Eisenstein ze "Strajku" i "Października". Jest tu nawet kamienny lew prężący się do skoku z "Pancernika Potiomkina", pojawiający się w momencie, gdy oszalały tłum emigrantów protestujących przeciwko powszechnej mobilizacji (historycznym tłem dla opisywanych w filmie wydarzeń jest wojna secesyjna) atakuje dom nowojorskiego senatora (David Hammings). Z Johna Forda mamy mityczny wręcz wymiar całej opowieści, epicki rozmach oraz sekwencje widowiskowych pojedynków na noże między gangsterami, przywołujące na myśl pojedynki rewolwerowców z Dzikiego Zachodu. Z neorealizmu Scorsese zaczerpnął z pewnością uliczny weryzm przesiąknięty melodramatyzmem, zaś z Felliniego jest tu choćby obraz słonia ze zniszczonego w zamieszkach cyrku P.J. Barnuma przebiegającego tuż przed szpalerą gotowych do ulicznej wojny gangsterów. A co najbardziej ucieszy polskich kinomanów, Scorsese cytuje wprost Andrzeja Wajdę, tym razem z "Ziemi obiecanej" (w swoim poprzednim filmie "Ciemna strona miasta" mistrz zapożyczył sobie fajerwerki z "Popiołu i diamentu"). Pamiętacie z pewnością scenę modlitwy Żyda, Polaka i Niemca z otwarcia "Ziemi..."? Otóż krwawą finałową sekwencję ukazującą uliczną masakrę i decydujące starcie między młodym Vallonem i Cuttingiem poprzedza składająca się z trzech równolegle zmontowanych scen sekwencja modlitwy Billa (wzywającego Stwórcę w surowym protestanckim stylu), Di Caprio (modlącego się w duchu przedsoborowego katolicyzmu) i senatora (Hemmings) w sytości wychwalającego dobroć i łagodność Najwyższego. Scorsese, o którym Coppola powiedział, że jest "największym kinomanem wśród reżyserów i największym reżyserem wśród kinomanów", z elementów ukochanej przez siebie klasyki filmowej stwarza niezwykle świeżą całość, której epicki rozmach, wynosi tę krwawą opowieść o narodzinach Nowego Jorku (i, w jakieś mierze, całego amerykańskiego narodu) na wyżyny filmowej epiki w stylu "Narodzin narodu" Griffitha. Co jednak najciekawsze, nie odnajdziemy w "Gangach Nowego Jorku", tak charakterystycznego dla wielkich, filmowych fresków pompatycznego zadęcia. Co więcej, w przeciwieństwie do większości dzieł na temat losów jednostek wpisanych w historię amerykańskiego narodu, wydźwięk dzieła Scorsese jest raczej pesymistyczny.

Twórca "Taksówkarza" wyraźnie pokazuje, że amerykański, "narodowościowy stop" nie wytapiał się wcale w duchu solidarności i pracy, lecz w ogniu wojskowych armat i karabinów szatkujących demonstrujący tłum emigrantów. Świetnie obrazuje to scena finałowa filmu, kiedy w centrum Dzielnicy Pięciu Narożników dwie znienawidzone armie Irlandczyków spotykają się by dokonać rozprawy - według praw przywiezionych ze Starego Świata - zacumowane w porcie okręty marynarki wojennej otwierają ogień, mieszając szyki gangsterów i równając z ziemią okoliczne kamienice. Stary Świat i stare prawa zostają zgładzone, by narodzić się mógł świat nowy. Apokalipsa ta jest jednak pozorna. Scorsese dobrze wie i pokazuje to w swoim filmie, że etniczne i religijne podziały nigdy nie znikną, stworzą podświat - niewidoczny wprawdzie na pierwszy rzut oka ale bezwzględnie rządzący życiem przybywających do Ameryki, czy to w wieku XIX, XX, czy XXI, emigrantów z całego świata. Gangsteryzm, bezwzględna walka o władze, prawo zemsty, krwawe porachunki, to z pewnością pozostanie - jako nieodłączny element wielkomiejskiego uniwersum (czego dowodem współczesne, gangsterskie filmy Scorsese, będące w rzeczy samej świadectwem sprawnego funkcjonowania owego "podświata"). "Wszystko się zmieni i nie zmieni się nic" - mówi w scenie poprzedzającej krwawy finał Jane.

