Strona główna KMF
 









    "Chciałem przestraszyć siebie" - odpowiedział w jednym z wywiadów Paul Thomas Anderson na pytanie dlaczego zdecydował się zrobić komedię romantyczną. Jego dwa ostatnie filmy, "Magnolia" i "Boogie Nights", były dziełami na tyle oryginalnymi, długimi (każdy blisko 3 godziny), smutnymi i przygnębiającymi (w wymowie), że twórca ten, jak się sam często przyznawał, potrzebował najzwyklejszej zmiany, niejakich filmowych wakacji. Od wczesnych lat zafascynowany klasycznymi, hollywoodzkimi musicalami z Fredem Astairem i Ginger Rogers w rolach głównych, chciał stworzyć obraz prawdziwie romantyczny i bezpretensjonalny. O miłości właśnie, przypadkowych namiętnościach niczym z filmów Jacquesa Tati ("Wakacje Pana Hulot", "Playtime") będącego dla Andersona kolejną z ważniejszych inspiracji.
    "Punch-drunk love" jest więc z goła innym doświadczeniem i postaram się wyzbyć narzucającej się chęci skonfrontowania poprzednich dzieł Andersona z jego najnowszym filmem. Instynkt portrecisty ludzkości rzeczywiście ustąpił na rzecz błachej komedii miłosnej, w której poezja i enigmatyczność miesza się z szarością dnia powszedniego przypadkowego pracownika firmy. Ci, którzy znają poprzednie, bardzo niezwykłe, dokonania Andersona nie powinni mieć jednak większych obaw co do tego obrazu, bo tzw. romantyzm wcale nie jest tu klasyczny, a i śmiech, tradycyjnie towarzyszący tak zwanym komediom, zastąpiony został jedynie uśmiechem.
    Straszy film Andersona od pierwszych minut. Bo jest dziwnie, zaskakująco. Kamera bardzo powoli zmierza ku przedmiejskiej ulicy. Jedzie kilka samochodów, nagle... wypadek! Jedno auto uderza w drugie, raptem zatrzymuje się jakaś furgonetka, ktoś wystawia pianino na przydrożny chodnik, po chwili odjeżdża. Barry, obserwujący to przedziwne zajście, ma nie mniejszy niż widzowie kłopot ze zrozumieniem tej sceny wyrwanej niczym z filmu Davida Lyncha. Następnie widzimy głównego bohatera bijącego oszalale szyby, demolującego łazienkę w restauracji, kupującego w supermarkecie kilkaset opakowań puddingu.
    Myliłby się ktoś, jeśli sądzi, że udziwnianie to jedyna rzecz nadająca sens fabule autora "Magnolii". To jedynie dość niezwykła opowieść o zagubieniu w świecie samotności, w którym sensu na próżno szukać. Tu rządzi słabość będąca wynikiem konfrontacji z niespełnieniem. W meczu życia Barry Egan przegrywa, bo nie ma przy sobie nikogo bliskiego. Być może taki portret jest pretensjonalny, być może i naiwny... Tutaj jednak poruszający, bo postać Barry'ego, dziecka, które wie, że jest już dorosłe, najzwyczajniej przejmuje. Jego siedem irytujących sióstr doskwiera mu na każdym kroku przypominając wciąż o jego małej dojrzałości, zadając tysiące razy pytanie "Co robisz?" Jedyną sensowną odpowiedzią, jedyną możliwą, jest lakoniczne "Nie wiem" powtarzane uparcie i w pełni świadomie. Barry nie wie kim tak naprawdę był i kim jest, czy jest przed czy za zakrętem dojrzałości. Zwrot "Wiem" tyczy się tylko jego przyszłości-ma nadzieję wyjść ze stanu samotnego upodlenia. Korzysta z seks-telefonu nie dla zaspokojenia erotycznych rządz, ale wyłącznie żeby pogadać, ot zadać dla nieznajomej kilka pytań mało istotnych ażeby zagłuszyć mało przyjazną ciszę pustego mieszkania. Spotkanie z przypadkową osobą po drugiej stronie słuchawki jest znacznie wygodniejsze, bo wyzbyte niepotrzebnego wstydu. Niesamowicie intymne, choć i pozwalające ukryć prawdziwe emocje za ścianą udawanej namiętności. Barry