Strona główna KMF



          

Jack Sparrow. Kapitan Jack Sparrow. Gdziekolwiek się nie pojawi, ciągnie za sobą długi ogon kłopotów. Od zwykłych, powszednich pirackich bitek, poprzez szereg różnorodnych długów do spłacenia w każdym niemalże zakątku ziemi, aż po przenikliwe, potężne, śmiercionośne klątwy. Niczym magnes przyciąga do siebie problemy maści wszelakiej. Nie inaczej jest i tym razem. Pojawia się bowiem pewien wierzyciel, okryty znamienną niesławą, któremu dług spłacić musi Sparrow. Dług jest ogromny, i co gorsza - nie chodzi bynajmniej o złote dukaty.

Akcja drugiej części "Piratów z Karaibów" rozpoczyna się w sposób dość przewidywalny, jeśli tylko mieliśmy przyjemność obejrzeć część pierwszą. Jack Sparrow po raz kolejny wpadł w tarapaty. Ale również po raz kolejny znalazł niezwykle sprytny sposób, aby się z nich wydostać. Fakty te wnioskujemy po scenie przebiegłej ucieczki Jacka z więzienia, z wykorzystaniem trumny z umrzykiem. Tymczasem tuż za rogiem na kapitana czekają kolejne kłopoty - tym razem dużo poważniejsze. Legendarny władca oceanów, niesławny kapitan Latającego Holendra - Davy Jones, upomina się o dług, jaki Jack przed wielu laty u niego zaciągnął. Jednakże wartość długu wzrosła ogromnie. Aktualnie Sparrow oddać musi swą duszę na wieczne potępienie - służbę na Latającym Holendrze. Davy Jones rozpoczyna pościg za dłużnikiem, a jedynym bezpiecznym miejscem dla kapitana Jacka jest suchy ląd. Nie jest to jednak banalne i łatwe do zrealizowania rozwiązanie dla prawdziwego pirata, którego jedyną miłością jest morze. Z kolei dość dobrze, na pierwszy rzut oka, powodzi się parze pozostałych bohaterów znanych z "Klątwy Czarnej Perły" - Elizabeth Swann oczekuje na ślubnym kobiercu swego ukochanego, Willa Turnera. Will się spóźnia, ale co gorsza, kiedy się w końcu pojawia okazuje się, że właśnie został aresztowany. Nowy kapitan, Cutler Beckett, przejmując podstępnie władzę od gubernatora Weatherby Swanna, wydaje ponadto nakaz aresztowania Elizabeth, pod zarzutem pomocy w ucieczce Jacka Sparrow. Beckett stawia jednak warunek - jeżeli Will odnajdzie Jacka, i zdoła odebrać mu osobliwy kompas, Elizabeth zostanie uwolniona.

