Strona główna KMF
        

Wiele wieków temu duchy wschodu i zachodu, południa i północy żyły w harmonii i jedności. Siły natury jednakowo czuwały nad człowiekiem i zagrażały mu, a mędrcy i kapłani znali rytm przyrody i żyli zgodnie z tym rytmem, łącząc się z nim w jedno pogrążając się w czas śnienia. A potem biały człowiek poczuł się zwycięzcą. Uznał, że jego przeznaczeniem i posłannictwem jest podporządkowanie sobie wszystkich plemion. Przestał zawierzać duchom. Przestał ufać swoim snom i sny go opuściły.
Tymczasem natura podążała dalej swoim rytmem, krążąc po okręgu. Dąży nieuchronnie do momentu, gdy cykl się zamknie - i rozpocznie się nowa era. Jak się uchronimy przed zemstą natury, my, którzy przestaliśmy słuchać ostrzeżeń?
Aborygeni wierzą, że ludzkie życie biegnie dwuliniowo. Jedna linia to nasza rzeczywistość fizyczna, zwykłe zmysłowe postrzeganie. Druga linia to czas śnienia. Śnienie jest prawdą. Nie istnieją w nim sztuczne normy ani granice, nic, co narzuciłaby cywilizacja. Są wartości ponad czasem, idee początków stworzenia, wieczne prawa ponad prawem. Umysł o wielkiej sile, wielkiej otwartości może przeniknąć tajemnice snu, odczytać wskazówki, a nawet przewidzieć przyszłość. Wizje kapłanów zaś zapowiadają, że natura kończy swój cykl, że nastąpi katastrofa i po niej odrodzenie. Linia naszego rzeczywistego postrzegania przerwie się wraz z apokalipsą, lecz czas śnienia jest wieczny i niezmienny, przechowa to, czym naprawdę jesteśmy, zachowa tych, którzy potrafią mu zaufać, poddać się przewodnictwu snu i okazać dość pokory wobec sił, które są o całe epoki, o niezmierzone eony starsze od nas samych. Cykl dąży ku końcowi. Lecz czy to odrodzenie nie będzie cząstkowe i kalekie? Podstawowa reguła trwania - reguła równowagi, obecna w wierzeniach wszystkich pierwotnych kultur, załamała się. Ludzkość jest podzielona na tych, co trzymają miecz, i na tych, co uginają karku. Co przyniesie katharsis? Czy nowa era znów będzie taka, jak poprzednia? Czy wciąż od nowa czeka nas popełnianie tego samego błędu, jeśli zginiemy wyzbyci świadomości, wyzbyci wiary? Natura się broni. Broni swojej doskonałej równowagi. By przetrwać, duchy wschodu i zachodu znów muszą się spotkać. By zwyciężyć, muszą się zjednoczyć dwa podzielone światy, dwie różne kultury, musi się zamknąć przepaść narosła przez tysiące lat, wypełniona zadufaniem, zaślepieniem, milczeniem, żądzą władzy i zdobyczy.
 

Przewodnik, który się pojawia, głos, którym przemawiają duchy, ostatni element układanki i niezbędna część wypełnienia rytuału...silna dusza, która jednak także potrzebuje przewodnika w mroku, w którym błądzi. Muszą się odnaleźć w czasie śnienia - ponad prawem własnych kultur.
Ta właśnie niezwykła wizja rysuję się w "Ostatniej fali", jednym z pierwszych filmów Petera Weira. Próba poszukiwania drogi do ponownego zjednoczenia tego, co pierwotne, i tego, co jest wtórną zdobyczą cywilizacji. Próba odnalezienia jednego archetypu człowieka i odpowiedzi na pytanie, w czym może tkwić siła ludzkości, czym może się ona obronić. Tą siłą jest jej jedność - jej wspólny prapoczątek, źródło, z którego wszyscy wyszliśmy. Przewodnikiem kierowanym przez duchy stanie się zatem biały człowiek. Adwokat, który niespodziewanie dla siebie otrzyma podwójną misję. Misję należącą do rzeczywistości, do świata fizycznego, w którym jest po prostu prawnikiem, obarczonym rodziną, tradycją i wspomnieniami, i drugą, przynależną do czasu śnienia, w której jest posłannikiem, kapłanem, prorokiem. Grupa Aborygenów oskarżona o spowodowanie śmierci towarzysza w czasie pijackiej bójki. Sucha rzeczywistość metropolii Sydney, gdzie nie ma wspólnot plemiennych, nie ma magii i dawnych bogów, a jest tylko bieda, ból i pogarda. I on, który podejmuje się ich obrony przed prawem i regułami społecznymi, a jednocześnie szuka ich pomocy, by zrozumieć, jakie wyzwanie stoi przed nim - przeczuwa, że ono istnieje, lecz nie umie pojąć jego sensu, zawodzą go i jego cywilizacja, i jego religia, gdyż nie znają wszystkich odpowiedzi, chociaż tak nauczono go myśleć.

Spotykają się wpół drogi, bowiem tylko podając sobie dłonie mogą wypełnić cykl do końca. Muszą wiele pokonać, przełamać strach, uprzedzenia, zwykłą ludzką obawę przed śmiercią, sprzeniewierzyć się prawom, do których przywykli, które, każdy dla siebie, uznają za święte. Lęk przed fizycznym unicestwieniem jest naturalnym instynktem człowieka, który ceni i chroni to, co zna najlepiej, co jest mu najbliższe. Czas śnienia przechowuje idee wyzwolone z wszelkich ograniczeń, ale zaakceptowanie tego - i przyjęcie swojej roli - wymaga wielkiej wiary i siły. Mimo wszystko walka, by to, co się pojawi w nowej erze, po końcu wszystkiego, miało czystą, piękną formę, wolną od wszelkich obciążeń narosłych przez lata konfliktu i wojny, jest warta najwyższej ceny. Człowiek jest zobowiązany do szacunku wobec sił, które go stworzyły, lecz zbyt łatwo i zbyt lekkomyślnie uznał, że może nad nimi zapanować, a jeśli nawet nie zapanować - to o nich zapomnieć. Poczuł się władcą absolutnym, panem Ziemi, lekceważąc potęgi, przed którymi drżeli jego przodkowie. Stracił przy tym wiele - stracił moc płynącą z jedności i zrozumienia.
Kiedy z nieba spłynie czarny deszcz, zalśnią obok siebie dwa słońca, a ludzkość nawiedzą plagi i kataklizmy, cykl dobiegnie końca. I tylko od człowieka zależy, czy przetrwa, ukryty w czasie śnienia, czy zniesie go prąd i unicestwi ostatnia fala. Natura będzie wieczna. A ludzkość? Czy jeszcze potrafi wierzyć? Czy jeszcze potrafi się uchronić?
 

 
OSTATNIA FALA
(THE LAST WAVE)


Rok produkcji: 1977, Australia
Reżyseria: Peter Weir
Scenariusz: Peter Weir, Tony Morphett,
Petru Popescu

Zdjęcia: Russel Boyd
Muzyka: Charles Wain

Występują:

Richard Chamberlain (jako David Burton)
Olivia Hamnett (jako Annie Burton)
Gulpilil (jako Chris Lee)
Nandjiwarra Amagula (jako Charlie)
Frederick Parslow (jako pastor Burton)

 



e-mail
 Autor recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA