Strona główna KMF

Quentin Tarantino w wydaniu Tony'ego Scotta


CZĘŚĆ I:
Aspekty miłości i moralne sprzeczności
w rytmie Rock'n'Rolla, czyli film o miłości


     Alabama musiała przebyć wszystkie wyżyny i niziny od Tallahassee na Florydzie do Motor City w Detroit, aby znaleźć swą prawdziwą miłość. I do dnia dzisiejszego to co się wydarzyło jest dla niej ciągle jak odległy sen. Ale ten sen był realny, to był sen, który zmienił jej życie na zawsze. Zawsze pytała, czemu świat wciąż się stacza i dlaczego wszystko jest tak do bólu gówniane. On odpowiadał: "Tak to już jest. Ale pamiętaj, że to działa także w drugą stronę".Tak właśnie wygląda prawdziwy romans.

"Tylko rock`n`roll, żyj szybko, umrzyj młodo i pozostaw po sobie przystojnego trupa"

    Clarence wyznaje filozofię Elvisa. Wyznaje ją bo "Król" jest w jego życiu kimś ważnym. Jest jego mistrzem, doradcą, jego wzorem i oczywiście idolem. "Ale dosyć o królu"...

     Jeżeli w grę wchodzi miłość reszta się nie liczy. Nieważne jest to co zostało za tobą, to co rozciaga się przed tobą - ważny jest moment, w którym możesz kochać, nieprzemijający, niczym empiryczny sen. Gdy miłość cię posiądzie, a ty posiądziesz ją - jesteś w stanie zrobić dla niej wszystko. Jeżeli wymaga poświęceń - poświęcisz się, jeżeli wymaga wyrzeczeń - wyrzekniesz się wszystkiego, jeżeli coś jej zagraża - będziesz jej bronił. Miłość zmienia całe twoje życie - jest kluczem do wielu drzwi, ale i wiele drzwi zamyka. Otwierasz nią nowe horyzonty życia, dostrzegasz dotąd nieosiągalne piekno, radość. Odgraniczasz się od wszystkiego co zostało za tobą i czerpiesz nowe życiodajne siły z jej źródła. Jeżeli w grę wchodzi miłość, jeżeli chodzi o osobę, którą darzysz tym uczuciem - nic innego się nie liczy...



 



     Kiedy Alabama spotkała Clarence dostąpiła tego pięknego uczucia, wiedziała, że to ten, któremu odda swoje serce. Nie pytajcie dlaczego. Podobno się to po prostu wie. Osobowość i uczucie Alabamy tak poraziła zmysły Clarence'a, że ten dostrzegł w niej obiekt swoich marzeń - wyśnioną dziewczynę. W jej zachowaniu widział to co było mu bliskie, co kochał. Dostrzegł w niej piekno, którego nigdy wcześniej dostrzec nie mógł. To właśnie była miłość. Obopólne stwierdzenie, że jesteśmy dla siebie stworzeni i udokumentowanie tego trwałym związkiem, czyli radością, którą obdarowują się nawzajem. W tym stanie wszystko ma odcień różowy. Życie z pasma zmartwień i niepowodzeń zamienia się w jedno wielkie miłosne uniesienie. Nieważne, że ona była dziewczyną na telefon. Że tak naprawdę ich spotkanie było ukartowane i opłacone, a ich znajomość miała się ograniczyć do jednej upojnej nocy. Nieważne, że on pogodził się z tym, iż nigdy nie znajdzie dziewczyny, która go zrozumie i zaakceptuje to co on sobą reprezentuje. To wszystko jest nieistotne w obliczu miłości. To co przed nią i co za nią się nie liczy - ważna jest tylko ta chwila. Tak więc ona jest tylko prostytutką. Clarence spotkał ją w kinie. Na maratonie filmów Kung-Fu z Sonnym Shibbą. Potem poszli na ciastko. Ona opowiedziała mu co ją rajcuje, a co dołuje, kto jest jej ulubionym aktorem, jaki jest jej ulubiony kolor i skąd pochodzi. On natomiast stwierdził, że jest jego wyśnioną dziewczyną. W końcu nie każda dziewczyna kocha filmy Kung-Fu, Elvisa, cukier i ciastka. A ona to kochała, podobnie jak on. Potem Clarence zabrał ją do swojego małego królestwa, do sklepu z komiksami, w którym pracował. Pokazał jej swój ulubiony odcinek Spidermana, w którym nazistowski gnojek Kraut zrywa Nickowi łańcuszek z pierścionkiem jego ukochanej. Pierścionek ląduje za burtą, a Nick nurkuje żeby go odnależć. Zarąbiste, co? Ona natomiast pojęła, że go bardzo kocha. Ta noc nie była dla Alabamy suchym aktem zapracowania na wypłatę. Seks owej nocy był wyrazem czystej nieskazitelnej miłości. Miłości, która zmusiła ją do refleksji. Wyznała całą prawdę o swojej osobie. Zastrzegła jednak, że jeśli chodzi o związek to jest stuprocentową monogamistką, i że chyba go kocha. Następnego dnia wzięli ślub.