Egon, sfrustrowany, samotny człowiek, sam pewnego razu przyznaje się, że często płacze bądź daje upust swojej wściekłości-ucieka w ten sposób przed przytłaczającą, bolesną rzeczywistością w której tkwi od lat. Tego typu postać nie jest oczywiście w żaden sposób oryginalna, kino amerykańskie dość regularnie portretuje ludzi nie z własnej (?) winy tkwiących w beznadziei (mówiła o tym poniekąd "Magnolia", ale i "American Beauty", "One Hour Photo"), podobnie opisać można samotników wprost z komedii romantycznych, którzy pod wpływem przeróżnych impulsów popadają w błache romanse...
    I nagle pojawia sie miłość. To kwintesencja permanentnego zaskoczenia, bo ukazuje się nagle, nijak nie przewidziana, patrzy bezczelnie prosto w oczy żałośnie samotnego faceta. Niespodziewanie (i jakże pięknie) uśmiecha się, a nawet nie proszona podaje swój numer telefonu przyznając się, że życiowy nieudacznik jest interesującym mężczyzną mającym szansę na kawałek miłosnego torta. Uczucie, które nigdy nie podlega żadnym definicjom, zjawia się przez nikogo zapraszane, żadne znaki, czy to na niebie czy ziemi, go nie przewidują, pochłania wszystko i wszystkich, jest powietrzem, pożywieniem, schronieniem. Ta miłość jest banalna, bo towarzyszy jej początkowo niezgrabność, sztuczność i pocenie rąk, po czym ten nieciekawy robal zamienia się w pięknego motyla namiętności i poezji, którego stać nawet na niby bezsensowne poświęcenia, na przykład lot na Hawaje, by zapytać ukochaną Lenę o samopoczucie.
    Sama postać Leny Leonard nie jest zbyt dobrze nakreślona. Nie znamy jej życia prywatnego ani zawodowego, trudno powiedzieć cokolwiek o niej samej... Tylko jej nerwowa gestykulacja i figlarne oczka wspaniałej Emily Watson zdradzają wypalające od wewnątrz uczucie, zdradzają istnienie gorącego ognika tkwiącego tuż przy sercu i nie dającego jej spokoju. W "Punch-drunk love" chodzi o "kłopot" zakochania się, nie widok związku. Scenariusz napisany przez samego reżysera (zresztą jak zawsze) był tworzony z myślą o Adamie Sandlerze czyli aktorze, który łączy w sobie naiwność z niezdarnością (a to docenił Anderson, wielbiciel talentu Sandlera). Potencjał najpopularniejszego w USA komika został tu wykorzystany w przewrotny sposób, bo swej gry Sandler mocno nie zmienił. Osadzono go za to w innym, znacznie poważniejszym świecie pozbawionym bezsensownych idiotyzmów, cechy charakterystycznej dla "Big Daddy", "Mr. Deedsa" czy "Waterboya". To świat stworzony przez twórcę odważnego, skupiającego się na ludziach, ich uczuciach, pragnieniach. Irytujący image aktora doskonale wpisał się w romantyczną konwencję w której brak pretensjonalności, banałów.
    Jeszcze o jednej sprawie, któr mnie na swój sposób zaintrygowała w związku z "Punch-drunk love". Warto wspomnieć o niesamowitym kolorowym efekcie (specjalnym? animowanym?) pojawiającym się trzy razy w ciągu 90 minut trwania filmu. Tęczowe refleksy, przenikające się nawzajem światła; róż i zieleń przechodzące w czerwień i biel, z nagłą pojawia się żółć, błękit, te zmieniają się w pomarańcz, znowu róż, potem fiolet i tak dalej... Kilkudziesięciosekundowe ruchome obrazy wplecione w kadry filmowe w momentach najbardziej przełomowych, budują z lekka oniryczny klimat, stwarzają nowy rodzaj doświadczenia filmowego.

    Dałem się nabrać. A niby miała to być tylko komedia romantyczna. I miała przestraszyć. Niestety, zachwyciła.


AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      






STRONA GŁÓWNA