Strona główna KMF
        

To nie jest zemsta
To jest kara


Jakoś nigdy nie byłem miłośnikiem komiksów z serii "Punisher" (podobnie jak "X-Men"), a jedyne co kojarzyłem z tą postacią, to niesamowite logo na koszulce bohatera i wielkie giwery w jego rękach; kojarzyłem to jednak tylko z okładek komiksów, do których środka nigdy porządnie nie zajrzałem. W czasach mojego dzieciństwa czytałem raczej "Spidermana", "Supermana", "Batmana", czy "Green Latern" - które to serie wchodziły właśnie na polski rynek komiksów - pomijając właśnie (nie pamiętam już czemu) "Punishera". Teraz, gdy obejrzałem kinowy film o tragicznej historii Franka Castle i jego krwawej wendetcie, doszedłem do wniosku, że nieco żałuję pominięcia serii "Punisher" podczas mojej dawnej przygody z komiksem. Nie wiem oczywiście, na jakim poziomie merytoryczno/graficznym (choć pamiętam, że kreska była niezła!) stała seria "Punisher", zatem w recenzji filmu nie znajdą się (za co przepraszam) żadne porównania z komiksem, zarówno pod względem fabuły jak i klimatu opowieści. Skupmy się zatem na filmie. Może na początek napiszę, czego się po nim spodziewałem i czego oczekiwałem, będąc pewnym niemal w 100%, że w kinie spotkam się z kolejnym skrojonym na szybko, pełnym utartych schematów, popcornowym filmem sensacyjnym nafaszerowanym efektami specjalnymi i pozbawionym jakichkolwiek ciekawostek scenariuszowych czy realizacyjnych. Spodziewałem się, że będzie to kolejna nadmuchana i rozreklamowana produkcja hollywoodzka, którą obejrzę bez większych emocji (jak "Van Helsing", "Troja" czy "Pojutrze " ;), wyjdę z kina, trzasnę drzwiami i pójdę do domu.

   

Otóż nie! Nic bardziej mylnego. Pierwsze co rzuca się w oczy podczas oglądania "Punishera", to absolutny brak komputerowych efektów specjalnych. Paradoksalnie, w czasach gdy na ekranach królują coraz to wymyślniejsze i bardziej wgniatające w fotel 'sceny jakich jeszcze nie było', realizatorzy zdecydowali się zrobić "Punishera" 'po Bożemu'; w pościgach biorą więc udział prawdziwe samochody, w scenach walk prawdziwi kaskaderzy rzucają sobą po ścianach, a eksplozje są soczyste i realistyczne - bo wreszcie ktoś odważnie poszedł pod prąd hollywoodzkim tendencjom i zrobił kino sensacyjne w starym, dobrym stylu! W czasach gdy wszyscy zachwycają się coraz większym udziałem komputerów w realizacji obrazu i dźwięku, ja szukam w kinie prostych i zrealizowanych z naturalnym 'powerem' scen. Uwielbiam gdy samochód koziołkuje naprawdę, gdy walka wręcz wygląda realistycznie, gdy reakcje na postrzał i sam postrzał sprawiają wrażenie takie, że ktoś naprawdę dostał kulkę, a nie że komputer wygenerował postrzał, wystrzał i obydwu aktorów biorących w strzelaninie udział. W "Punisherze" wszystkie akcje posiadają ten specyficzny klimat, którego brak większości dzisiejszych produkcji - posiadają to coś, pewien rodzaj filmowej energii, udzielającej się widzowi, który może przeżywać wszystko wraz z bohaterami filmu, bo nie czuje się oszukany przez realizatorów, nie czuje sztuczności scen akcji. Ten właśnie realizm czujemy od samego początku filmu, czyli od punktu zapalnego - śmierci rodziny policjanta Franka Castle - od którego wszystko się zaczyna.

