STRONA GŁÓWNA


Suplement do rankingu.



Oto niewielki suplement do rankingu najlepszych filmów pierwszej dekady XXI wieku. Znajdują się tutaj tytuły, które nie miały szczęścia znaleźć się w pierwszej setce, niemniej są na tyle ważne - z różnych powodów - że warto i o nich pamiętać. Dla niektórych tytuły pojawiające się w suplemencie mają pewne miejsce w osobistych rankingach, często na samym szczycie. Dla innych - najbardziej narzekających na brak pewnych tytułów w pierwszej setce - niech suplement będzie próbą naprawienia wizerunku głosujących ;). Dla innych z kolei może to być swoisty drogowskaz pokazujący drogę, którą zmierzało światowe kino. A że była to droga ciekawa, bo pełna wybojów z często zmieniającym się widokiem za oknem, to warto kojarzyć ją po prostu dobrze, wbrew teoriom o wyższości dekad wcześniejszych, co mamy nadzieję, że ten suplement (jak i cały ranking) udowodnia.



WSTĘP  100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11   10-1  SUPLEMENT


 

Redbelt (2008)
reż. David Mamet


Mamet po raz kolejny opowiada o byciu wojownikiem i po raz kolejny wnikliwie i na chłodno buduje portrety swoich bohaterów, zadając pytanie, ile można poświęcić w imię zasad i jak długo przy nich trwać, gdy dookoła wali się świat. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak dobry film o sztukach walki. Znakomita intelektualna rozrywka bez żadnych artystowskich podtekstów. Komu przypasił "Spartan", ten na pewno obejrzy i doceni "Mistrza". [Mental]

David Mamet lubi komplikować życie swoim bohaterom, stawia ich w trudnych sytuacjach i wywraca wszystko do góry nogami. Ich droga zostaje zakłócona, a życie raz na zawsze odmienione. Mike Terry, który dotąd wiódł spokojny żywot, teraz musi wybierać pomiędzy swoimi ideałami których twardo się trzyma, a sprawami bardziej przyziemnymi. Ile jest w stanie poświęcić dla swojego kodeksu honorowego i jak daleko jest gotów się posunąć by go bronić? Na pierwszy rzut oka, "Mistrz" to film o sztukach walki, a tak naprawdę, jest to film o sztuce walki, walki z samym sobą i przeciwnościami losu, walki ze światem, do którego bohater wraz ze swoimi zasadami niezupełnie pasuje. Mike Terry wygrywa tę walkę, pozostaje wierny sobie i temu w co wierzy, coś traci, ale także coś zyskuje. "Mistrz" to wspaniała i emocjonująca opowieść o wojowniku który uczy, że zawsze jest jakieś wyjście, trzeba je tylko znaleźć. [Hannibal]
 



 

Vozvrashchenie (Powrót) (2003)
reż. Andrei Zvyagintsev

Obcy mężczyzna leży na łóżku w pozycji Chrystusa z obrazu Mantegny, śpi umęczony podróżą. Po krótkim odpoczynku, kilku daniach, kliku słowach zapowiada powtórny wyjazd, tym razem z dwójką synów u boku. Chłopcy skrajnie różniący się charakterem, ogień i woda można rzec, w ciągu kilku niezwykle intensywnych dni spędzonych u boku obcego mężczyzny będą musieli dorosnąć. Widz w trakcie filmu Zvyagintseva również dojrzewa. Dojrzewa do zadania pytań: Czym właściwie była ta podróż? Kim był obcy mężczyzna? Szalenie intrygujące kino. [Fidel]

 



 

X-Men 2 (2003)
reż. Bryan Singer

Bryanowi Singerowi udała się rzecz niebywała. Nakręcił sequel zgodnie z żelazną zasadą "Więcej, szybciej, głośniej", ale jednocześnie stworzył film pod każdym względem lepszy od i tak już bardzo dobrego pierwowzoru. Od premiery minęło ponad 7 lat, ale do dzisiaj żaden film, nie tylko na podstawie komiksu, nie był w stanie zaoferować tak fantastycznych pod względem rozmachu, kreatywności i inscenizacji scen akcji i owszem, to niezaprzeczalne zalety filmu Singera, ale X2 to również (jeśli nie przede wszystkim) wielowątkowa i logiczna historia. Co ciekawe, mimo natłoku postaci i zdarzeń, reżyserowi udało się nad tym wszystkim zapanować i stworzyć kapitalne, szanujące inteligencję widza widowisko. I szkoda tylko, że nie powrócił do tematu po raz trzeci, bo sposób w jaki zaczął wątek Feniksa obiecywał coś wielkiego. [Mierzwiak]

Najlepszy film na podstawie komiksów Marvela (zaraz obok pierwszego Iron Mana), który oprócz bycia bardzo dobrym filmem akcji porusza również tematykę rasizmu i segregacji rasowej. Jest to jeden z tych filmów, które bez większych zastrzeżeń mógłbym polecić osobom uczulonym na komiksy, aby przekonać je, że w tym medium również tkwi potencjał do opowiadania poważnych historii. O ile malkontenci nie zaczną marudzić, że film ma rating PG-13... [Ciuniek]

 



 

The Devil's Rejects (2005)
reż. Rob Zombie

Najlepszy film Zombiaka i przy okazji wspaniałe, zwyrodniałe kino drogi. Najlepsze w nim jest to, że "zdrowo myśląca osoba" nie będzie miała tu komu kibicować. No bo z jednej strony mamy tu rodzinkę popieprzonych psychopatów, a z drugiej wcale nie mniej popapranego stróża prawa. Pojedynek jest tym samym mega emocjonujący. A finał? Poezja. [Luis Cyfer]

Świetnie wystylizowana klasyczna opowieść o ucieczce i zemście, o satysfakcjonującej treści i fenomenalnym wykonaniu. [Military]



 

4 luni, 3 săptămâni şi 2 zile (4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni) (2007)
reż. Christian Mungiu

Kino społeczne najwyższej próby z akcentem jednak na pierwiastek indywidualno-ludzki. Dramat kobiet w sytuacji bez wyjścia, opowiedziany bez zbędnego epatowania emocjonalnością, a jednak poruszający (szczególnie ostatnia scena, którą nie sposób wymazać z pamięci) [Zooey]

W pewnym momencie filmu Mungiu pokazuje nam swoje bohaterki zza wielkiej witryny jednej z rumuńskich kawiarni. Wyglądają jak manekiny na wystawie, a ich sytuacja przypomina tę, w jakiej znajdują się rybki w akwarium. W Rumunii można się poruszać, ale prędzej czy później uderzy się głową w niewidzialną szklaną ścianę. Jedynie zachowanie manekina - bezruch, podporządkowanie - może uchronić nas od uderzenia, ale, z drugiej strony, co to za życie?  [Fidel]



 

Brokeback mountain (2005)
reż. Ang Lee

Za spokój, za prawdziwe i nieudawane emocje, za gitarę Santaolalli. Mam to gdzieś, że film został niesprawiedliwie sprzedany jako "gay-movie". Dla mnie to najsubtelniejszy dramat o uczuciach, które muszą pozostać w ukryciu - i choć pachnie to tanim melodramatem, choć niby historia mało odkrywcza i równie dobrze heteroseksualna, to było to emocjonalne uderzenie obuchem. Słabość "Brokeback Mountain", czyli brak wyjątkowości, jest jego siłą, bo nie ogranicza się tylko do homo-miłości, a do miłości w ogóle, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi. Zdaję sobie sprawę, że opisywanie odczuć towarzyszących filmom takim jak "Brokeback Mountain" jest skazane na sromotną porażkę. Bo tu nie o to chodzi, żeby rozumieć, żeby analizować i interpretować. Trzeba czuć, tak po prostu i zwyczajnie. [desjudi]

Kowboj, czyli archetyp macho homoseksualistą? Czemu nie? Genialny kontrast i wspaniała historia miłosna. [Gigacz]

 



 