Akcja "Skrzyni umarlaka" zawiązuje się wcześnie i w dość zawrotnym tempie. W ciągu pierwszego kwadransa zostajemy rzuceni w wir przygód bohaterów i świat wilków morskich. Brudny, zatęchły, przemoczony rumem, świecący srebrnymi zębiskami i stukoczący drewnianymi kuternogami świat. Pozbawiony jednak złowrogiego oblicza, krwi i przemocy (pomijając oczywiście bitwy morskie, walki na miecze i ogólne pirackie mordobicia). Wytwórnia Walta Disneya przyjęła ogromne wyzwanie podejmując się realizacji filmu o piratach. Trudno było wymyślić coś świeżego, nowego i odkrywczego w tym temacie. Po sukcesie serii pirackich filmów sprzed kilku dekad, przyszła kolej na serię pirackich klap. Jednakże Disney wykorzystał ogromne doświadczenie w tej dziedzinie. Produkcja "Piratów z Karaibów" została bowiem oparta o widowisko z parku Disneyland. Stąd właśnie w filmie brak krwi i przemocy, które z pozoru wydają się być nieodłącznym atrybutem opowieści o piratach. Można mówić wiele na ten temat: czy słuszną była decyzja o wyzuciu piratów z siły i gwałtu, przy jednoczesnym przydaniu im charakteru bardziej komicznego i swawolnego. Nie sposób jednak zaprzeczyć swoistej oryginalności i siły konsekwencji w działaniach wytwórni Disneya (w końcu dość humorystyczna produkcja Romana Polańskiego "Piraci", przyjęta została przez krytykę bardzo chłodno). Co prawda humor w "Skrzyni umarlaka" w większej części jest dość niskich lotów - zabawne gagi w stylu Flip i Flap, ogólne wywrotki, ucieczki a'la Tom&Jerry oraz niezwykle pechowe zdarzenia, niczym u pana Drozdy. Mimo to film jest przezabawny. Te właśnie sceny wzbudzają najwięcej śmiechu. Jest to sytuacja w teorii zwana "beczką śmiechu". Im bardziej chcesz ustać na nogach i zachować powagę przy durnowatych scenach, tym bardziej się przewracasz i więcej łez wyciska niekontrolowane chichotanie. Sprawia to metoda znana z modnych ostatnimi czasy animacji komputerowych - stosunkowo długie, statyczne ujęcia, z dużym ruchem w kadrze, okraszone ironiczną muzyką (patrz m.in. próba wydostania się pirackiej załogi z koszy zawieszonych nad przepaścią). Sprawdza się niemalże w stu procentach, więc dlaczego nie skorzystać z tego modelu w filmie fabularnym.
Motorem napędowym "Skrzyni umarlaka" jest oczywiście, jak w przypadku części pierwszej, kapitan Jack Sparrow. Jego dość charakterystyczny, cudaczny i ekscentryczny sposób bycia sprawia, że mamy ochotę oglądać jego przygody w nieskończoność. Mimo to, kapitan Jack w części drugiej jest straszliwym egoistą, cynikiem i tchórzem, wodzącym za nos Elizabeth i Willa, prowadząc ich tym samym w samo epicentrum kłopotów. Wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję do realizacji własnych celów, najczęściej związanych z ratowaniem skóry i próbą uwolnienia się z tarapatów. Mimo to ma w sobie coś magicznego, co wywołuje u każdego widza empatię. Aby jednak nie oczerniać kapitana Jacka całkowicie, polecam obejrzeć film do końca - czeka nas tam niespodzianka i zaskoczenie. Jack Sparrow na tle dwójki pozostałych głównych bohaterów mieni się feerią barw i lśni oryginalnością. Will Turner to płaska, nieprawdopodobnie szablonowa postać bohatera absolutnego. Jedynym jego celem w tej przygodzie jest ratowanie narzeczonej Elizabeth, przy czym zatraca całkowicie zdolność trzeźwego rozumowania i pojmowania świata. Sparrow wodzi Turnera za nos, jak durnego osła marchewką na kiju. Oczywiście - sens istnienia tego typu bohatera w filmie przygodowym jest bezapelacyjny. Niemniej jednak zbudowanie postaci mężnego kowala Willa Turnera, przez piękniutkiego Orlando Blooma jest co najmniej słabe, jeśli nie żenująco słabe. Nie inaczej rzecz ma się z panną Elizabeth Swann. Podczas seansu ma się nieodparte wrażenie, że Keira Knightley nie do końca jest pewna, czy znajduje się na planie części drugiej, czy trzeciej. Plus jednak za zmianę, jaką przeszła Elizabeth - choć to chyba bardziej dla scenarzysty. Makijaż i piękne suknie zastąpione zostały przez spodnie, kamizelkę, piracki kapelusz i szablę. Bohaterce wyszło to zdecydowanie na dobre. Na duże brawa zasługuje natomiast załoga Czarnej Perły. Każdy jeden z nich to świr i odmieniec. Pirackiego uroku przydają im drewniane oko, brak uzębienia, skudłacone fryzury, poharatane twarze i pogryzione ręce. Świetna praca zastępu charakteryzatorów i kostiumologów, dopełniona plugawym, siarczystym akcentem. Całość - pysznie odrażająca.