   

Frank Castle (znany z "Deep blue sea" Thomas Jane nie przerysował swojej roli i znakomicie się w niej odnalazł!) rozpoczyna (jak sam mówi) 'karać' bandziorów za to, co zrobili. Taki punkt wyjścia daje podwaliny do ukazania na ekranie krwawej ścieżki, jaką mógłby podążać nasz bohater, jednak to co zobaczymy w filmie "Punisher", nie jest bezmyślną jatką i wykluczaniem wroga po wrogu, aż do samego Bossa. Oczywiście niektórych schematów w kinie tego typu uniknąć się nie da i taką właśnie drogę będzie musiał Frank 'Punisher' Castle pokonać. To jednak co wydarzy się w trakcie wymierzania 'kary', dalekie jest od utartych klisz znanych z filmów o 'mrocznych mścicielach'. Jak scena akcji, to niezwykle nowatorska (w szczególności polecam całą sekwencję 'z Rosjaninem' - palce lizać!!!), jak scena dialogowa, to nie nuda w stylu 'kocham Cię - ja też Cię kocham' i inne tego typu kiczowato słodkie rozmówki, a rozmowa ciekawa i wykraczająca poza sztywne (i mocno ograniczone) ramy gatunku. Oczywiście nie mówię, że dialogi w "Punisherze" to jakieś OH! i AH! na miarę Shakespeare'a - ale słucha się ich po prostu dobrze, gdyż nie drażnią uszu naiwnością i prostotą. Dalej mamy niejako wątek miłosny i tu też miła niespodzianka; znowu całość poza szablonem. Ponadto w filmie znajdziemy kilka naprawdę krwawych scen, a dla równowagi sporo humoru. John Travolta wreszcie zagrał nietuzinkowo złą postać - a na brak ciekawych czarnych charakterów też współczesne kino może narzekać (że wspomnę tu tylko bad guyów z "60 sekund", "Con Air", "Bad Boys 2" czy pożal się Boże Draculę z "Van Helsinga"), a reszta obsady spisała się na medal (sympatyczny duet sąsiadów Franka Castle został obsadzony bez pudła!). Powstał ciekawy film akcji, wychodzący naprzeciw widzom, którzy chcieliby zobaczyć prawdziwy film z krwi i kości, a nie z komputera i komputera.

   

Być może przyczyną tego, że powstał tak udany film jest fakt, że na fotelu reżysera zasiadł całkowity debiutant Jonathan Hensleigh który do tej pory bawił się tylko w pisanie scenariuszy ("Jumanji", "The Saint", "Die Hard 3", "Armageddon"). Może właśnie kadra reżyserów którzy dopiero zaczynają w filmowym fachu sprawi, że kino odrodzi się ponownie? Przypomnę, że niedawny remake "Świtu żywych trupów" który także uważam za film bardziej niż udany, również został wyreżyserowany przez absolutnego debiutanta. Można też przypomnieć Night M. Shyamalana, którego debiut "Szósty zmysł" skosił w Box Office'ach konkurencję, albo "American Beauty" Sama Mendesa – także reżyserski debiut. Dzięki takim właśnie odważnym twórcom, do których teraz dołączył Jonathan Hensleigh, powstają jeszcze filmy świeże, wnoszące do ram gatunku bezkompromisowość i bezpretensjonalność. Tak jakby reżyserzy w swoich debiutach nie bali się ukazania własnego stylu, jakby jeszcze nie zostali skażeni manierą Hollywoodu. Jakby jeszcze kochali kino, a nie wyniki kasowe. Wreszcie jakby
jeszcze szanowali widza i chcieli go swoją wizją (tak po prostu) zauroczyć. W filmie "Punisher" z pewnością się to udało.

   




Punisher (THE PUNISHER)
Rok produkcji: 2004, USA; Czas trwania: 124 min.


Reżyseria: Jonathan Hensleight
Scenariusz: Michael France, Jonathan Hensleight

Muzyka: Carlo Siliotto
Zdjęcia: Conrad W. Hall

Wystąpili:
Thomas Jane ( jako Frank Castle)
John Travolta ( jako Howard Stain)
Rebecca Romijn-Stamos ( jako Joan)
Samantha Mathis ( jako Maria Castle)
 


dux@film.org.pl
 Autor recenzji: Rafał Donica - DUX