    W miłości jest jednak tak, że gdy coś jej zagraża, będziesz jej bronił - jesteś w stanie do poświęceń, zrobisz wszystko co jesteś w stanie zrobić i czego nie jesteś. Jeżeli ktoś zagraża osobie którą kochasz, nie cofniesz się przed niczym, aby ją chronić. Takie są zasady miłości - Dura lex, sed lex.
    Clarence dowiaduje się od Alabamy o niejakim Drexlu. Jest jej alfonsem i z pewnością upomni się o swoje. "Clarence, czy możesz żyć z tym, że ten skurwiel będzie sobie dalej chodził po ziemi, oddychał tym samym powietrzem co ty?" Elvis ma rację, nawiedza Clarence'a i mówi mu jak powinien postąpić. Przecież tu chodzi o miłość.
    
Zapnijcie pasy. Teraz na arenę wkracza stary dobry wujek Tarantino!



 



    Clarence nie myślał o konsekwencjach swojego czynu, gdy strzelił Drexlowi między oczy. Nie wyrażał żadnej litości, człowieczeństwa ani refleksji nad swoim działaniem, gdy urządzał w melinie alfonsa krwawą łaźnię. Jego oczy napierzchły wściekłością, a myśli przepełnił gniew i niewymowna chęć zemsty. Umysł mówił: "Nie jestem do tego zdolny", Elvis mu odrzekł: "Ja bym go zabił". Instynkt nie dopuścił do słowa racjonalnego myślenia. Clarence dokonał aktu niewymownej agresji w imię dobra jego kochanki. Czy takie postępowanie na pewno można nazwać aktem miłości? Byłoby to założenie z gruntu niedorzeczne, bo agresja i zło nie mogą być podłożem tego uczucia. A jednak to była miłość, a to było stanowisko jej obrony. Nic się nie liczy - tylko miłość. Interpretacja jest szeroka, a w tym wypadku interpretuje Tarantino. Powstaje kolejne pytanie. Czy normalny człowiek jest w stanie zrobić coś takiego w imię miłości? Na pewno nie, każdy inny podszedłby do sprawy bardziej ludzko, już na pewno nie wymierzałby granic nienaruszalności terytorialnej swojego związku za pomocą pistoletu i jego sześciu przyjaciół - nabojów. Ale to jest bohter narysowany przez Tarantino. Nie wysuwajmy wniosków, które doprowadzą nas nad smutną przepaść nonsensu. Postawę Clarence'a trzeba przyjąć z przymrużeniem oczu, jako metaforę manifestu całkowitego oddania się miłości.
     Melina Drexla zamieniła się w krwawe pobojowisko pełne rozhisteryzowanych gości. Clarence nakazuje oddanie mu rzeczy Alabamy. Otrzymuje walizkę i opuszcza zgromadzenie. Alabama gloryfikuje jego czyn i określa go mianem bardzo romantycznego. Jeżeli przyjmiemy, iż ów czyn był bezgranicznym oddaniem się dla miłości i w imię ich miłości, rzeczywiście - zaprawdę był romantyczny i można go przedstawić jako wielki akt naprawdę wielkiego uczucia. Jeżeli zaś założymy, że Clarence zamienił się w rozjuszoną bestię i rozbabrał na ścianie Drexla i jego kumpla, po czym nic sobie z tego nie zrobił, wtedy nasuwa się nam pytanie natury moralnej - Morderstwo aktem nieskazitelnej miłości? Na to jest tylko jedna racjonalna odpowiedź - Tarantino. On już taki jest, że miłość, którą przedstawia, obficie ubarwia krwią. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, czynem tym Clarence wyraził swoje stnowisko w ciążącym na nim uczuciu. Jednak dał tym także wyraz swojemu szaleństwu i naturze urodzonego mordercy.
     Tak wygląda miłość Clarence'a i Alabamy. Nie posunąłbym się tak daleko i nie porównałbym jej do uczucia Mickey'a i Mallory z "Urodzonych Morderców". Tam cały związek opierał się na zabijaniu, to go napędzało i nadawało mu sens. Ta para była z gruntu zła, zabijanie było ich pasją, sposobem na życie i źródłem miłości. W "True Romance" mamy do czynienia z mordem, jako złem koniecznym. Morderstwo jest wyzwoleniem ich związku od zagrożenia. Nie posunąłbym się jednak tak daleko i nie powiedziałbym, że ta miłość jest całkowicie normalna. Jest piękna ale ludzie ją wyznający są niemoralni i wykraczają poza kanon tak zwanego człowieczeństwa. Oceńmy jednak uczucie, zostawmy ludzi. Wtedy przedstawia się ono naprawdę niesamowicie. Dwie samotne osoby spotykają się i coś w ich sercach zaczyna płonąć. Są dla siebie stworzeni, mają podobne zainteresowania, podobnie postrzegają świat, ich dusze są do bólu pokrewne. Oddają się romantycznemu uniesieniu i już nic nie jest jak dawniej. Wszystko co było jest już nieistotne i zostaje za nimi, a oni cieszą się tym pięknym uczuciem i chcą w nim pozostać na zawsze. Są zdolni do poświęceń, wręcz do oddania życia za drugą osobę, do permanentnej ochrony, oddania i zrozumienia. Ich miłość nie wie co to strach, co to ból, co to smutek. Są pogrążeni w prawdziwym romansie, a jeżeli w grę wchodzi miłość - nic innego już się nie liczy.


CZĘŚĆ II:
Zdarzenia z punktu widzenia walizki,
czyli film gangsterski (tarantinowski)


