Strona główna KMF



          

C z a s   z a p ł a t y !

U w a g a !   T e k s t   z a w i e r a   s p o j l e r y !

W roku 2003 powstał film, który z pełną świadomością, i odpowiedzialnością, określić mogę jako najgenialniejsze osiągnięcie kina przygodowego na przestrzeni ostatnich dekad. Film, do którego byłam niezwykle sceptycznie nastawiona i z którego oglądaniem zwlekałam. Ot, założenie było proste: kolejny superprodukciak na wakacje, którego nie będzie w stanie uratować niezwykły aktor, jakim jest Johnny Depp. I faktycznie: nie uratował, bo nie było czego ratować. Scenariusz i wykonanie okazały się wyśmienite. Wszystko zagrało idealnie, klimatem przywodząc na myśl nie tyle stare filmy pirackie, co wspaniałą grę "Monkey Island". I chociaż Depp stworzył kreację wyśmienitą i oczywistym, że wybił się na plan pierwszy, reszcie aktorów nie przypadły wyłącznie role statystów. Geoffrey Rush jako Barbossa potrafił być demoniczny, a jednocześnie przejmujący. Orlando Bloom kolejny raz (po roli Legolasa) świetnie wypadł ze swoją manierycznością (aby nie rzec: drętwotą, co jednak tym razem wyśmienicie się komponuje z odtwarzanym przez niego bohaterem), świadomie, czy też nie, tworząc idealną parodię i pirata i romantyka, chociaż parodię subtelną i w pewien sposób pociągającą. W końcu Keira Knightley w roli dziewczęcia o delikatnej urodzie, lecz żywiołowym temperamencie; karmiąca się pirackimi opowieściami, wierząca w idealistyczne wartości, potrafiąca odwołać się do swej odwagi w momentach, w których zdecydowanie brakuje jej mężczyznom. A obok wyśmienitych kreacji, świetnie nadająca tempo muzyka (która jednak tylko wraz z obrazem sprawdza się wybornie. Soundtrack bez kontekstu to znakomity lek na bezsenność), inteligentnie skrojone dialogi i... przygoda, przygoda... i jeszcze więcej przygody! Zakochałam się w tym obrazie bardzo szybko, a z każdym kolejnym ujrzeniem uczucie się umacniało jedynie. Do niedawna najlepszym lekarstwem, poprawiającym zawsze nastrój był "Arszenik i stare koronki". "Piraci..." może nie zagrozili owej komedii wszechczasów, lecz niekiedy zamiast po Caprę, sięgam po nich, nie uważając iż jest w tym coś niewłaściwego. Teraz, kiedy patrzę na wydanie DVD "Klątwy Czarnej Perły", z okładki atakuje informacja, w brzmieniu: "Film producenta Armagedonu i Pearl Harbor" - w domyśle zapewne ma to zachęcać potencjalnych nabywców, chociaż reakcją właściwą wydaje się być zdziwienie, albowiem człowiek, który miał udział w dwóch filmach, będących ewidentnym przejawem sadystycznych skłonności względem widza, pozwalają zaistnieć historii pełnej pasji i humoru (aby jednak oddać sprawiedliwość: Jerry Bruckheimer to producent genialnego serialu: "CSI: Las Vegas"). Nic więc dziwnego, że kolejna odsłona stawiała bardzo wysokie oczekiwania. Imponujący rekord otwarcia nie świadczył jeszcze o niczym (ba! Wiadomo jakie dziełka zazwyczaj box office podbijają!). Tak czy inaczej... Jack Sparrow powrócił!
