Strona główna KMF
        
SPRZEDAJĄC ŚMIERĆ

Jurij Orłow, bezrobotny syn ukraińskich emigrantów prowadzących żydowską kawiarenkę w Małej Odessie od zawsze chciał zrobić w życiu coś wielkiego. Nigdy jednak nie wiedział co. Wiedział natomiast, że w tej zapomnianej przez urzędników i samego Boga dzielnicy Nowego Jorku, ciężko jest osiągnąć cokolwiek. Dlatego, gdy pewnego zwyczajnego dnia wymienił na garść dolarów dwa pół-automatyczne karabiny "Uzi", jego życie przestało być zwyczajne. Wraz ze swoim bratem postanawia bowiem, "zawodowo" zająć się handlem bronią, czując, że to prawdziwa żyła złota. Mijają lata. Mimo kilku większych sukcesów, Jurze ciągle jest mało - zarobione pieniądze trwoni błyskawicznie, często żyjąc na przysłowiową krechę. Ale raz w życiu szczęście się do niego uśmiecha - tuż przed gwiazdką 1991 roku upada ZSRR. A to może oznaczać tylko jedno - setki tysięcy ton składowanej w byłych republikach radzieckich broni pozostaje praktycznie bez opieki. Lecz nie na długo, bo Orłow doskonale wie jak się całym tym złomem zaopiekować - wie, że znajdą się ludzie, którzy będą w stanie zapłacić każdą cenę za kilka ton karabinów czy kilkaset granatów...
"Pan Życia i Śmierci" jest jednym z pierwszych filmów, który porusza bardzo aktualny w świetle wydarzeń ostatniego 15-lecia (konflikty lokalne i międzynarodowe, zamachy terrorystyczne, akty ludobójstwa) temat - problem nielegalnego handlu bronią. Twórcy filmu prezentują nam chyba wszystkie procedury, kruczki i niuanse z nim związane z punktu widzenia jednej tylko osoby - tytułowego bohatera, w którego udanie wcielił się Nicolas Cage. Jurij Orłow, postać, której filmowe losy oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach, mozolnie przechodzi przez wszystkie etapy karykaturalnego "american dream", swój pochód zaczynając od sprzedawania pistoletów handlarzom narkotyków, a kończąc na handlu wysokiego kalibru. Bo jak inaczej nazwać hurtowy dumping materiałów wybuchowych, czołgów, a nawet helikopterów bojowych przywódcom afrykańskich "republik bananowych"? Ci, są tak zadowoleni z usług Ukraińca, że zaczynają tytułować go Panem Wojny (ang. "Lord of War"), utwierdzając go w przekonaniu, że jest naprawdę dobry... w czynieniu zła. Orłow, widząc do czego prowadzą jego interesy, nie ma jednak praktycznie żadnych wyrzutów sumienia - w końcu, to nie on pociąga za spust, to nie on zabija. Próbuje natomiast usprawiedliwiać swoje działania, nazywając się takim samym biznesmenem, jak na przykład właściciele koncernów tytoniowych, którzy jak i on mają ręce umazane krwią. Niestety, mimo ogromnej skali działania, z handlarzem wydaje się walczyć jeden tylko idealista, agent Interpolu, Jack Valentine (Ethan Hawke). A wielcy i możni tego świata przymykają na wszystko oko, odwracając tym samym uwagę ludzi od naprawdę wielkich i naprawdę karygodnych interesów, jakie prowadzą sprzedając w trakcie jednego dnia więcej broni, niż Jura w ciągu roku.
Oglądając niecne uczynki głównego bohatera, widz paradoksalnie zaczyna darzyć go sympatią - wie, że to dla niego jedyne źródło utrzymania rodziny oraz ratunek dla uzależnionego od narkotyków i alkoholu brata, Witalija. Niemała w tym zasługa scenarzysty, Andrew Niccola ("Gattaca", "Truman Show"), który świetnie połączył sceny "biznesowe" ze scenami "rodzinnymi", dodatkowo ubarwiając cały film kapitalnymi, często ironicznymi dialogami. Nie zabrakło w nich sporej dozy humoru, nie zabrakło też otwartej krytyki głów najpotężniejszych państw świata (w tym, oczywiście, prezydenta USA), którzy to nakręcają koniunkturę na broń, czyniąc jeszcze większe zło niż Orłow - to oni tak naprawdę są największymi zbrodniarzami. Film nie wpada jednak w pułapkę pustego czy nachalnego moralizatorstwa - widz nie jest tu pouczany, ale edukowany. Poznajemy kulisy nielegalnego rozprowadzania broni konwencjonalnej, ale widzimy też tego skutki (już od pierwszych sekund filmu - kapitalnej sekwencji otwierającej, w której śledzimy losy pewnego pocisku - od chwili stworzenia, aż do "śmierci"). Dzięki momentami cynicznemu podejściu do tematu, oraz nieraz bardzo sugestywnym scenom przemocy, po zakończeniu seansu nie zapomnimy tak szybko o tym co widzieliśmy. Film skłania do przemyśleń i za to należą się twórcom największe brawa.

"Pan Życia i Śmierci", jest świetnie zrealizowany, ma doskonale dobraną muzykę, a aktorzy w nim występujący grają bez zarzutu. Cage jako Orłow jest bardzo przekonujący, Ethan Hawke jako pies gończy z Interpolu spisuje się jeszcze lepiej. Piękna Bridget Moynahan, grająca miłość życia głównego bohatera nie ma co prawda roli wymagającej, ale po ekranie porusza się z wielką gracją i nie ustępuje umiejętnościami wspomnianym aktorom. Wracając do muzyki - tło muzyczne zostało tak dobrane, aby poszczególne utwory nadawały niektórym scenom nutkę cynicznego humoru, dzięki czemu film nie jest tak dołujący, jak mogłoby się wydawać. Ponadto, nie jest to też film akcji z milionem eksplozji czy scenami spektakularnej demolki, ale z ekranu ani przez minutę nie wieje nudą. Widz z wielkim zainteresowaniem śledzi losy Pana Wojny, a wychodząc z kina po seansie, odczuwa satysfakcję z właściwie zainwestowanych w bilet pieniędzy. Gorąco polecam!


Pan życia i śmierci

Tytuł oryg: Lord of War
Gatunek: Sensacja
Rok prod: 2005 USA
Czas trwania: 122 min
Reżyseria: Andrew Niccol
Scenariusz: Andrew Niccol
Zdjęcia: Amir M. Mokri
Muzyka: Antonio Pinto
Obsada:
Nicolas Cage,
Ethan Hawke,
Jared Leto

Ocena: 6/6

e-mail
Autor recenzji:
Michał Fedorowicz - hOPS

Klub Miłośników Filmu, 11.12.2005