Jednym z najbardziej przykrych doświadczeń dla kinomana jest ogromny zawód, jaki sprawia obejrzenie wyczekanego, wytęsknionego filmu, o którym dużo się czyta przed premierą, śledzi najdrobniejsze wzmianki już na etapie kompletowania obsady, wielokrotnie ogląda trailery i dyskutuje ze znajomymi, jaki to będzie genialny, fantastyczny, niesamowity film - po czym po seansie okazuje się, że spodziewane arcydzieło to gniot zmarnowany na całej linii. Każdy to uczucie zna. Ale ponieważ we wszechświecie wszystko ma swój przeciwstawny odpowiednik - nie ma dla kinomana lepszego uczucia jak obejrzenie filmu, po którym nie spodziewa się absolutnie niczego dobrego, a który pozytywnie zaskakuje. Takie właśnie wrażenie towarzyszyło mi po wyjściu z seansu "Predators".

Po kiepskim "Alien vs. Predator" i jeszcze gorszym "Alien vs. Predator - Requiem" (nota bene, co ma oznaczać ten dopisek w sequelu? Że twórcy zamiast przyłożyć się do filmu - odpoczywali?) można było przewidywać, że o reaktywację tych dwóch kultowych w świecie sci-fi postaci będzie trudno i przyjdzie chyba poczekać, aż weźmie się za to jakiś wyjątkowy reżyser, tak jak to miało miejsce w przypadku Batmana w rękach Chrostophera Nolana. Stało się jednak inaczej. Co prawda cenione nazwisko pojawia się wśród producentów i być może tu właśnie leży źródło tego, że "Predators" sprawia pozytywne wrażenie - wszak Robert Rodriguez kojarzy się z wieloma udanymi tytułami. Niemniej główny ster, czyli stołek reżysera, otrzymał hollywoodzki podrostek Nimród Antal, o którym zrobiło się głośno po premierze jego "Kontrolerów" - między innymi Nagroda Młodych w Cannes za najlepszy film, a i w Polsce doceniony - nagrodą publiczności na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym 2004. Kolejne filmy Antala, wyprodukowane już przez USA, nie są dziełami godnymi zapamiętania, natomiast "Predators" w jego filmografii będzie się wybijać, a z pewnością zapamiętają go fani cyklu filmów o A i/lub P. I choć nad całością unosi się duch Rodrigueza, to przecież właśnie reżyser odpowiedzialny jest za całokształt dzieła filmowego.


Zarówno sama oś fabuły, jak i wiele wątków stanowią konglomerat pierwszej części "Predatora" z 1987 roku i powieści Marion Zimmer Bradley "Łowcy z Czerwonego Księżyca", której fabuła i świat idealnie pasowały do tego, co wiemy o rasie Predatorów z poprzednich filmów. Tytułowi łowcy mogliby nawet sprawiać wrażenie splagiatowanych, gdyby nie to, że książka powstała w roku 1973, czyli czternaście lat przed premierą filmu Johna McTiernana.

Opis fabuły filmu Antala pominę, choć wielu rzeczy można się domyślić - na szczęście trailery były oszczędne, dzięki czemu nie mamy po seansie wrażenia, że to, co najlepsze obejrzeliśmy w zapowiedzi. Dość powiedzieć, że akcja ponownie dzieje się w dżungli i ponownie grupa twardzieli stara się wyjść cało z konfrontacji z nieznanym, tajemniczym wrogiem. I znów - co najważniejsze - można poczuć to, co czuje się podczas seansu "Predatora". Trudno być może w to uwierzyć, ale film pozostawia podobne wrażenie. Sporo dynamicznej akcji w starym, dobrym stylu, klimat grozy i tajemniczości, podobny poziom brutalności co w oryginale, niezłe dialogi, pełne nieco autironicznych, ale godnych zapamiętania fraz, interesujący i krwiści bohaterowie oraz efekty, które nie rażą komputerową sztucznością - to wszystko sprawia, że "Predators" ogląda się jak godnego następcę kultowego pierwowzoru, któremu być może nie dorównuje, ale niewiele mu do tego brakuje.


Bodaj największym zaskoczeniem obsadowym jest Adrien Brody, którego pamiętamy głównie jako chudego Szpilmana w zrujnowanej Warszawie, ewentualnie jako podobnie chudego Jacka Driscolla, romantycznego scenarzystę z "King Konga". Tym razem Brody musiał wyglądać jak następca Arnolda Schwarzeneggera - zadanie ambine i co ciekawe, wykonane godnie, również jeśli chodzi o prezencję fizyczną. Oczywiście takiej muskulatury jak obecny gubernator Kalifornii Adrien Brody nie ma, ale w zestawieniu z bohaterem "Pianisty" efekt jest co najmniej zaskakujący. Wśród pozostałych aktorów warto na pewno wspomnieć etatowego macho - Danny'ego Trejo, Rosjanina Olega Takarova dzielnie dzierżącego miniguna oraz Alice Bragę, jedyną kobietę w obsadzie, której bardzo do twarzy z karabinem snajperskim. Skoro już przy narzędziach mordu jesteśmy - nie zabrakło również królowej broni białej, czyli starożytnej katany (jeden z pomysłów zaczerpniętych z powieści Bradley) a pojedynek między jednym z Predatorów a Japończykiem wyposażonym we wspomniany miecz, jest jedną z tych scen, które pozostają w pamięci. Spośród obsady mieszane uczucia budzi Lawrence Fishburne, który ma świetne wejście ale wypada mało wiarygodnie w scenach podkreślających obłąkanie jego postaci oraz równie nieprzekonujący w kilku scenach Topher Grace.

Nawiązania do filmu McTiernana to temat na osobny artykuł, gdyż jest tego sporo. Część z nich to pomysły doskonałe (jak muzyka Johna Debneya, oczywiście wzorowana na partyturze Alana Silvestriego, ale wzorowana z wyobraźnią, bez ślepego naśladownictwa), niestety nie brakuje również takich, które wypadają sztucznie i sprawiają wrażenie wtłoczonych na siłę, co psuje trochę ogólny efekt. Ale jest to jeden z nielicznych minusów i z pewnością nie przekreśla faktu, że "Predators" jest takim filmem, jaki każdy fan "Predatora" chciałby zobaczyć. Wreszcie.


8/10




wytwórnia - 20th Century Fox, Troublemaker Studios, 2010
reżyseria - Nimród Antal
scenariusz - Alex Litvak, Michael Finch
produkcja - Robert Rodriguez, Elizabeth Avellan, John Davis
muzyka - John Debney
zdjęcia - Gyula Pados
montaż - Dan Zimmerman
scenografia - Caylah Eddleblute, Steve Joyner
efekty wizualne - Sebastien Dostie, Thierry Delattre
czas projekcji - 106 minut


wystąpili
Adrien Brody
Topher Grace
Alice Braga
Walton Goggins
Oleg Taktarov
Laurence Fishburne
Danny Trejo
Louis Ozawa Changchien
Mahershalalhashbaz Ali
(Royce)
(Edwin)
(Isabelle)
(Stans)
(Nikolai)
(Noland)
(Cuchillo)
(Hanzo)
(Mombasa)

Autor recenzji: Marek Klimczak - BOCIAN [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 18 lipca 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF