Strona główna KMF
 





Dzięki niej w patologicznie antyromantycznych czasach nagle powrócił romans heroiczny w całej swej wspaniałości, bogactwie i bezwstydzie.
Tymi słowami recenzował "Władcę Pierścieni" J.R.R. Tolkiena przyjaciel jej autora, C.S. Lewis.

    Obecna epoka przesiąknieta jest sztucznością, blichtrem na pokaz, uczuciową alienacją i chorą racjonalnością wykluczającą minimalną dawkę naiwości i romantyzmu. Obudzić uśpioną fantazję bardzo trudno, ale udało się to prawie 50 lat temu skromnemu profesorowi lingwistyki z Oxfordu i udało sie również brodatemu hobbitowi z Nowej Zelandii, który słowa Tolkiena przelał na taśmę celuloidową. Nie wystarczy powiedzieć, że Tolkien i Jackson wskrzesili mit heroiczny i przekuli go na nowo w konwencję fantastyczną. Obaj dokonali sztuki niebagatelnej, bo uwidocznili brakujące ogniwa w hierarchii wartości człowieka współczesnego, budząc przy okazji jego tęsknoty za światem uczuć wielkich, potrzebnych, cenionych i trudnych do przełożenia na słowa.
    Niektórzy "Władcę Pierścieni" nazywali powieścią eskapistyczną, buntem konserwatysty wobec świata zapominającego o wartościach kultywowanych przez tysiące lat. Z dnia na dzień coś uległo przewartościowaniu: szczytne idee obumarły, pieknoduchostwo wyśmiano, honor schowano do lamusa, ewentualnie nazwano nikomu i niczemu nie służącym przeżytkiem. Napisanie powieści jedynie fantastycznej byłoby rzeczą banalną dla kogoś, kto zauważa mierną kondycję uczuć i emocji ludzkich. Zaczarowanych światów było w brud nie tylko w literaturze, ale i powoli rodzącym się filmie, który w masowej wyobraźni zagniedździł sie na dobre zabierając widza w podróż nierzeczywistą ("Podróż na księżyc" Meliesa). Coś odróżnia jednak "Władcę Pierścieni" od setek rzeczy błachych, obecnych w sztuce zwłaszcza filmowej. To nie tylko opowieść będąca ucieczką od chwil gorzkich, od codziennej rutyny, ale i dość nietypowy moralitet prowadzący do mało przyjemnych i w gruncie rzeczy banalnych, choć prawdziwych, wniosków: dorastanie, dojrzewanie to bolesna konieczność pełna trudnych i wolnych wyborów, których konsekwencji nie można przewidzieć. Wybory te, nieważne dobre czy złe, nigdy nie przywrócą już przeszłości. Aspekt ludzkiego doświadczenia jest u Tolkiena najważniejszy, u Jacksona ukazany w przepięknym, realistycznym sztafażu, co czyni go równie widocznym jak w powieści i dodatkowo autentycznym, bo zrealizowanym nieprzeciętnie. Film "Powrót Króla" to wielki hołd złożony dawnym wartościom, a artystyczna wrażliwość, której widzowie są świadkami, stawia "Władcę Pierścieni" bardzo blisko kinematograficznego szczytu.
    Peter Jackson obdarzył swych bohaterów uczuciowymi rozterkami, podobnie jak to uczynił Tolkien. Każda z filmowych postaci skrzy emocjonalną namiętnością, co nie jest często spotykane w kinie masowym, zorientowanym na czysty zysk. Reżyser nie zapomniał o czym tak naprawdę jest powieść Tolkiena, której ekranizacji ryzykownie się podjął - to epopeja historyczna, baśń, ale i mit czyli intelektualny nośnik wartości, idei. "Władca Pierścieni" nie tyle budzi dziecięcą fantazję, co wyznacza miejsce w hierarchii postawom takim jak przyjaźń, poświęcenie, honor, uczciwość. Śródziemie to świat idealny: z zacienionym podziałem na dobro i zło, wyznaczający ramy postępowania bohaterów dojrzewających powoli do przekonania, że każde zwycięstwo ma swoją cenę. Magiczna powieść byłaby niczym gdyby stała się niekończącym ciągiem bitew napotkanych przez widza (i czytelnika) w czasie beznamiętnej wędrówki. Niby zwykła baśń, a chwilami szekspirowska tragedia z wieloma nijednoznacznymi postaciami. Oszalały namiestnik Gondoru, Denethor, wysyłający na pewną śmierć swego syna; Frodo Baggins (rewelacyjny Elijah Wood) ulegający sile Pierścienia, manipulowany dodatkowo przez karykaturalnego, choć przejmującego Golluma-Smeagola; Sam Gamgee (wspaniały Sean Astin) to z kolei oddany przyjaciel, którego stać na wielkie poświęcenie, choć wiara w powodzenie misji jest najmniejsza z możliwych; król