Wątek "narodzin narodu" - któremu podporządkowana jest fabuła "Gangów..." - wyraźnie koresponduje z motywem przenikania się sacrum i profanum, wątkiem stale obecnym w filmach twórcy "Taksówkarza", lecz w opowieści o XIX - wiecznym Nowym Jorku przemienionym w swego rodzaju intelektualno - wizualny ornament. Od czasu "Nędznych ulic" Scorsese wciąż drąży problem współistnienia grzechu i odkupienia, dobra i zła, chrześcijańskiej moralności wykładanej w domach i w kościołach i zwierzęcej antymoralności, sterującej działaniami bohaterów zaludniających "nędzne ulice". W "Gangach..." wątek ten zostaje klarownie wydestylowany i przemieniony w szereg zapadających w pamięć obrazów, uchwyconych w soczystej kolorystyce kamerą Michaela Ballhausa, na przykład w scenie, w której przebywający w katolickim kościele Amsterdam morduje swego niedoszłego zabójcę stojąc pod rozpiętym na ścianie gigantycznym krucyfiksem, lub w przywoływanej wyżej, sekwencji modlitwy trzech antagonistów. Scorsese nie jest jednak, jak wielu zapewne by chciało, zjadliwym tropicielem chrześcijańskiej hipokryzji, wprost przeciwnie, twórca "Ostatniego kuszenia Chrystusa" stara się ukazać paradoksy rządzące życiem człowieka, zwłaszcza człowieka wychowanego w katolickiej wierze, szamoczącego się między prawem wiary i prawem ulicy. Amerykański reżyser przywraca tym samym ludzkiej egzystencji wymiar antycznej tragedii, w której każdy wybór niesie ze sobą jakiś konflikt, jednak (w czym pobrzmiewa nuta katolickiej teologii), w ostatecznym rozrachunku prowadzi do jakiegoś zbawienia, choćby, jak to się ma w "Gangach...", do pozbycia się demonów zemsty bezlitośnie trawiących duszę.

Epicki rozmach dzieła Scorsese pozwala reżyserowi również na ukazanie paradoksów społecznych, mechanizmów wpływających na los jednostki, motywu wcześniej nieobecnego w obrazach reżysera "Chłopców z ferajny" (wątek ten był wprawdzie zaznaczony w "Wieku niewinności", ale umieszczony został bardziej w sferze obyczajowości niż polityki). W jednej, ujętej w gigantycznym travellingu scenie "Gangów Nowego Yorku" Scorsese po mistrzowsku, w sposób nie pozbawiony gryzącej ironii, pokazuje społeczne zaangażowanie nowoprzybyłych emigrantów w, jak to określił Abraham Lincoln "wielkie dzieło wojny". Oto grupa przybyszów z Europy schodzi po trapie na nadbrzeże, gdzie mężczyźni otrzymują dokumenty zaświadczające o amerykańskim obywatelstwie oraz akt powołania do armii. Inna grupa przebiera się już w mundury. Jeszcze inna wchodzi po trapie na statek wojskowy, zabierający żołnierzy na front. Z tego samego statku dźwig portowy odbiera trumny z zabitymi żołnierzami i w równych rządkach układa na redzie. Scena ta, jak i gwałtowny finał filmu, zbliżają obraz Scorsese do słynnych "Wrót niebios" Cimino, również ukazujących gehennę przybywających do Ameryki emigrantów, z tą jednak różnicą, że przy całym historyczno-społecznym pesymizmie, jaki charakteryzuje "Gangi Nowego Jorku", film Scorsese, w jakieś mierze, wciąż pozostaje wspaniałą przygodową opowieścią, przy swym realizmie, posiadającą również wymiar amerykańskiej legendy.

Paradoksalnie ten najbardziej amerykański z filmów twórcy "Taksówkarza" jest również najbardziej europejskim. Kręcone niemalże w całości w Europie (w Medialonie i studiach Cinecitta), przy pomocy włoskiej ekipy realizacyjnej (np. scenografią zajął się sam nadworny scenograf Felliniego Dente Ferretti, zaś producentem filmu został wielki Alberto Grimaldi), naszpikowane odwołaniami do włoskiej klasyki filmowej (której zresztą Scorsese poświęcił swój ponad trzygodzinny dokument pt. "Moja podróż do Włoch" z 1999 roku) "Gangi Nowego Jorku" są jakby powrotem Scorsese - artysty do swych etniczno - artystycznych korzeni, a jednocześnie dowodem na symbiozę amerykańskiego przemysłu filmowego z europejskim kinem artystycznym - kiedyś rzecz normalną, dziś producenckie kuriozum.