The International (2009)
reż. Tom Tykwer

Kapitalny kawał klasycznego kina sensacyjnego, prawdziwy skarb pośród kolejnych filmów dla dzieciarni. O nagłym (idealnie pasującym) zakończeniu już pisaliście, ale chciałbym zwrócić uwagę również na początek - odpowiednia ekspozycja i zawiązanie akcji jest i owszem, ale zostajemy rzuceni w sam środek trwającej już od lat sprawy. To lubię. Obsada dobrana perfekcyjnie, zdjęcia mistrzowskie, muzyka, strzelanina w galerii, no i klimat, KLIMAT! Cud, miód i orzeszki. [Mierzwiak]

Oczywiście strzelanina, oczywiście zdjęcia, oczywiście podkręcająca klimat minimalistyczna muzyka, oczywiście Owen. Naomi już jakby mniej oczywiście, ale nie każda prawniczka musi tryskać charyzmą. Podobały mi się różne fajne szczególiki: przed wejściem do budynku gliniarze meldują się u kierownika, podczas wymiany ognia ręce się trzęsą i nie można wymieniać magazynku, knyf z wózkiem, po strzelaninie Owen jest w takim stanie w jakim powinien być... Widać że ktoś trochę nad tym projektem posiedział i chciało mu się dopracować szczegóły. [jarod]

Rewelacyjne kino - również kino akcji. Bo akcji tu jest bardzo dużo, tylko że bardzo subtelnej. Scena, w której Owen zostaje "klepnięty" przez przypadkowego przechodnia, choć pozornie niemrawa, ma w sobie więcej akcji i emocji niż całe Transformery pomnozone przez dziesięć. Jestem Internationalem zachwycony, a jednocześnie żałuję że to film, który nie ma prawa doczekać się sequela. Bo jeżeli jest tytuł, którego kontynuację chciałbym zobaczyć, to właśnie będzie ten film. Clive Owen i Naomi Watts stworzyli świetne postaci, zostali wpisani w świetną intrygę... [Military]

Znakomity, klasyczny thrillerek. Inteligentnie się rozwija, trzyma w garści, nie podaje łatwych rozwiązań. Gra tak, jak grać powinien. Zakończenie - idealne. Ciach i koniec, obuchem w głowę i wiadomo, o co chodzi. Nudny i nijaki? To nie "The international". [desjudi]

 



 

Bloody Sunday (2002)
reż. Paul Greengrass

Wszystkie strony wiedzą, że coś się stanie, coś tragicznego, już za moment. IRA strzela z okna do jakiegoś człowieka. Tłum napiera na barykady. Na naszych oczach rodzi się choas. Do akcji wkraczają komandosi, którzy zaczynają strzelać nawet nie wiedząc do kogo. Jeden strzela do uciekającej kobiety, drugi do chowającego się staruszka. Komandosi wkraczając w tłum strzelają do młodych, starych, kobiet, mężczyzn a nawet dzieci. Nikt przed Greengrassem i nikt po nim nie oddał tak skrupulatnie, tak wiernie tych emocji towarzyszącej złości tłumu. Nie ma tu łatwych chwytów sensacyjnych, żadnych tanich wzruszeń, przewidywalnego happy endu. Brutalna rzeczywistość, która nikogo bezpośrednio nie osądza i niczego nie wartościuje. Konflikt ma tu dwie racje: rozwścieczony tłum nastolatków podsycany przez terrorystów z IRA kontra żołnierze i politycy angielscy, którzy chcą całemu światu pokazać jak się walczy z terroryzmem. Kończy się tragicznie - giną bezbronni, często przypadkowi obserwatorzy. To nie tyle wzrusza co denerwuje, wzbudza wewnętrzny gniew, że to się naprawdę wydarzyło w kraju uznawanym obecnie za wzór cnót prawnych. Przerażający portret ludzi bezradnych, zadziornych i bezrefleksyjnych. Wybitny dramat z polityką w tle. [desjudi]



 



 

The Royal Tenenbaums (2001)
reż. Wes Anderson

John Irving nie ma specjalnie szczęścia do ekranizacji. "Świat wg Garpa" i "Hotel New Hampshire" bronią się aktorsko, ale fabularnie są niemiłosiernie spłycone. Na takie kwiatki jak "Simon Birch", aspirujący do roli wariacji na temat "Modlitwy za Owena", czy "Drzwi w podłodze", zainspirowane "Jednoroczną wdową", spuścmy lepiej zasłonę niepamięci. A tymczasem Wes Anderson mimochodem wypuszcza takie "Royal Tenenbaums" - jak na ironię, bo film, z którym John Irving nic wspólnego nie ma, okazuje się rozbrajająco Irvingowski. Poczynając od treści: jest i dysfunkcyjna rodzina, i beznadziejna miłość do własnej siostry (adoptowanej, co prawda), i blokady pisarskie, i mieszkanie w hotelu, i nawet ucięty palec. Aż dziw, że nigdzie nie pojawia się niedźwiedź. Przede wszystkim jednak Irvingowski jest sam klimat. Czarny humor, śmiech przez łzy, ironiczny komentarz do rzeczywistości, który byłby nie do zniesienia zjadliwy, gdyby nie towarzyszyło mu jednak wrażenie ciepła. Anderson, tak jak Irving, patrzy na swoich bohaterów z sympatią. Potrafi im wybaczyć wieloletni marazm, aspołeczną postawę, uzależnienia (od prochów i ludzi), koszmarny egoizm i masę innych błędów, wypaczeń i wad. Największy nawet ekscentryk i oryginał okazuje się nagle zaskakująco ludzki. I mimo wszystkich występków, jakich się dopuścił, trudno odmówić mu prawa do szczęścia i życiowego spełnienia ? nawet jeśli ma to przyjąć kuriozalną formę napisu na nagrobku. Poza wszystkim zaś, ten lekki, pełen wdzięku scenariusz zręcznie wydobywa z aktorów to, co najlepsze. Kto mógłby się spodziewać, że Luke Wilson jest w stanie zagrać tak ciepłą, prawdziwą postać? Albo że Ben Stiller może być tak przekonujący jako postać groteskowa wprawdzie, ale również tragiczna? Mała perełka. [Deina]



 

Southland Tales (2006)
reż. Richard Kelly

Jeden z najbardziej skrzywdzonych przez krytykę filmów dekady. To, co Kelly rozpoczął w opowieści o nastolatku i wielkim króliku jest w "Southland Tales" kontynuowane już nie na skalę małomiasteczkową, czy nawet ograniczającą się do jednej jednostki, a wręcz przeciwnie - rozrasta się na cały świat. Świat, który jest w filmie równoznaczny z Ameryką. A dlaczego tylko z nią? A no dlatego, że Kelly opowiada nam o rzeczach niezwykle ważnych w przewrotny sposób kryjąc je pod płaszczykiem amerykańskiego pop-potworka, w którym kataklizmy zawsze uderzają w USA, bohaterami są emerytowani wrestlerzy, a w obsadzie koniecznie musi pojawić się jakaś topowa gwiazdka. Nie jest to jednak w żadnym wypadku idiotyzm spod ręki Emmericha, o nie! Tutaj schemat pojawia się jedynie dla jego przełamania, a to z kolei prowadzi do diagnozy tego, co nas otacza. Jest ona słodko gorzka, bo niby pojawia się zbawiciel, lecz czy może on cokolwiek znaczyć, gdy na scenie występuje Rebekah del Rio? Prawda, czy klub Silencio? Bezczelny twór młodego megalomana, ale i arcydzieło zarazem - no cóż, bywa... [Fidel]
 



 

United 93 (2006)
reż. Paul Greengrass

Przede wszystkim za autentyczne, nieudawane emocje udzielające się mi, bezpiecznemu - bo na kinowym fotelu - świadkowi dramatycznych wydarzeń. Po plecach przechodziły dreszcze, palce kurczowo zaciskały się na poręczy, ślina wyparowała z gardła, oczy przymykałem z przerażenia - czułem się niemalże jak pasażer tego feralnego samolotu. Być może moje wrażenia są dość pretensjonalne, w końcu Greengrass inscenizuje i udaje, lecz zaprawdę powiadam wam - przejąłem się losem ludzi, którzy zginęli. Bez tanich chwytów, bez pójścia na dramaturgiczną łatwiznę i - co ważne - bez znanych twarzy na pierwszy, drugim i trzecim planie. Pieprzyć teorie spiskowe - Paul Greengrass już po raz drugi, po "Krwawej Niedzieli", udowadnia, kto jest mistrzem rzetelnego, mocno tkwiącego w rzeczywistości, kina. [desjudi]

