Strona główna KMF
        

Nie znam genezy słowa "jazzy", opisującego coś, co się ogólnie podoba, jednak mogę powiedzieć, dlaczego coś jest "rodri". A dokładniej: nie "coś", lecz wyczekiwany od dawna "Planet Terror". Określenie to film zawdzięcza Robertowi Rodriguezowi, który tworząc swoją połówkę "Grindhouse'u" potraktował ją jak zabawkę za kilkanaście milionów dolarów. Określił jej przeznaczenie (rozrywka!), formę (kicz do potęgi) i grupę docelową (duże dzieci), a następnie wydał miliony, by stworzyć wrażenie, że kosztowała kilka tysięcy. Gdyby takiego zabiegu dopuścił się ktoś inny niż Rodriguez, Tarantino czy Verhoeven, można byłoby wnioskować o opiekę psychiatryczną dla oczywistego szaleńca. Jednak Roberto, człowiek z kiczem zamiast krwi, od czasów "El Mariachi" zmienia każdą bzdurę w festiwal.
Fabuła "Planet Terror", wbrew twierdzeniom gazetowych recenzentów, nie jest "nieopisywalna". Oto tajemnicza grupa żołnierzy przypadkowo uwalnia wirusa powodującego przemianę człowieka w zombi. Epidemia rozszerza się na niewielkie miasteczko, w którym żyją bohaterowie dramatu - a każdy z nich ma swoje tajemnice. Słowem: tradycyjny film o żywych trupach. Nie jest jednak sztuką nakręcić film o zombi, o czym najlepiej świadczy fakt, że większość przedstawicieli gatunku ma ze sztuką tyle wspólnego, co Gołota z subtelnością. Trudność polega na tym, by oklepaną historię sprzedać w oryginalnej formie, a to Rodriguezowi bez dwóch zdań wyszło. Reżyser pozwolił sobie na naładowanie filmu obrzydliwością, niedorzecznością i czarnym humorem w ilościach, na jakie trzeźwo myślący producent nie powinien pozwolić. Rozbuchane proporcje są jednak zaletą tytułu: odrobina mniej humoru, a byłoby zbyt obrzydliwie by przetrwać. Mniej obrzydliwości, a humor byłby bezzasadny - i tak dalej, niczym w grze w papier, nożyczki i kamień.
Technicznie film jest "rodri" jeszcze bardziej niż w przypadku fabuły. Kończyny "fajnie" latają, głowy bombowo (nomen omen) eksplodują, krew fachowo bryzga na ściany. Muzyka przypomina najlepsze kawałki z "Terminatora" i innych mrocznych s-f, i powinna znaleźć się w zestawieniu najlepszych tegorocznych soundtracków. Efekty specjalne są może zbyt hollywoodzkie jak na tani w założeniu "Grindhouse", ale mają pewien ładunek "campu" i czasem bawią sztucznością. Jeśli, oczywiście, twórcza nieporadność kogoś bawi. Należy bowiem zaznaczyć, że "Planet Terror" nie jest filmem dla każdego. Na pewno nie powinny go oglądać osoby, których nie bawi kino w stylu "Martwicy mózgu". Miłośnicy tradycyjnego horroru i niewrażliwi na satyrę poczują się zawiedzeni - przez sposób, w jaki potraktowano gatunek, czy też ze względu na pokłady ironii, którą nie wszyscy wyczują. W istocie "Planet Terror" to film dla widzów, którzy zabawę przy oglądaniu Johna Rambo filetującego przeciwników przedkładają ponad wzdychanie nad losem patologicznej rodziny zagrożonej eksmisją. Dziełko twórcy "Desperado" jest po prostu "rodri" - i lepiej nie iść do kina, jeśli się tego nie akceptuje.

A obejrzawszy i "Death Proof", i "Planet Terror", można zadać sobie pytanie:
czy "Grindhouse" jest bardziej "rodri", czy bardziej "taranti"? Ale to już materiał na osobny tekst...



PLANET TERROR

a.k.a. Grindhouse vol. 2: Planet Terror

Rok produkcji: 2007, USA
Czas trwania: 105 minut
Reżyseria i scenariusz: Robert Rodriguez
Kostiumy: Nina Proctor
Muzyka i zdjęcia: Robert Rodriguez
Montaż: Ethan Maniquis, Robert Rodriguez
Produkcja: Robert Rodriguez, Quentin Tarantino
Wystąpili: Freddy Rodriguez, Rose McGowan, Marley Shelton,
Josh Brolin, Michael Biehn, Naveen Andrews, Michael Parks,
Tom Savini, Electra Avellan, Elise Avellan, Quentin Tarantino,
Bruce Willis, Rebel Rodriguez, Carlos Gallardo, Felix Sabates
Autor recenzji:
Michał Puczyński - MILITARY

Klub Miłośników Filmu, 13.10.2007