Aktorsko film Scorsese kreacją Daniel Day Lewisa stoi, nominowaną zresztą do Złotych Globów i obstawianą jako pewniak przez oscarowych bukmacherów. "Bill Rzeźnik" to wielka, wielka rola tego aktora, na miarę największych aktorskich wyczynów Marlona Brando. Dobry - zły, sadysta o złotym sercu, morderca i ojciec w jednej chwili łagodny i miłosierny, w następnej okrutny jak bestia. Szatan, z którym walczy Święty Michał. To postać przerysowana a jednocześnie prawdziwa. Podobnie jak Scorsese udało się scalić w swym filmie baśń i krwawy weryzm, tak w roli "Billa Rzeźnika" Lewis połączył ekshibicjonistyczny, psychologiczny realizm z komiksową wręcz przesadą. W jednej z najbardziej emocjonujących scen ukazującej nieudany zamach na Billa, dokonany przez Amsterdama, Lewis jest jednocześnie karykaturalnym rewolwerowcem ze spaghetti - westernów i rozdartym namiętnościami człowiekiem.

Czy więc epicki, emocjonujący, realistyczny a przy tym baśniowy film Scorsese nazwać można arcydziełem? Z pewnością, choć by obraz filmu był pełny należy wspomnieć o jeszcze jednej sprawie, rzucającej się w oczy podczas oglądania opowieści o zemście w Nowym Jorku. Wyraźnie widać, że Scorsese poszedł na pewien kompromis z producentami filmu, zwłaszcza w kwestii wizualizacji scen przemocy. Zresztą kłótnie i przepychanki Scorsese z szefami Miramax, celem określenia ostatecznego kształtu filmu, stanowić mogą materiał na osobny, bardzo obszerny artykuł. Dość powiedzieć, że reżyser, po ostatecznym montażu dokręcał jeszcze scenę miłosnego zbliżenia między Di Caprio i Diaz, która ostatecznie nie weszła do końcowej wersji filmu, jak również zrezygnować musiał z pompatycznej muzyki Elmera Bernsteina, za którą studio nie chciało zapłacić. Efektem kompromisu jest przede wszystkim grzecznościowe potraktowanie scen przemocy. Wyraźnie widać cenzurę niemalże wszystkich krwawych sekwencji wypełniających film. Najmocniejsza, otwierająca "Gangi...

bitwa, z pewnością sfilmowana została z maksymalnym, krwawym realizmem a'la "Gladiator" (w czym zresztą celuje Scorsese, pojmujący film jako odpowiednik krwawej biblijnej opowieści zawierającej element przemocy, w przeciwieństwie jednak do wielu współczesnych filmów, prowadzącej do czegoś więcej niż tylko do sadystycznej voyeurystycznej przyjemności). Na ekranie sekwencja batalii zostaje odpowiednio stonowana, widzowi oszczędzone zostają krwawe epizody, przez co początkowe stracie zostaje pozbawione odium okrucieństwa, jakim powinno zionąć (wszakże mamy tutaj do czynienia z celtyckim barbarzyństwem w XIX - wiecznych dekoracjach). Każdy, kto miał wątpliwą przyjemność obejrzenia filmu akcji w niemieckiej telewizji wie, jak wyglądają brutalne sceny po cenzurze (widoczne są tylko rozmazane fazy ruchu w zwolnionych tempie). W podobnej manierze stonowano przemoc w prologu "Gangów Nowego Jorku". Nieco później wraca "Scorsesowski dotyk" i przynajmniej w drugiej, bardziej dynamicznej połowie filmu ponownie mamy do czynienia z kawałem mocnego, realistycznego kina, chociaż i tutaj wyraźnie widać, że reżyser cofa się przed eksponowaniem przemocy. Jaki jest efekt takiej strategii, wynikłej zapewne, nie tyle ze wstrzemięźliwości reżysera, co bardziej z nacisków producentów, starających się o zgromadzenie w kinach jak największej ilości widzów (w pierwszej wersji "Gangi..." były filmem ponad trzygodzinnym, ostatecznie oglądamy wersję, która trwa 168 minut). Filmowa wizja Martina Scorsese wciąga i przekonuje, lecz brakuje jej czegoś, co nazwałbym dotykiem prawdziwej ulicy, owego "mięsa", jakim wypełnione były wcześniejsze filmy twórcy "Chłopców z ferajny". "Gangi Nowego Jorku" w ostatecznym efekcie są więc przede wszystkim zapierającą dech w piersiach piękną i gwałtowną legendą (choć z realistycznym, społeczno - historycznym tłem), przystosowaną jednak do odbioru przez masowego widza. A że ten jakoś nie dopisał (niecałe 47 mln dolarów zarobione przez "Gangi..." w pierwszym tygodniu wyświetlania, przy około 300 zagarniętych przez "Dwie wieże" Jacksona, jest sumą raczej śmieszną), to dowód, że wygrał jednak ambitny Scorsese, nawet jeśli nagiął nieco karku dla księgowych z "Miramaxu".
POWRÓT DO WYBORU | STRONA GŁÓWNA KMF