Nieznani aktorzy, oszczędna forma (absolutny brak ujęć ukazujących samolot w locie), i wreszcie miażdżące, wstrząsające ostatnie sekundy filmu, podczas których naprawdę można poczuć się jak w samolocie, który właśnie zmierza ku nieuniknionemu uderzeniu w ziemię. I żadnego wielkiego BUM!, tylko ciemność i cisza, wyrażające więcej niż jakikolwiek obraz, dźwięk czy komentarz z offu... [Dux]

Już dawno nie widziałem filmu z tak wspaniale dawkowanym napięciem. Mocny obraz, którego siłę wzmacnia paradokumentalny styl, próba bezstronnego spojrzenia, brak politykowania i moralizowania. [Jakuzzi]
 



 

Fantastic Mr. Fox (2009)
reż. Wes Anderson

Wizualno-dźwiękowe cudeńko z końską dawką świetnego, ekscentrycznego humoru. Pan Lis to pierwszorzędna postać, taki Royal Tenenbaum w świecie zwierząt. No i w ogóle jak tu nie polubić filmu, który pokazuje, że choć realizacja własnych pragnień i ambicji jest z reguły obszyta cierniami, to jednak ma ona większą wartość niż egzystencja w spokojnym rodzinnym ciepełku. To nie rodzinę trzeba bowiem pielęgnować, ale indywidualności, które w sobie skupia. Całość jest natomiast opowiedziana z taką lekkością i polotem, że film ogląda się jak najlepsze kino przygodowe. [Jakuzzi]

Cała historia jest prosta, ale zostaje podana w tak świeży, tętniący kinowym życiem i przekorny sposób, że nie sposób się od niej oderwać, a paleta ekscentrycznych postaci, których nie powstydziłby się Tarantino gwarantuje świetną i inteligentną zabawę. Ultymatywnie, Fantastyczny Pan Lis jest ciepłą, inteligentną historią, co prawda o klasę poważniejszą od nowoczesnych hitów animacji komputerowej, nie oznacza to jednak, że niezrozumiałą dla dzieci. No właśnie, postacie. Praktycznie każda z nich czymś przyciąga, a fakt, że zostały sportretowane przez największych geniuszy współczesnego aktorstwa (Clooney, Meryl Streep, Bill Murray...) jedynie zwiększa poziom ich atrakcyjności. Aktorzy wykonali pierwszorzędną robotę, a w połączeniu z nietypowym stylem animacji postacie iskrzą wręcz od kinowego życia. Mamy tu głównego bohatera z chronicznym poczuciem niskiej wartości, jego żonę, bohemiczną malarkę specjalizującą się w burzowych pejzażach, niedowartościowanego syna, utalentowanego choć trochę maminsynkowatego kuzyna czy ambitnego borsuka-przedsiębiorcę... mogę tak wymieniać w nieskończoność. A ogląda się to niesamowicie. Kurczę, George Clooney znowu wymiótł. Facet od paru lat ma albo nosa albo niesamowitego farta do wyboru ciekawych ról i odnosi sukces za sukcesem. To sztuka jednego roku wystąpić w tak dobrych filmach jak Up In The Air i Mr Fox. Szacun. Fantastyczny Pan Lis wymiata. Jeśli komuś znudziły się kolorowe, familijne produkcje największych amerykańskich wytwórni to ten film jest na to antidotum. Szkoda, że przeszedł właściwie bez echa. Jedyne zastrzeżenia mam do tego stylu wizualnego, który - coby nie mówić - jest zrobiony mega ultra starannie, ale mi po prostu do końca nie podchodzi. W sumie trochę żałuję, że filmu nie zrobiono komputerowo - może łatwiej wtedy mógłby sobie znaleźć widownię. [Rodia]  



 

Encounters at the End of the World (2007)
reż. Werner Herzog

Dlaczego uważam film Wernera Herzoga za najlepszą rzecz jaką widziałem w tej dekadzie? W ostatnich 10 latach widziałem wiele filmów, niektóre mniej mi zapadły w pamięć, a niektóre bardziej. Jednak kiedy wypełniałem ankietę i zastanawiałem się jaki film dać na pierwszym miejscu, miałem wiele wątpliwości ale zdecydowałem w końcu, że będzie to film dokumentalny o Antarktydzie. Obraz Herzoga jest przepięknie sfotografowaną i do tego poetycką (rolę narratora pełni głos samego Wernera Herzoga) opowieścią, o szóstym kontynencie. Do tego jest czymś przełomowy dla samego gatunku jakim jest film dokumentalny. Nie jest to film, w którym Krystyna Czubówna pełni rolę lektora, a my mamy do czynienia z pokazem ruchomych obrazków, które dotyczą tematu podejmowanego przez realizatora tego dokumentu. Herzog, który uwielbia Ryszarda Kapuścińskiego, nie przedstawia nam faktów dotyczących Antarktydy lecz przekazuje nam pewną głębszą prawdę, tak jak Kapuściński, która wykracza poza ramy ciekawostki naukowej. W swoim filmie pokazuje mieszkańców tego kontynentu i przeprowadza z nimi krótkie wywiady na temat tego jak i dlaczego znaleźli się w tym miejscu. W pewnym momencie pojawia się rosyjski filozof, który na Antarktydzie pełni rolę kierowcy i przytacza on pewien piękny cytat innego filozofa - "Wszechświat wymyślił nas po to, aby móc się przyglądać swemu pięknu naszymi oczami.". Myślę, że po obejrzeniu tego filmu, które dla mnie było doświadczeniem niemalże mistycznym, każdy z nas przyzna, że ten, który to powiedział, miał rację. [b2ka]



 



 

Slumdog Millionaire (2008)
reż. Danny Boyle

Danny Boyle zauroczony Indiami postanawia sprzedać Nam - widzom - turystyczną laurkę, bajkę, która z jednej strony czerpie sporo z kultury Bollywoodu, a z drugiej jest nowocześnie nakręconą historią o stawianiu czoła problemom. [Snappik]

Sądzę, że niewiele będzie osób, którym się ten film nie spodoba. Raz, że jest atrakcyjny formalnie (co prawda zarówno żywiołowy montaż, energicznie pracująca kamera, jak i dynamiczne, pulsujące tempo łagodnieją gdzieś w połowie filmu, nie przeszkadza to jednak w dalszym ciągu zachwycać się obrazem); dwa, że głównemu bohaterowi aż chce się kibicować: sympatyczny underdog walczy tu bowiem z licznymi przeciwnościami losu, aby odnaleźć ukochaną; trzy, że - pomimo wielu niewesołych zdarzeń, które spotykają bohaterów - przeziera z niego radość i optymizm. Znajdzie się tu nawet co nieco dla osób zdźiebko bardziej wymagających, ot chociażby niezbyt wprawdzie wnikliwy, acz wykonany interesująco i niejako z socjologicznym zacięciem portret współczesnych Indii. Całość posiada odpowiednią ilość wzruszeń, humoru, napięcia, a czasem nawet grozy (wątek z oślepianiem dzieci). Jedyne, co mogę zarzucić Boyle'owi, to zbyt dosłowna metafora z końcówki, będąca swego rodzaju zwieńczeniem wyrażanej tu krytyki pogoni za pieniądzem. Żadne wielkie dzieło, niemniej bardzo dobry, angażujący, pokrzepiający i wzruszający film. [Jakuzzi]