Rohanu, Theoden, niepewny swej siły, niepewny wiary swego ludu w jego samego i wojnę w której przyjdzie mu uczestniczyć; Merry i Pippin, młodzi hobbici, którzy zostają zmuszeni do krwawej walki na śmierć i życie, choć paraliżuje ich strach i niepewność. Jest jeszcze Gollum (niezapomniana, genialna kreacja Andy'ego Serkisa), niegdyś hobbit o imieniu Smeagol, najbardziej chyba tragiczna z galerii postaci tolkienowskich. Istota udręczona uzależnieniem od Pierścienia, rozdarta między honorem, przyjaźnią i zaprzeczeniem tychże: egoizmem i nienawiścią. Niebanalne, bardzo dramatyczne są relacje między bohaterami, szczególnie na linii Frodo - Sam - Smeagol. Gollum spiskujący przeciwko Powiernikowi Pierścienia i jego towarzyszowi; Frodo, broniący spotworniałego hobbita; Sam poświęcający się swemu przyjacielowi, choć ten, zniewolony mocą ciężkiego brzemienia, odrzuca niemalże jego przyjaźń. Czarno-biały obraz ustąpił na rzecz psychologicznych niuansów, które budują autentyczny emocjonalnie świat Śródziemia. Tak intensywnego dramatu nazbyt często w kinie się nie uświadczy, oczywiście gdy mowa o kinie masowym, popularnym; kinie bijącym rekordy kasowe i rywalizującym z setkami hollywoodzkich produkcyjniaków. Baśń Petera Jacksona bije na głowę wiele tytułów kina komercyjnego z którym publiczność miała do czynienia w ostatnich latach.
    Oczywiście nie tylko wskrzeszenie tolkienowskiego przesłania jest fascynujące. To spektakularna, monumentalna ekranizacja książki. Piękno wizji Śródziemia, za które odpowiedzialny jest w głównej mierze Peter Jackson, dociera do widza w formie dopracowanej do najmniejszego szczegółu. Świat zrodzony w wyobraźni Tolkiena autentycznie ożył. Niespotykany rozmach scenograficzny (Minas Tirith - słusznie uznane przez jednego z krytyków za pierwsze, wybitne wirtualne dzieło architektoniczne), kostiumowy, inscenizacyjny. Trudno wyjść z podziwu widząc reżyserską maestrię w tworzeniu szalenie efektownego spektaklu: 200 tysięcy orków atakujących stolicę Gondoru, szarża kilkudziesięciu tysięcy Rohirrimów, atakujące z powietrza bestie, gigantyczne olifanty zmiatające wszystko z powierzchni pól pellennorskich, płomienny, gondorski sygnał wysyłany w stronę Rohanu, Armia Umarłych w swym martwym królestwie...
    "Powrót Króla", widowisko perfekcyjne pod względem wizualnym, nie spycha jednak na margines dramatycznych losów głównych bohaterów, czego bali się puryści tolkienowscy przepowiadający pare lat temu morderstwo powieściowej metafory. Całe szczęście Peter Jackson, choć bezbronny na szykany oburzonych ekranizacją, stworzył dzieło na tyle wierne literackiemu pierwowzorowi, że warto je uznać za wybitne, tak jak wybitną jest powieść Tolkiena. Reżyser nie uniknął koniecznych skrótów, ale te poznamy najpewniej w wersji specjalnej, podobno prawie 5-godzinnej. Zmian w stosunku do oryginału jest wiele, ale struktura filmu różni sie oczywiście od tej książkowej, bo to inna wrażliwość, inne poczucie czasu, inny język, styl. Niemniej adaptacja dokonana przez Petera Jacksona jest abolutnie niezwykła, zważywszy na słowa Tolkiena uważającego swe dzieło za nieprzekładalne na język filmowy.
    "Powrót Króla" to bezwzględnie najwybitniejszy obraz filmowy ostatnich lat, pod względem wizualnym nie mający sobie równych. Dla niektórych patetyczny, ale pamiętajmy, że to epos heroiczny, opowieść wojenna, rycerska, romantyczna. Siła tego filmu nie czai się w świstach strzał, pchnięciach mieczem i wyrzucanych z katapulty pocisków. We "Władcy Pierścieni" góruje myśl Tolkiena daleka od eskapistycznych czy reakcyjnych tendencji. Ten film to pochwała cnót od dawna wyśmiewanych: idealizmu, honoru, braterstwa. To one kreaują archetypiczną rzeczywistość magii i mitu. I to one poruszają najgłębsze zakamarki pamięci i wyobraźni. Dlatego "Powrót Króla" (w ogóle cała Trylogia!) jest w moim odczuciu dziełem wspaniałym i nie mających sobie równych na przestrzeni wielu ostatnich lat.

AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      




STRONA GŁÓWNA