Jack powraca w skrzyni, dzieląc ją z truposzem, z którego kończyny czyni wiosło. Całkiem to sympatyczne, chociaż to już nie to, co dumne wpłynięcie do portu, na statku idącym na dno. Jak dalej historia przebiega? W pewnym sensie... zawodzi. Liczyłam na "lepsze", otrzymałam jedynie "więcej". Jest zatem więcej akcji i więcej atrakcji. Całość to imponujące, wesołamiasteczkowe przedsięwzięcie. Zatem mamy podskakującą, turlającą i wspinającą się kulę, toczące się koło młynu, na którym to kole trwa pojedynek, ośmiornicę, urządzającą członkom załogi karuzelę... i dalej: pojedynki, pojedynki, wybuchy, pojedynki ... jeszcze więcej pojedynków i ... powraca armia nieumarłych. Armia to inna, aniżeli ta znana z pierwszej części, znacznie bardziej obrzydliwa i nawet orkowie tolkienowscy nie mają z tymi kreaturami szans w konkursie na najohydniejsze maszkary. Cóż jeszcze? Will spotyka swego ojca, a Elizabeth zakłada spodnie. I tu należy się na chwilkę zatrzymać, albowiem to jedyna postać, w której następuje rozwój osobowości. O innych bohaterach nie dowiadujemy się kompletnie niczego nowego. Ta dziewczyna natomiast w poprzedniej części pokazała, że potrafi być bardziej męska, aniżeli każdy z mężczyzn. Tym razem pokazuje, iż jest bardziej piracka, aniżeli każdy pirat. Z "Klątwy Czarnej Perły" zostało wyciętych wiele scen, którym możnaby zarzucić, że zostały nakręcone tylko po to, aby odebrać przyjemność widzowi. I tak jedną z nich jest moment, kiedy Jack mówi do Elizabeth, że są jak dwie krople wody, a w innej odpiera jej zarzuty, w brzmieniu, że w opowieściach o kapitanie Sparrow nie ma prawdy. Wówczas to pokazuje blizny po przygodach, ironicznie komentując, że faktycznie wszystko jest kłamstwem. O ile drugi moment nie zostaje rozwinięty wielce, o tyle pierwszy znalazł swe miejsce i następstwo. Jest wprost powiedziane, że Jack i Elizabeth są do siebie podobni. Jednak kapitan Sparrow okazuje się jej nie doceniać. Ta dziewczyna jest gotowa na wszystko. Niegdyś, aby ratować Willa zgodziła się poślubić Norringtona, sama także usiadła do wioseł i czym prędzej pognała w stronę umarlaków. Któż jednak mógł się spodziewać, że "WSZYSTKO" oznaczać może przykucie Jacka do "Czarnej Perły" i skazanie na zatonięcie? A jednak! Kapitan Sparrow to mistrz knucia, intrygant perfekcyjny, jednak jest coś w nim z Ricka Blaine'a - on musi się okazać szlachetny! Może w przypadku Jacka jest to nie tyle wybór, co częściej przypadek. Mimo to ma dar, pozwalający mu zdradzać każdego tyle razy, że (paradoksalnie), zostaje nagrodzony zaufaniem przyjaciół. Nie każdego jednak można oszukać, jeżeli nie pamięta się starej prawdy, że wszelkie nieszczęście to kobieta . Zatem Jackowi zostaje wystawiony rachunek, a czy zapłata faktycznie będzie wysoka, to już pokaże kolejna część...
Fabuła jest nad wyraz banalna do streszczenia: Will i Elizabeth mają wziąć ślub, jednak... zostają aresztowani za udzielenie pomocy kapitanowi Sparrow. Młody Turner może ocalić szyję narzeczonej, o ile odnajdzie Jacka i przywiezie, wydawałoby się zepsutą, busolę. Busola wskazuje kierunek ludzkich pragnień. A pragnienia są tożsame: skrzynia, w której znajduje się serce Davy Jonesa - upiornej maszkary z dna mórz, której niegdyś Jack oddał swą duszę. A teraz przyszła pora zapłaty... Jack pragnie skrzyni, aby się