Takie ładne bajki dobrze sie ogląda - "Slumdog" powinien przypodobać się każdemu. Uniwersalna opowiastka miłosna, pogodna i pozytywna i to pomimo paru drastycznych ujęć i autentycznych społecznych problemów (zawód-biedak, prostytucja itp). Ciekawe, bo orientalne; zajmujące, bo dynamiczne. Ładne (zdjęcia, montaż), miłe (muzyka) i szlachetne (wszystko dla miłości). W tej ogólnej fajności na pewno nie czai się żadna wybitność, ot tylko bardzo zgrabnie i kolorowo nakręcone filmidło nastrajające raczej optymistycznie. Może to i dużo, ale jednocześnie za mało jak na hajpowanie słyszalne zewsząd. Część Slumdoga z dzieciakami - najlepsza (szczególnie fragment z rewelacyjnym kawałkiem MIA (Mii?) w tle). [desjudi]
 



 

The Ghost Writer (2010)
reż. Roman Polański

Historia "widmowego" pisarza wrzuconego w sam środek polityczno-kryminalnej zawieruchy wydaje się być wręcz skrojona pod Polańskiego i jego stylistykę, bo niemal każdy jego film dotyczy człowieka w pułapce, otoczonego przez czynniki leżące poza jego kontrolą i całkowicie bezradnego. Nie czytałem literackiego pierwowzoru (choć po seansie planuję to zmienić), jednak nie sądzę, że jest tak dobry jak ekranizacja - a to właśnie dlatego, że Polański uczynił z tej historii kolejny ze swoich czarno-humorzastych, stylowo-ponurych filmów z zagadkowymi postaciami i zabójczym klimatem. Bo sama fabuła idealna z pewnością nie jest (zwłaszcza na końcu, gdy zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do poziomu powieści Dana Browna...), ale Polański wyłuskał z niej to co najważniejsze i to, co najintensywniej można oddać w czymś takim jak film. Jest wolno prowadzony, miejscami można powiedzieć, że za wolno, ale tutaj tkwi właśnie jedna z jego najmocniejszych stron - nie wiem jak Polański to robi, ale przez cały film, w każdej scenie widz nie ma pojęcia co się stanie za chwilę i oczekuje absolutnie wszystkiego. Przedstawienie historii z punktu widzenia ghosta i zagadkowość spotykanych postaci owocują ciągłą niepewnością jaką się odczuwa w czasie seansu. Poza tym rolę tu też odgrywają rozmowy, przede wszystkim niejasność, niedomówienia i podteksty, które w nich dominują. Reżyser potrafi tak poprowadzić aktorów, że o prawdziwej treści konwersacji nie mówią słowa, ale ukryte gesty, mimowolne skrzywienia twarzy czy jakiś niepozorny ruch. W "normalnym" obrazie są momenty pełne napięcia i luzu, takie w których oglądamy akcję i takie, gdy jej nie ma i intuicyjnie wiemy, że możemy się rozluźnić. A Polański potrafi tak nakręcić obraz, że nie ma żadnych momentów luzu, od każdej postaci możemy się spodziewać, że wbije bohaterowi ni stąd ni z owąd nóż w plecy i nie ma się pojęcia co się wydarzy za chwilę.

Tak więc reżysersko i warsztatowo Autor Widmo jest bez zarzutu. Każde ujęcie zatłoczonej londyńskiej ulicy, przemokniętej deszczem zielonej gleby wyspy, na której rozgrywa się większość akcji czy hotelu na uboczu trafia w sedno i idealnie wypełnia swoją rolę. Kurna, zresztą przez cały ten film dominuje uczucie... czegoś jakby złego fatum czyhającego na bohaterów, czegoś mrocznego i nieustannie przed nami ukrytego, niejasnego nawet po zakończeniu seansu. [Jarod]

Wyśmienity film. Jak dla mnie czołówka Polańskiego. Wspaniale sklecona intryga i stopniowo rosnące napięcie. Super klimat odosobnienia i osaczenia. Finał po prostu zajebisty. Pod pewnymi względami film przywiódł mi na myśl takie klasyki jak Trzy Dni Kondora i The International. Raczej nie mam się do czego przyczepić, z kina wyszedłem absolutnie zadowolony. Tak trzymaj Roman. [Hannibal
 



 

Bin jip (Pusty dom) (2004)
reż. Ki-duk Kim

Ki-duk Kim w swej najwyższej formie. Niezwykle wzruszająca opowieść o miłości zawieszona, jak zawsze u Koreańczyka, gdzieś na granicy jawy i snu, rzeczywistości i marzenia. Doskonały przykład na to, jak powinno opowiadać się o uczuciu, aby nie popaść w tani sentymentalizm, czy jakikolwiek inny "izm", który w przypadku filmów o emocjach może okazać się zabójczy. [Fidel]



 

Kiss of the Dragon (2001)
reż. Chris Nahon

Prawie idealny film kung fu. Prawie, bo w paru momentach widać europejskie szarżowanie (scena z pilotem, który nagle wyciąga dwa ogromne uzi). Przeanalizowalem grę Jeta Li w tym filmie i stwierdzam, że... zagrał bardzo dobrze. Oczywiście jego rola nie jest kompletnie wymagająca, ale dla kogoś bez uprzedniego przygotowania warsztatowego wyszło mu bardzo ładnie. Jest po prostu przekonywujący. Bridget Fonda z kolei stworzyla niezłą kreację. Aż dziw bierze, że tak bardzo postarała się grając, jakby nie było, w skromnym filmie akcji. Tchéky Karyo uroczo miota się po planie jako europejski bad guy. Rola kompletnie przerysowana i przejaskrawiona. Momentami jest to minus a momentami nadaje to historii ciemniejszych barw. Warto też zwrócić uwagę na duzżą dbałość o szczegóły. Na drugim planie zawsze coś się dzieje, a poczynania bohaterów mają dalsze następstwa. Pojedynki to mistrzostwo. Nie raz to mówilem i nie raz to jeszcze zapewne powtórzę. Jet Li jest diabelnie szybki (polecam moment kiedy atakuje go trzech kolesi z pałkami, a on sam, trzymając dwie, broni się przed każdym uderzeniem), precyzyjny i świetny technicznie. Żadnych niepotrzebnych ruchów, geniusz jeśli chodzi o walkę. Bez dwóch zdań jeden z moich najbardziej ukochanych filmów. Prosty scenariusz, bez fajerwerków technicznych, skromny ale jakże świetny kiedy przechodzi do scen walk. [Hitch]

Dla mnie jeden z lepszych filmów Jeta Li i ogólnie filmów sensacyjnych jakie widziałem. Nie wiem dlaczego tak lubię ten obraz, ale nie ukrywam, że ogląda mi się go za każdym razem wspaniale. Świetne choreografie walk, dobry czarny charakter i przesympatyczny bohater grany przez Jeta Li sprawiają, że zawsze chętnie powracam do tego filmu. Kino sensacyjne z dużą ilością akcji. [Arahan]
 



 

INLAND EMPIRE (2006)
reż. David Lynch

Mój numer jeden w tym rankingu. Ten film niczym soczewka ogniskuje w jednym punkcie wszystko to, co przez lata stworzył Lynch, jak również to, co tworzyło samego Lyncha. Film pełen pasji, tajemnicy, szaleństwa, emocji - zupełnie, jak dobrze przeżyte życie. I to właśnie odróżnia INLAND EMPIRE od wszystkich jego poprzedników i następców - jakkolwiek szalenie by to nie zabrzmiało, ten film żyje. I nie chodzi mi wcale o takie "życie popkulturowe" - że w gazecie napiszą, koszulkę z nim zrobią... Nie! Może mam schizofrenię, albo inne jeszcze niezdiagnozowane schorzenie, ale uważam, że z INLAND EMPIRE można pogadać, można zadać mu pytanie, na które udzieli odpowiedzi, można wypić flaszkę, jak z dobrym starym znajomym. Czemu? Nie wiem. Pewnie dlatego, że Lynch to pieprzony geniusz, a INLAND EMPIRE to jego osobista kaplica sykstyńska (i mało obchodzi mnie w tym miejscu pompatyczność porównania). Najlepszy film pierwszej dekady XXI wieku. [Fidel]
 