Kwestia techniczna pozostaje bezdyskusyjna. "Skrzynia umarlaka" to potężne widowisko, okraszone świetnymi efektami specjalnymi. Znakomite zdjęcia polskiego operatora Dariusza Wolskiego - pracował już przy części pierwszej, dzięki czemu widać pewną jednolitość w kwestii obrazu. Współpraca ze stałym również reżyserem, Gore'em Verbinskim, przekłada się na spójny klimat opowieści. Możemy być pewni, że duet ten zapewni nam w kolejnej części zabawę co najmniej tak dobrą, jak w 'dwójce'. Znaczącą ponadto okazała się zmiana kompozytora. Klaus Badelt zastąpiony został przez maestro Hansa Zimmera. Był to strzał w dziesiątkę. Ścieżka dźwiękowa "Klątwy Czarnej Perły", jakkolwiek nie ujmując jej splendoru, była moim zdaniem niewygodną kopią "Gladiatora", autorstwa Zimmera właśnie. Muzyka w poprzedniej części strasznie rozbijała i utrudniała odbiór filmu, ponieważ w oczach stawały sceny z opowieści o rzymskim generale. W związku z tym trochę nie pasowała do klimatu opowieści o piratach, funkcjonując jednak poza obrazem bardzo dobrze. W przypadku "Skrzyni umarlaka" partytura Zimmera wydaje się naprawdę kapitalna. Wyśmienicie komponuje się z akcją. Nierzadko jest doskonale dopasowana to taktu i tempa montażu - zlewa się z ruchem w kadrze tworząc znakomitą całość. Jest świeża, ożywcza i jednocześnie bardzo różnorodna - bardziej piracka. Nie brakuje jednak wybitnego motywu przewodniego stworzonego przez Badelta. Pojawia się w filmie kilkukrotnie, w różnych aranżacjach. Efekty specjalne natomiast porażają swym ogromem i precyzją jednocześnie. Przerażająco prawdziwe macki głębinowego potwora Krakena, czy odrażająco paskudna załoga niesławnego Latającego Holendra naprawdę robią wrażenie. Zwłaszcza ci ostatni przedstawiają się wyjątkowo potwornie - pirat z głową rekin-młot czy muszlą podwodnego kraba-giganta, pirat z kołem sterowym w plecach, pirat z uroczą rozgwiazdą w skroni czy wreszcie broda kapitana Davy Jonesa, stworzona z macek ośmiornicy, które wydawać by się mogło - żyją własnym życiem. Załoga Latającego Holendra od wieków zamieszkuje dno oceanów, stopniowo zmieniając się podwodne organizmy. Proces ten, ukazany dość realistycznie, naprawdę robi wrażenie. Ponadto sceny pojedynków, pościgów i innych pirackich przygód zrealizowane są z ogromnych rozmachem. Trwają również bardzo długo, jednakże nie powodują znudzenia nawet na moment. Próba uwolnienia kapitana Jacka przez załogę Czarnej Perły jest niezwykle efektowna i okraszona sporą dawką humoru, a jednocześnie trwa dobry kwadrans. Z kolei dość pomysłowy pojedynek trzech bohaterów pozytywnych, na młyńskim kole pędzącym przez dziką puszczę, również wydaje się całkiem oryginalny i wciągający.
"Skrzynia umarlaka" to film spektakularny i bardzo widowiskowy. Zawiera wszystko to, co prawdziwy film przygodowy zawierać powinien. Mamy tu wartką akcję, sporą dawkę humoru, odrobinę miłości i oryginalnego bohatera - całość świetnie zrealizowana i sprawnie opowiedziana. Otwarte zakończenie pozostawia pewien niedosyt, a także silne pragnienie szybkiego powrotu do świata piratów. Przygody Jacka Sparrow w drugiej części dostarczają przede wszystkim dużo zabawy i rozrywki. Nie należy traktować tego filmu, jako historycznej przypowieści o życiu piratów, osadzonej w jakże realnym świecie. Należy raczej przymrużyć oko i dać się porwać baśniowej opowieści Disneya. Do zobaczenia, Jacku Sparrow, na Krańcu Świata. Aye!



PIRACI Z KARAIBÓW:
SKRZYNIA UMARLAKA


Tytuł oryginalny:
Pirates Of The Caribbean: Dead Man's Chest
Czas trwania: 150 minut
Rok produkcji: 2006, USA
Reżyseria: Gore Verbinski
Scenariusz: Ted Elliott, Terry Rossio
Muzyka: Hans Zimmer
Produkcja: Jerry Bruckheimer

Wystąpili: Johnny Depp, Orlando Bloom, Keira Knightley, Bill Nighy, Jack Davenport, Jonathan Pryce, Lee Arenberg, Stellan Skarsgard

e-mail
Autor recenzji:
Andrzej Wiśniewski - JIMI

Klub Miłośników Filmu, 23.07.2006