[UWAGA! TEKST ZDRADZA ZAKOŃCZENIE FILMU!]


Mam nie lada dylemat z Batmanami Nolana. To, co mi się w nich najbardziej podoba, czyli stopniowe odchodzenie od niezobowiązującej komiksowości na rzecz angażującego sensorycznie i emocjonalnie realizmu, stanowi jednocześnie ich największy mankament, rzucający cień na praktycznie wszystkie aspekty przedsięwzięcia. Nie żebym tęsknił za gotyckimi fantazjami Burtona. Osobiście wolę surowy autentyzm kina sensacyjnego od baśniowo-karnawałowej groteski. Ale o ile Burton swoje rojenia wcielał w życie z żelazną konsekwencją, o tyle Nolan posługuje się na szeroką skalę techniką półśrodków, balansując tym samym na granicy bycia permanentnie wkurzającym dla takiego widza jak ja. Chcę, żeby między nami była jasność: Nolan chyba nigdy nie był dzieckiem - faceta latającego na linkach i rozbijającego się po ulicach futurystyczną bryką upozował na detektywa w masce, a komiksy opiewające jego losy przekształcił w katedrę psychologii stosowanej - i to mi się w cholerę podoba! Jako ortodoksyjny wyznawca teorii przekładalności rzeczy niepoważnych na poważne... Nawiasem, wiecie co mówią zwolennicy tej teorii? Mówią: jeśli przekuwasz kretyński pomysł na poważną historię, to wychodzi film. Jeśli postępujesz odwrotnie, wychodzi parodia filmu. Wracając do przerwanego wątku: jako gorliwy wyznawca owej teorii doceniam reżyserskie starania mające na celu podniesienie rangi filmowej opowieści. Jednakże mój szacunek dla twórcy, choćby i połączony z biciem pokłonów, wcale nie kasuje pytania o to, czy i w jakim stopniu mu się ta misja powiodła. A zatem spytajmy: czy Nolanowi udała się sztuka, której przed nim dokonali tacy tytani kinematografii jak Scott, Spielberg, Cameron, Fincher, Verhoeven i McTiernan, sztuka polegająca z grubsza na wtłoczeniu totalnie zmyślonej postaci (cyborga, kosmity, ducha, wampira, dinozaura, cokolwiek) w ramy realnie istniejącego świata ludzi?
Pierwszego Nolanowskiego Nietoperza z konieczności traktować muszę jak poligon doświadczalny, swoiste laboratorium form. Z tego powodu "Batman Begins" w najbliższym czasie raczej nie awansuje na listę moich ulubionych filmów. W przypadku mrocznorycerskiej kontynuacji nie mogło być już mowy o żadnej taryfie ulgowej tudzież bredzeniu o poligonach doświadczalnych. Albo dociskamy pedał gazu do oporu, albo... dalej kultywujemy niechlubną tradycję stosowania półśrodków. W tym miejscu powinienem o czymś wspomnieć. Dla mnie to bez znaczenia, ale jako uczciwy recenzent uważam, iż lepiej będzie przyznać się do tego teraz niż później, powiedzmy, pod koniec recki, kiedy wywalę wszystkie karty na stół. Otóż nigdy nie miałem bezpośredniej styczności z komiksami o przygodach Batmana. Wiem jedynie z "drugiej ręki", że koleś nie zabijał złoczyńców, bo taki mocno życiowy kodeks etyczny sobie ułożył (pewnie w pijackim widzie, choć i to mało prawdopodobne, albowiem Batman nie pije alkoholu), że zaciukali mu starych, że dla niepoznaki przebierał się w nietoperzowe łachy i że w przebraniu klepał złych po ryjach, a w przerwach między klepaniem chadzał na różne bankiety, bo forsy miał jak lodu. Tyle to wiem na pewno. Tak czy siak, gołym okiem widać, iż w sprawach najwyższej wagi, tj. komiksowej mitologii, kompletny ze mnie burak - pojęcia nie mam, czemu Joker maluje pysk, czemu ma sznyty na policzkach, czemu to, czemu tamto i czemu sramto. Zawsze interesował mnie włącznie film w swym kształcie ostatecznym. Całą resztę zaś postrzegałem w kategoriach zbędnego balastu, zamulającego fanowskie mózgi. Po tym jakże intymnym wyznaniu, dyskwalifikującym mnie jako recenzenta i kompromitującym moją osobę w oczach hardkorowych znawców, czas przejść do meritum, czyli drugiej odsłony Nolanowskiego Batmana.