 

The Hurt Locker (2008)
reż. Kathryn Bigelow

Mocny i bardzo realistyczny film. Świetnie obrazujący codzienną rutynę pracy saperów i zagrożenia ze sobą niosące, i nie chodzi mi tutaj o ryzyko rozerwania na strzępy, a wypaczenie psychiki i uzależnienie od ciągłego balansowania na granicy życia i śmierci. Równie zajebiście przedstawione są wzajemne stosunki bohaterów, zarówno na służbie jak i po niej. Żadnych kobiet, surowy męsko-męski świat, nie wiem jak ta babka potrafiła to tak realistycznie przedstawić. Co do realizacji, szczególnie scen akcji czy wybuchów: MIODZIO! [Hannibal]

"The Hurt Locker" to rzeczywiście wspaniały, ale zarazem cholernie dziwny film. Relacje między bohaterami daleko odbiegają od tego, co można zaobserwować w "Jarhead", "Generation Kill" tudzież innych koszarowo-wojennych historiach. Są przesycone goryczą, beznadzieją i osobliwym schyłkowym nastrojem. Miejscami miałem wrażenie, jakby akcja rozgrywała się na innej planecie, która tylko przypomina współczesny Irak. No i występ Ralpha Fiennesa - nie ukrywam, że byłem lekko zaszokowany zuchwałą bezceremonialnością, z jaką pani reżyser potraktowała tego skądinąd zacnego aktora. Z innych rzeczy warto nadmienić o genialnym motywie w zgruzowanym budynku: w ciele dziecka ktoś zaszył ładunki wybuchowe i główny wojak-saper zmuszony zostaje do otworzenia chłopaka i zanurkowania w trzewiach w poszukiwaniu bomby. Ohydna scena, ale jakże emocjonująca. A Kathryn Bigelow to bez wątpienia jedyna znana mi kobieta, która kuma czcze w branży i kręci filmy nie tyle po męsku, co po prostu sensownie i czadowo. Jako ortodoksyjny zwolennik niedopuszczania kobiet do kamery weźcie sobie do serca moją wypowiedź. [Mental]



 



 

Across the Universe (2007)
reż. Julie Taymor

Niesamowicie plastyczny film, do którego wracam minimum raz w miesiącu. [Mati]

Jest "Across the Universe" czymś ponad fabułę, która definitywnie zostaje przyćmiona przez obraz i dźwięk. Odnowione wersje przebojów Beatlesów tworzą rzeczywistość. Okazuje się, że "Hey Jude" to piosenka o młodym Angliku, a "Strawberry fields forever" i "Happiness is a warm gun" są piosenkami nuconymi przez młodych chłopców w Wietnamie. W niesamowity sposób słowa wyjęte z ust kapeli rock'n'rollowej zamieniają się w dialogi, marzenia, a nawet pewnego rodzaju moralitety wygłaszane przez głównych bohaterów. W połączeniu z obrazami, które niejednokrotnie przywodzą na myśl wytwory sztuki współczesnej (krwawiące truskawki i impresja na temat poboru do wojska - genialne) efekt jest doprawdy piorunujący. Film to w równym stopniu małe dzieło sztuki, hołd złożony jednemu z najbardziej rewolucyjnych zespołów w historii popkultury i pacyfistyczny manifest przeciwko polityce Stanów Zjednoczonych. Myślę, że Pani Taymor w pewien sposób identyfikuje się z ludźmi, którzy protestowali przeciw Drugiej Wojnie Indochińskiej - ona robi to samo, tylko w nieco inny sposób, no i Wietnam zmienił swoją nazwę. [Fidel, fragment recenzji]


 



 

Juno (2007)
reż. Jason Reitman

Błyskotliwe, niezwykle miłe dla ucha dialogi, głównie zaś kwestie wygłaszane przez tytułową bohaterkę: przyszłą młodą matkę i nieprzeciętnie inteligentną nastolatkę- to podstawowa zaleta tego filmu. Na uwagę zasługuje też utkana z prostych (ale jakże uroczych) pioseneczek ścieżka dźwiękowa. [Zooey]

To spora sztuka opowiedzieć o nastoletniej ciąży w sposób delikatny i taktowny, a jednocześnie nie nazbyt pobłażliwy. Reitmanowi się udało. [Motoduf]

Jason Reitman, autor "Dziękujemy za palenie", powrócił z "Juno". To dużo lżejszy ładunek, ale niesamowita moc energii, którą jego nowy film wyzwala, jest nie do przecenienia. Reitman nie stara się nawet być równie bezczelny jak w poprzednim filmie, kapitalnej satyrze na media i owcze pojmowanie "wolności" - prześmiewca odrzuca na chwilę kpinę w kąt i opowiada ciepłą historię o odpowiedzialności. Czyli jednak kontynuacja tematu? W zupełnie innym tonie, a jednak. Już dzisiaj jednak mówię wam: Reitman to równy koleś. A "Juno" jest filmem znakomitym. [Artemis, fragment recenzji]

 



 

Mary & Max (2009)
reż. Adam Elliot

Forma jest tu sprawą kluczową. Bo z jednej strony plastelina, chwytająca za serce największego cynika, a z drugiej scenariusz, piekielnie dobry i piekielnie przykry, choroby psychiczne, alkoholizm, psychozy, natręctwa, kalectwo, zdrada, ucieczka, śmierć. Mary i Max zdają się, podobnie jak Harvie Krumpet, być na swój sposób niewinni, lecz przecież w ich osobliwej, dwudziestoletniej przyjaźni pełno czarnych dziur, niezrozumienia i egoizmu, gniewu i żalu. Ich postaci są brzydkie, nieforemne, ale budzą współczucie i czułość; ta pozorna słodycz brutalnie zderza się z zawiłościami fabuły. Plastelinowa flaszka z sherry wciąż jest flaszką z sherry. Chcielibyśmy się do tych ludzików z plasteliny uśmiechać, traktować jak Wallace'a i Gromita, ale tak się nie da. Udzielający głosu Maxowi Philip Seymour Hoffman kojarzy się z nieszczęśnikami z filmów Solondza, P. T. Andersona, Kaufmana i tak dalej; z Toni Collette (dorosła Mary) wcale nie jest lepiej, wystarczy przypomnieć sobie "Wesele Muriel" czy "Był sobie chłopiec". Ten dodatkowy kontekst jeszcze wzbogaca rozdźwięk pomiędzy fabułą a animacją samą w sobie. I choć sam motyw posiadania idealnego przyjaciela gdzieś na drugim krańcu świata jest zupełnie bajkowy, życie bajką nie jest, nawet, jeśli chcieliśmy w to wierzyć przez minut pięć lub dziesięć. Banał? Raczej nie i dlatego warto "Mary i Maksa" obejrzeć. [Artemis, fragment recenzji]

W te ludziki z plasteliny zostało tchnięte bogactwo wszelkich uczuć i wszelkich prawd życiowych. Film mądry, inteligentny, zaskakuje formą. Trzyma za gardło, żołądek i pysk. Można postawić pytanie dlaczego w filmach z prawdziwymi aktorami nie ma miejsca i czasu na mądrości wypowiadane przez Maxa Horowitza? Czyżby plastelinki miały więcej odwagi? [Kubeczek]

Po prostu animowane CUDO! [Haneska]  

 



 

Broken Flowers (2005)
reż. Jim Jarmusch

"Broken Flowers" to przewrotny, nieobciążony morałem, film o dojrzewaniu. Nostalgiczny, dopełniony subtelnym humorem i wyśmienitą muzyką oraz kreacją Billa Muarry`a. W tym filmie jest wszystko to, co uwielbiam w twórczości Jima Jarmuscha. [Haneska]

Bill Murray (jak zwykle genialny w swojej aktorskiej oszczędności), kobiety jego życia i nostalgiczne spojrzenie wstecz na swoje życie. Galeria barwnych postaci, jarmushowski humor i ciekawe, otwarte zakończenie. [Zooey]

 



 