wykupić, Elizabeth pragnie skrzyni, aby uratować Willa, Will pragnie skrzyni, aby uratować ojca (który jest już w służbie Jonesa), jak również pojawia się Norrington, który pragnie skrzyni, aby się wkupić ponownie w łaski i odzyskać utraconą pozycję. Zbieżne pragnienia, różne cele. Argumentem musi zatem być broń. I tak oto w tej całej pogoni naturalnym wydaje się, że postawiona na akcję. Wraz z tym obniżeniu znacznemu uległ poziom humoru (co nie oznacza, że zabawnie nie jest - wręcz przeciwnie!) oraz... zdecydowanie brakuje Barbossy, który pojawia się dopiero w finale. Geoffrey Rush dał widzowi postać pasjonującą i chociaż Davy Jones jest bardziej brzydki, bardziej wredny i bardziej odpychający, gdzież mu tam do kapitana, który odebrał Jackowi "Czarną Perłę"? Przygoda zostaje zamieniona na akcję. Proporcje zostały zachwiane i tak, gdyby postaci oznaczały rangi to "Klątwa Czarnej Perły" otrzymałaby Jacka Sparrowa, podczas gdy "Skrzynia umarlaka" już tylko Willa Turnera...
Pomimo braku euforycznego zachwytu, którego oczekiwałam, którego byłam wręcz pewna, obraz jest wart uwagi. Brakuje takich filmów. Dziś rozrywką wydaje się być saga o "X-men", może i efekciarska, lecz zupełnie pozbawiona finezji. Brak zatem w kinie dzieł z rozmachem, nie grzeszących przy tym infantylizmem. Miłym wyjątkiem jest twórczość Miyazakiego, chociaż jego osiągnięcia trudno odbierać wyłącznie na płaszczyźnie zabawy. Film Verbinskiego to natomiast najczystsza postać rozrywki, rozrywki, która nie stara się być niczym więcej. Ja jednak inaczej odbieram przygodę - może to wina właśnie gier pokroju "Monkey Island"- uważam, że proporcje winny być zachowane. Przygoda to nie tylko efektowne pojedynki i znakomity pokaz efektów specjalnych. To czym jest idealna przygoda perfekcyjnie zilustrowała pierwsza część "Piratów z Karaibów", to czym jest dominacja akcji nad przygodą, obrazuje część druga. Nie ma jednak powodów, aby się zrażać- scenografia, efekty i charakteryzacja to prawdziwe CUDO! Jest brudno, jest obrzydliwie, są kanibale, są stwory z głowami, stwory bez głowy i w końcu głowa, co biegnie na parszywych, krótkich, nóżkach za ciałem, które ją zostawiło... atrakcji nie zabraknie, to pewne. Brakuje jednak dyskusji, jakie prowadził kapitan Jack Sparrow. Tym razem zdecydowanie więcej biega, aniżeli mówi. Również, kiedy pojedynek goni pojedynek, może to szybko przestać być atrakcyjne i ta granica kilkakrotnie wydaje się, że zostaje prawie przekroczona, jednak pozostaje owo "PRAWIE" i dla tego w żadnym razie nie warto rezygnować z seansu! Zatem "drink up, me hearties. Yo ho!", a jeżeli nawet zabraknie rumu, znużenie ogarnąć nie powinna!



PIRACI Z KARAIBÓW:
SKRZYNIA UMARLAKA


Tytuł oryginalny:
Pirates Of The Caribbean: Dead Man's Chest
Czas trwania: 150 minut
Rok produkcji: 2006, USA
Reżyseria: Gore Verbinski
Scenariusz: Ted Elliott, Terry Rossio
Muzyka: Hans Zimmer
Produkcja: Jerry Bruckheimer

Wystąpili: Johnny Depp, Orlando Bloom, Keira Knightley, Bill Nighy, Jack Davenport, Jonathan Pryce, Lee Arenberg, Stellan Skarsgard

e-mail
Autor recenzji:
Iwona Kusion - ARRAKIN

Klub Miłośników Filmu, 23.07.2006