     W pryzmacie innych filmów Quentina, walizka jest bardzo istotnym bohaterem następujących wydarzeń, to ona zawiązuje akcję, jest przyczyną szeregu przypadków i ich następstw. Wprawia w ruch machinę nieporozumień, walki i krwawych ekscesów. Walizka to skarb, którego ochrona i walka o niego okupiona jest zazwyczaj masą trupów, litrami krwi i kilogramami nabojów. We "Wściekłych Psach" - studium zdrady, zemsty i gniewu, w walizce znajdujemy diamenty zrabowane podczas napadu. W kultowym "Pulp Fiction" jej zawartość to najprawdopodobniej dusza Marcellusa Wallace'a, w każdym bądź razie pomarańczowa poświata "coś pięknego". W "Jackie Brown" w walizce znajdowały się pieniądze, o które toczyła się cała gra. We wszystkich tych filmach nasza dobra przyjaciółka walizka odgrywała znaczącą jeżeli nie decydującą rolę. Zapoczątkowała łańcuch przyczynowo-skutkowy, któremu podporządkowali się główni bohaterowie. To ona napędzała całą akcję i inicjowała szereg następstw, miała wpływ na ogół filmu. Nie inaczej jest w "True Romance".
W walizce z ubraniami przyniesionej przez Clarence kochankowie znajdują narkotyki warte kilkaset tysięcy dolarów. Wyruszają więc do Los Angeles do znajomego aktora Dicka, aby tam upłynnić towar. Tymczasem ze snu przebudza się włoska mafia. Rozdrażniona zamordowaniem Drexla i zniknięciem Ich towaru, będzie szukać srogiej pomsty i cennej walizki. Złe charaktery mają motyw, dzięki któremu mogą się pastwić nad bohaterami pozytywnymi, ci zaś widzą we wspomnianej walizce bilet do swojej szczęśliwej przyszłości, natomiast chaotyczni gliniarze pragną wszystkich wystrzelać, rozjuszeni widokiem białego proszku. I tym razem machina przyczynowo-skutkowa zostaje wprawiona w ruch, prezentując nam świetne kino sensacyjne. Nie chciałbym odkrywać wszystkich kart i rozkładać fabuły True Romance na czynniki pierwsze. Pragne jedynie wykazać podstawy i motywy budujące całą akcję i fabułę. Mamy już wszechmocną i wszechobecną walizkę - wyznacznik ludzkiej próżności i przyziemności ich postępowania, rzecz kluczową i powszechnie pożądaną. Czynnikiem wpływającym na ogólny kształt wydarzeń są posiadacze (nie właściciele) walizki.