Transformers (2007)
reż. Michael Bay

Może i scenariusz tego filmu nie błyszczy, a jedna lub dwie sceny są zwyczajnie niesmaczne, ale w warstwie wizualno-dźwiękowej film nie ma sobie równych. Jako dzieciak wychowany na \"Transformerach\" puszczanych na Polonii 1 nawet nie brałem pod uwagę możliwości, że film może mi się nmie spodobać. Nie sądziełm jednak, że zobaczę w kinie jedne z najlepszych, najbardziej pomysłowych i zrealizowanych z nieprawdopodobną swzczegółowością scen akcji swoich czasów, okraszonych na dodatek wspaniałą, symfoniczną muzyką. Tego filmu można nie lubić i wcale nie dziwię się osobom, które tak własnie uważają, ale jeśli kogoś nie rusza scena lądowania Autobotów na Ziemi, albo końcowa walka w mieście, ten zwyczajnie nie ma duszy. [Ciuniek]

Roboty jak "żywe", efekty specjalne na 11/10, a akcja wali w mordę tak mocno, że szczęki szuka się co najmniej piętro niżej. Bay to mistrz destrukcji, niesamowitych ujęć i słodkiego, kontrolowanego chaosu. [Alieen]

Można mówić o Michaelu Bayu co się chce. Tak samo jak też można mówić o tym filmie co się chce. Ale należy też przyznać, że mistrzowi od kina akcji udało się naprawdę dobrze przenieść historię o walczących ze sobą robotach na duży ekran. Przede wszystkim realizatorski brawura, świetne efekty specjalne i dźwiękowe. Dobra zabawa dla małych i dużych dzieci. [Wawrzyniec85]  



 

Les Invasions barbares (Inwazja barbarzyńców) (2003)
reż. Denys Arcand

Oda do intelektualistów, bogata, poetycka, wymowna. I smutna w swoim pięknie. [Beowulf]

Aktorsko bez zarzutu, fabularnie cierpki i ironiczny, ale także ciepły. Ogólnie bardzo dobry film, w którym przeszkadzało mi jedynie nadmierne eksploatowanie faktu, że bohaterami są intelektualiści - tak więc co chwila wylewają się z ekranu historyczne wtręty lub baaaardzo mądre słowa czy definicje. Trochę to nie do końca potrzebne (przynajmniej nie tyle razy), ale do przebolenia. Reszta naprawdę potrafi dać do pieca i do głowy widza. [Mefisto]

 



 

Tarnation (2003)
reż. Jonathan Caouette

Wypada tylko podziękować losowi, że w ręce młodego Jonathana wpadła kamera filmowa. Dzięki temu możemy być świadkami jednej z najbardziej niezwykłych historii dorastania w historii kinematografii. Historii przerażającej w tym samym stopniu, co monodramy przebranego i zagubionego dzieciaka, który jednocześnie śmieje się i płacze. Z setek porozrzucanych historii Caouette odtwarza swoje życie, nadając całości formę przypominającą kalejdoskop - tu coś błyśnie, tam coś zaświeci, tutaj kilka obrazków naraz, itd. Niewiadomo czy się śmiać, czy płakać, gdy orientujemy się, że rzeczywistość opisywana przez Caouette z powodzeniem mogłaby stanąć gdzieś pomiędzy dinozaurowym barem z narkotycznej opowieści Gilliama, a Międzystrefą z "Nagiego Lunchu". Niesamowity film.   [Fidel]



 



 

The Social Network (2010)
reż. David Fincher

Czy twórca Facebooka to rzeczywiście świetny materiał na film? Przecież nie od dziś wiadomo, że geniusze to tak naprawdę straszni nudziarze. Film zrobiony jak gdyby z niczego i w zasadzie o niczym. Wyszła jednak sprawna i zgrabna opowieść o rywalizacji, ambicjach i wielkich pieniądzach. Nie nudzi i nie uwiera. Wciąga. Po prostu porządnie nakręcony obraz wart zobaczenia. [Kubeczek]

"Social Network" - od razu zaznaczam - nie jest ani najlepszym filmem Finchera, ani nawet najlepszym filmem 2010 roku, co usilnie starają się nam wmówić recenzje zza oceanu. Jest to jednak historia dość gorzka i ironiczna, a do tego kapitalnie napisana: dialogi Sorkina są świeże, pełne humoru, bezpretensjonalne, z charakterem. Do tego dochodzi największa zaleta filmu, czyli aktorstwo, przede wszystkim trzech głównych osób dramatu. Andrew Garfield powinien skończyć z nominacją Oscarową, bo jego postać i to, jak chłopak ją prowadzi to prawdziwa rewelacja. Timberlake jest świetny, ale kto widział "Black Snake Moan" albo "Alpha Dog" czy "Southland Tales" nie powinien być zaskoczony. Eisenberg bierze swoją nieporadność z "Adventureland" i "Zombieland" i tworzy postać nawet bardziej apatyczną niż w "Squid and the Whale". Zuckberg w jego wykonaniu to po trochu socjopata, po części aspołeczny lecz wciąż potrafiący wzbudzić sympatię inteligentny złośliwiec. Ktoś porównał SN do "There Will be Blood" i pod pewnymi względami porównanie to jest całkiem trafne, bo w obu historiach mamy podobną postać, wspinającą się po szczeblach sukcesu za wszelką cenę, wygórowane ambicje, bezwzględność, kwestie przyjaźni, miłości, itd. [Karol]

KAPITALNE kino, Fincher w pełni zrehabilitował się w moich oczach po żenadzie, którą popełnił w 2008 roku. Pamiętam jak wrzucałem na Finchera, że zabrał się za tak nieinteresujący projekt. Bo jak to, co, film o fejsbuku? Nuda. Nic bardziej mylnego, bo Social Network to kino inteligentne, błyskotliwe i cholernie wciągające. Historia jest bardzo uniwersalna, ale fejsbukowy kontekst czyni z Social Network nie tyle film ważny, co potrzebny i interesujący, bo dotykający przecież - bez przesady - dziejącej się na naszych oczach historii, której jesteśmy nie tyle świadkami, co uczestnikami a nawet twórcami. Nie wiem czemu, ale po filmie mam ochotę założyć sobie na fejsie konto : ) Całość, wiadomo, opiera się wyłącznie na dialogach, ale ich tempo i temperatura sprawiają, że nie byłoby przesadą określić ten film mianem kina mówionej akcji. Reżyseria, scenariusz, zdjęcia (tilt shift!), montaż, muzyka - cud, miód i orzeszki. Aktorsko film rządzi. Eisenberg i Garfield mają nominacje do Oscara w kieszeni. Timberlake od nich odstaje, ale i tak zagrał bardzo dobrze. Jakie było moje zdziwienie, gdy w napisach końcowych zobaczyłem, że braci Winklevoss zagrał jeden aktor. Szacun za techniczną perfekcję w realizacji tego zabiegu i przy okazji uznanie dla świetnego w tych rolach Armie Hammera. [Mierzwiak]
 



 

The Wrestler (2008)
reż. Darren Aronofsky

Rezurekcja M. Rourke, któremu partneruje wciąż piękna mimo upływu lat M. Tomei . Przyglądamy się człowiekowi, którzy zniszczył sam siebie, poświęcając się bez reszty temu co kochał najbardziej, czemuś co nadawało jego życiu sens. [Bogusz Dawidowicz]

Ma ten film trzy ogromne plusy:
+ Rourke - może nie jest to kreacja wszechczasów, bo facio gra w zasadzie sam siebie plus udaje wszelkie myki zapaśnika, ale jednak to on przyciąga do ekranu jak magnez, to on wygląda zwyczajnie niesamowicie i to na nim wszystko spoczywa - zgadzam się z tym, że to wielki comeback tego aktora, oby tylko nie skończył jak bohater, którego zagrał
+ Marisa Tomei - to też nie jest rola oscarowa powiedzmy sobie szczerze, ale statuetkę bez dwóch zdań dał bym jej i to bynajmniej nie za to, że nie ma oporów w pokazywaniu swojego pięknego ciała (ah te piersi cudne ) - ona po prostu jest przefantastycznie urocza i prawdziwa w swojej roli, jak zawsze zresztą.
+ klimat - co by nie mówić o kliszach, ten film ma swój własny klimat, jest bród, smród, pot i nie ma pieprzenia się z niczym i to mi się podoba. [Mefisto]  



 

The Sound of Insects: Record of a Mummy (2008)
reż. Peter Liechti

"Odgłosy robaków - zapiski mumii" to wyjątkowy film dokumentalny. Nie tylko ze względu na swoją treść - w końcu opowiada historię czterdziestoletniego mężczyzny, o którym tylko wiemy, że postanawia popełnić samobójstwo w dosyć wyrafinowany sposób - wybiera śmierć głodową. Jest również wyjątkowy ze względu na swoją formę - bowiem podczas trwania całego seansu widzimy tylko pewne obrazy z szwajcarskiego lasu, które zapewne są obrazami jakie widział i rejestrował umierający z głodu człowiek. Tym powolnie przewijającym się obrazom, towarzyszy jedynie głos narratora, który czyta dziennik, w którym zapisywał swoje przemyślenia umierający. Ten film, podobnie jak "Spotkania na krańcach świata" Herzoga nie mają na celu pokazania nam jak umiera człowiek z głodu, ale przekazują jakąś głębszą prawdę, oferują nam okazję do refleksji nad istotą życia, śmierci czy nad nami samymi. Historia bowiem nie jest do końca prawdziwa, ponieważ film ten powstał inspirowany motywami pochodzącymi z książki japońskiego pisarza Masahiko Shimady, który wydał krótką powieść, będącą zapiskami umierającego świadomie z głodu człowieka. Filmu "Odgłosy robaków - zapiski mumii" nie ogląda się. Nie rejestruje się tu fabuły, nie zastanawia się też nad tym jak dalej postąpi bohater, ponieważ już od początku wiemy, że umrze. Ten film się przeżywa, a nie ogląda i właśnie chociażby z tego powodu, a może przede wszystkim z tego powodu, że dostarcza nam on mistycznych doświadczeń i skłania do refleksji warto go obejrzeć. [b2ka]


 



 

Ondskan (Zło) (2003)
reż. Mikael Håfström

Najciekawsze w "Złu? Hafstroma jest to, że widz przemocy pożąda. Przez kilkadziesiąt minut czekamy na brutalną reakcję Erika Ponti, która będzie zemstą za serię poniżeń. Nie powiem, czy odwet ma miejsce, ale samo oczekiwanie jest dowodem na przedziwność ludzkiej natury. Lubimy okrucieństwo, zło, krwawe igrzyska. Niegdyś cesarze rzymscy zapewniali swemu ludowi sadystyczne spektakle. Spektakle współczesnego społeczeństwa są równie pomysłowe: wystarczy zajrzeć do prasy bądź obejrzeć telewizję. Zbrodnie, wojny, okrucieństwa ? jakże to wspaniałe i podniecające, obrzydliwe i odstraszające. Ech, ludzie... [desjudi, fragment recenzji]



 



 

L'ennemi public no 1 (Wróg publiczny nr 1 part 1 & 2) (2008)
reż. Jean-François Richet

Francuskie kino gangsterskie najwyższej próby. Obraz, który ma najlepsze cechy produkcji z Hollywood w tym uniwersalność i siłę wyrazu oraz klasę specyfikę dobrego kina znad Sekwany. Opowiada o najsłynniejszym gangsterze w historii Francji. Rola życia Vincenta Cassela."To znakomite kino. Martin Scorsese w swojej szczytowej formie nie powstydziłby się czegoś takiego"-pozostaje się podpisać pod słowami Jacka Szczerby [Bogusz Dawidowicz]



 



 


 

Thank You For Smoking (2005)
reż. Jason Reitman

Pomysłowa realizacja, natłok postaci, specyficzny klimat i humor sprawiają, że odbieram ten film trochę jak Snatcha. Nie podobny do innych obraz, serwujący splot różności; życiowych klisz, dobrych ról i ciekawych trików realizacyjnych. [Craven]

Niby film prezentuje świat karykaturalny, nieraz komiczny, zdawałoby się niepoważny, a jednak - w tym prześmiewczym temacie tkwi spory potencjał o ładunku tylko pozytywnym. Spoglądanie w krzywe zwierciadło do czegoś zobowiązuje i świetnie rozumieją to twórcy "Thank You For Smoking". Nie jest to tylko ot taka czcza gadanina bystrych obserwatorów pełna zgryźliwości i sarkazmu. Byłoby to pójście na skróty. Tutaj jest kontrowersyjnie, bo film budzi, gdzieniegdzie uśpioną, świadomość tego, czym jest palenie fajek. I najważniejsze - wnioski nie są wcale jednoznaczne. Za brak pospolitych oskarżeń i popadania w tendencyjność - wielkie brawa. [desjudi, fragment recenzji]
 



 

Adaptation (2002)
reż. Spike Jonze

Znam wiele osób, które po obejrzeniu filmu stwierdziły że to wielka kupa g**** niewarta poświęcenia mu czasu. Ale dla mnie jest to absolutnie niezwykła, niezwykle oryginalna produkcja, choć wydawać by się mogło oparta na dosyć prostym pomyśle (scenarzysta dostaje zlecenie napisania scenariusza na podstawie książki, ale…nic mu z tego nie wychodzi). Oprócz perfekcyjnego scenariusza, pełnego smakowitych szczegółów ten film to także popis aktorski. Przed Nicolasem Cagem w podwójnej roli nie pozostaje nic innego jak paść na kolana gdyż stworzenie przez niego dwóch jakże diametralnie od siebie różnych postaci wypada perfekcyjnie i tylko potęguje frustracje spowodowaną wyborami filmowymi Cage’a z ostatnich lat. Do tego jeszcze doskonali jak zawsze Meryl Streep i Chris Cooper. Mały majstersztyk współczesnego kina, ale z pewnością nie dla każdego widza. [Pegaz]


 



 

Infernal Affairs (Piekielna gra) (2002)
reż. Wai Keung Lau, Alan Mak

Podczas gdy Hollywood pożera własny ogon i jedynym urozmaiceniem kina sensacyjnego są sensacyjne efekty wizualne, Chińczycy sięgają po sprawdzoną formułę – policjantów i złodziei – i kręcą jeden z najlepszych filmów sensacyjnych wszech czasów. Punkt wyjścia jest banalny, mafia ma swoją wtyczkę w policji, policja pośród członków mafii. Obie wtyczki otrzymują od swoich przełożonych zadanie wykrycia przecieku i schwytania kreta. Trzymające w napięciu, wartkie kino, które ogląda się z zapartym tchem. Tak dobre, że nawet jeden z najlepszych amerykańskich reżyserów podjął się zrealizować remake. [Phonik]



 



 

Man from Earth (2007)
reż. Richard Schenkman

Punkt wyjścia "The Man From Earth" jest taki: do domku na prerii wpada z wizytą grupa profesorów i profesorek z zamiarem pożegnania przyjaciela, który postanowił wyjechać piernik wie gdzie. Pielgrzymka sadowi sie przy kominku i poczyna molestować naszego bohatera, by ten wyjawił, czemu tak nagle się ulatnia. Kolo nie chce nic mówić, coś tam mamrocze pod nosem, w końcu jednak kapituluje i na dzień dobry raczy towarzystwo wyznaniem, ze oto jest jaskiniowcem i ma 14 tysięcy lat (...) Pomysł mocno karkołomny i na pierwszy rzut oka zajebiście kretyński. Ale tylko na pierwszy. W rzeczywistości film trzyma się kupy, jest w miarę wiarygodny (najmniej wiarygodną postacią jest pan psycholog, który zachowuje się tak, jakby sam potrzebował seansu na kozetce), no i przede wszystkim POCHŁANIA SŁUCHACZA. Nie tylko klimatem, co rozmachem treściowym i odwagą wygłaszanych koncepcji. A wszystko to skondensowane i skumulowane na kilku metrach kwadratowych. Na plus zaliczam również kult żółto-pomarańczowego światełka, bury wystrój pokoju, przywodzący na myśl stare motele z horrorów z lat 60-tych, oldskulową, potęgującą atmosferę dziwności muzyczkę, przygrywającą od czasu do czasu jak w Twilight Zone, oraz zieloną butelczynę Jacka Danielsa:) Obsada też daje radę: krzykliwy doktorek z Enterprise'a, poczciwy C.D. Parker z Teksasu i legenda horroru - wyluzowany kultowiec Tony Todd. [Mental]

Science fiction, który składa się z: przytulnego saloniku, z trzaskającego w kominku ognia, z kilku profesorów... i jednego nieśmiertelnego jaskiniowca. To co zapowiada się jak tandetny horror, szybko przeradza się w inspirujący półtoragodzinny dialog.