    Clarence'a poznajemy jako zwykłego sympatycznego chłopaka. Zło odzywa się w nim dopiero po rozmowie z Alabamą, gdy dowiaduje się o Drexlu. Jego prawdziwe oblicze dostrzegamy w melinia alfonsa. Clarence jest gotowy na wszystko, nawet na morderstwo z zimną krwią. Pchany poczuciem miłości i przez ducha Elvisa, który jest uosobieniem jego wewnętrznego zła, zabija i będzie gotowy czynić tak dalej w imię bezpieczeństwa swojego związku. Pragnę zauważyć, że miłośc jest tu znakomitym pretekstem tłumaczącym postepowanie dwójki głównych bohaterów. Faktycznie w filmie nie ma czysto pozytywnych bohaterów. U Tarantino spotykamy się z tym zabiegiem na każdym kroku, wszyscy jego bohaterzy zabijają z zimną krwią, z powodów czysto przyziemnych i na pewno nierehabilitujących, pałają złem i gniewem, są gangsterami, mordercami albo psycholami. I to jest właśnie niezwykłe i specyficzne - Tarantino do śmiertelnej rozgrywki wystawia na przeciwko siebie czarne złe charaktery kierujące się własnymi interesami. W następstwie tego, powstaje film niezwykle brutalny, emanujący przemocą i ociekający krwią. Bo w takim filmie nikt nie popuści, tylko wszyscy rzucają się sobie do gardeł.


CZĘŚĆ III:
Reasumując...


    Tony Scott stworzył obraz emanujący duchem QT. Na szczególną uwagę zasługują fenomenalne dialogi, podkreśliłbym szczególnie rozmowę włoskiego gangstera Vincenzo Coccotti (w tej roli znakomity Christopher Walken) z ojcem Clarence'a (jeszcze znakomitszy Dennis Hooper) na temat rodowodu Sycylijczyków.



 



    Ale oprócz tarantinowskiego absurdu, brutalności, niezwykłych bohaterów i gangsterskiego klimatu dostrzegamy w filmie rękę Scotta. Świetnie przedstawił uczucie rodzące się między dwójką głównych bohaterów. Początkowo wręcz obraz zapowiada się na film romantyczny. W ciepłym klimacie podsycanym muzyką Zimmera dorasta miłość, w obrazie budzi się optymizm i pozytywne spojrzenie na zaistniałe uczucie, który pozostaje aż do końca. De facto w początkowych sekwencjach nie odnajdziemy QT, jedynie parę zakochanych w sobie bez opamiętania ludzi. I to jest piękne i innowacyjne, choć to paradoksalnie pierwszy film spod znaku QT. Dopiero z czasem akcja się rozpędza, a potem goni na pełnym gazie aż do końca. Aczkolwiek aura wielkiego uczucia nie przemija i w finałowym rozrachunku wygrywa. Za to właśnie cenię "True Romance" - daje mi coś, czego nie można znaleźć w "Reservoir Dogs", czy "Pulp Fiction".


AUTOR TEKSTU:
Rafał Grynasz - VINCENT VEGA
      buscemi@interia.pl