Sci-fi na 8 osób w jednym pokoju? Da się! Pewien profesor na pożegnalnej imprezie oświadcza przyjaciołom, że powodem jego wyjazdu jest to, ze jest.. nieśmiertelny, i co 10 lat zmienia miejsca zamieszkania, żeby nikt nie zauważył ze się nie starzeje. Mamy zatem 90 minut świetnego dialogu między prawdopodobnym człowiekiem sprzed 15 tys. lat i grupką współczesnych naukowców. Troszkę kuleje zakończenie, ale to nadal bardzo ciekawy, i mało znany film. [wujo444]

 



 

Hunger (2008)
reż. Steve McQueen

Jeden z tych filmów, który chwyta za gardło i wstrząsając do głębi na długo pozostaje w pamięci. Fascynujący bohater i wybitna kreacja aktorska w jednym. Kilka scen perełek, szczególnie scena dialogu pomiędzy głównym bohaterem i księdzem. [Zooey]

Hunger" to obraz naprawdę mocny i dosadny. McQueen w konsekwentny, bardzo przemyślany sposób przedstawia tragiczną historię więźniów, ich codzienne życie w niegodnych warunkach i obojętność władz. Nie boi się pokazywać rzeczy szokujących i brutalnych, szokuje widza kolejnymi przerażającymi obrazami i sytuacjami. Wspierany przez doskonałe zdjęcia oraz znakomitych aktorów przedstawia powolne umieranie Bobby'ego Sandsa, nie szczędząc szczegółów jego cierpienia. Nie są to jednak tanie chwyty, które mają zaszokować publiczność, lecz elementy mające swój konkretny i bardzo istotny cel. "Chciałem, żeby widzowie znaleźli tu coś, czego nie widzi się w książkach i archiwach. Chciałem uchwycić zapachy i odgłosy, jak naprawdę wyglądało życie w bloku H w 1981" - mówi McQueen o swoim filmie. Jego zamysł odnosi jednak rezultat - tworzy bardzo realistyczny i wyjątkowo sugestywny obraz więziennego życia, buntu, nienawiści i przemocy. Reżyser świetnie prowadzi też aktorów, czego najlepszym dowodem jest kluczowa scena filmu - rozmowa Bobby'ego z księdzem (świetny jak zawsze Liam Cunningham, który występował zresztą także w "Wietrze buszującym w jęczmieniu") - trwająca 10 minut rozmowa nakręcona jest na jednym ujęciu! [Karol, fragment recenzji]
 



 

Capote (2005)
reż. Bennett Miller

Philip Seymour Hoffman musiał zaprzedać duszę diabłu. Bo chłodna narracja; widziałem nie raz. Chemia aktorska; jest w wielu filmach. Brak potępienia dla morderców; drobiazg. Ale to, co, na ekranie wyczynia Hoffman przechodzi po prostu ludzkie pojęcie.[Phlogiston]

To nie jest typowa filmowa biografia wielkiego pisarza, która sumiennie akcentuje, każdy przecinek życiorysu. Bennett Miller wykorzystuje tylko jej niewielki choć mocny fragment, jako pretekst, swoiste tło dla pokazania tragizmu niezrozumianego, szarpanego neurozami artysty. Mistrza pióra, tu genialnie zagranego przez mistrza aktorstwa Philipa Seymoura Hoffmana. {Haneska]
 



 

Inside Man (2006)
reż. Spike Lee

Znakomity dowód na to, że kiedy niszowy twórca autorskich filmów zabiera się za kino mainstreamowe, istnieje duża szansa na nieszablonowe dzieło. Lee, z jednej strony z wielkim wyczuciem i rzemieślniczą sprawnością prowadzi akcję wątku rabunkowego, bawiąc się przy okazji konwencją gatunku, z drugiej zaś, w sposób niezwykle subtelny, gdzieś z boku, w licznych epizodach, kreuje przekrój nowojorskiej społeczności, której serc nie opuściła jeszcze trauma po ataku na WTC. Tak znakomitej rozrywki z ambicjami zawsze mało. [Jakuzzi]



 



 

Brand upon the brain! (2005)
reż. Guy Maddin

Film fenomenalny, urzekający, magiczny. Zachwycająca forma w służbie treści: rozedrganą kamerą, migotliwym montażem, stylizacją na kino nieme (z wskazaniem na ekspresjonizm niemiecki) odciska Maddin na taśmie filmowej mechanizmy pamięci. Jego alter ego, Guy, malując rodzinną latarnię, chce się traumatycznych wspomnień pozbyć, a te w efekcie ożywają. Wędrując po opustoszałej wyspie, Guy myśli o dominującej matce, ojcu-naukowcu, starszej siostrze i jej ukochanej, i sierocińcu, na którego pensjonariuszach ojciec Guya przeprowadzał swe szalone eksperymenty. To kino surrealistyczne (choć z silnym kręgosłupem fabularnym), o namiętnościach, dojrzewaniu i tłumionej seksualności, działające na wielu płaszczyznach, bardzo osobiste, nieco hermetyczne, ale zdecydowanie "wychodzące" do widza. Maddin pozwala bowiem odbiorcy w swoim filmie ujrzeć własne dzieciństwo, traumy i fantazje. Jak zakochiwanie się w postaciach z książek. I strach przed latarniami morskimi.[Artemis]

 



 

Stranger Than Fiction (2007)
reż. Marc Forster

Nie ma sensu przywoływać zawiłości fabularnych, bo te każdy powinien odkryć sam. Wspomnę jedynie, że rozchodzi się głos w głowie urzędnika skarbowego, który to głos okazuje się narratorem powstającej właśnie powieści i co za tym idzie ? ów głos jest narratorem życia Harolda Cricka. Lakoniczny opis brzmi lekko bełkotliwie i odpychająco, lecz zważcie na następujące słowa - scenariusz jest rewelacyjny, błyskotliwy, skutecznie łechcący inteligencję widza i z fabularnymi twistami na każdym kroku. Co najważniejsze ? wszystko jest na swoim miejscu, wszystko ma sens i zmierza do jedynego, właściwego finału. I to mimo tego, że końcowe recepty i życiowe morały mogą być określone wyłącznie jako banalne i schematyczne ? być może z tego powodu niektórzy czują się rozczarowani obrazem Forstera? Ale właśnie ten banał autentycznie mnie ruszył i wzruszył, w przedziwny sposób zmotywował niczym najskuteczniejszy osobisty trener. Filmowe i literackie komunały drażnią mnie bardziej niż slogany Paula Coelho: nie znoszę infantylizmu i przewidywalności, jeśli te robią ze mnie idiotę. "Stranger Than Fiction" proponuje innego rodzaju grę ? grę, bardzo przewrotną, w oczekiwania wobec bohaterów fikcji w realu (i realu w fikcji), a także grę w wymagania wobec opowiadanej historii. [desjudi]

 



WSTĘP  100-76   75-51   50-41   40-31   30-21   20-11    10-1 SUPLEMENT


Skomentuj wyniki na naszym Forum:
http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?t=4342


PLEBISCYTY KMF
STRONA GŁÓWNA

e-mail Plebiscyt przeprowadził: Rafał Oświeciński [desjudi]
Klub Miłośników Filmu, Grudzień 2010