Co tu wielce truć, pierwsza godzina filmu - pomimo bardzo życiowej (i realistycznej) skłonności niektórych postaci do niekrwawienia po postrzale z pistoletu automatycznego oraz po uderzeniu dynką w lustro weneckie - okazała się naprawdę niegłupim spektaklem. W zasadzie do momentu aresztowania Jokera, byłem gotów przyznać, że oglądam film nietuzinkowy, zrealizowany podłóg autorskiej wizji równie nietuzinkowego reżysera. Gdyby jeszcze Nolan darował sobie łopatologię w stylu: "na sekundę przed skokiem gadamy o skoku" albo powstrzymał się przed serwowaniem głupot w rodzaju: dzielny kierownik okradanego banku bierze sprawy w swoje ręce, wówczas byłbym całkowicie wniebowzięty. Niestety, druga połówka filmu pomalutku zaczęła staczać się na samo dno, a w końcówce to już odczułem zjazd motywacyjny maksymalny: nachalna demonstracja politycznej poprawności połączona z afirmacją życia skutecznie zabiły we mnie radość oglądania. W ogóle muszę powiedzieć, że nowy Batman ma dużego pecha. I to z kilku powodów. Po pierwsze, choć filmem jest dobrym (wiadomo: na bezrybiu i rak ryba), to nakręcony został w bardzo niedobrych dla kina rozrywkowego czasach. Czasy te charakteryzują się tym, iż nagminnie wytwarzają wokół widza atmosferę "przytulnego" niebezpieczeństwa, byle tylko nie zrobić mu krzywdy, względnie nie wytrącić go z błogiego stanu sycenia się stabilnością fikcyjnego świata. Po drugie, nowego Batmana zrealizowano bez odchyleń ideologicznych (z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę opowiem). Po trzecie wreszcie, po raz n-ty zamiast wiarygodnej historii, osadzonej w twardych realiach miejskich, dostajemy w prezencie od hollywoodzkich decydentów tzw. realizm "dawkowany" (technika półśrodków się kłania), który do spółki z szeregiem arcynaiwnych postaw ludzkich daje w efekcie karykaturę samego siebie. "Mówi się trudno i kocha się dalej" - tak pewnie odpowiecie. No cóż, nie w moim świecie. Ja oczekuję od reżysera przede wszystkim konsekwencji - że pociągnie do końca to, co zaczął bez pytania się o zgodę. Tak zrobił Burton. Nolan odpadł gdzieś w połowie.
Mając w pamięci te i inne zastrzeżenia, wypadałoby w końcu podkreślić, że jeden element mrocznorycerskiego świata nijak się nie chce dopasować do owej litanii narzekań. Tym elementem jest postać Jokera w brawurowej interpretacji Ledgera (czyta się Ledżera, żeby było do rymu). Koleś daje czadu nieziemskiego. Nawet kamera traktuje go na specjalnych prawach - praktycznie każdy kadr z jego udziałem jest szczytem kultu i na naszych oczach - jakkolwiek niefortunnie to zabrzmi w kontekście tragicznej śmierci człowieka - przechodzi do historii. Powiem więcej: wszystko, co przeczytacie poniżej, będzie albo odnosiło się bezpośrednio do tej postaci, albo rykoszetem się od niej odbije, gdyż w dalszej części recki wcale nie zamierzam się kryć z podziwem dla zdegenerowanego clowna. Tak, dobrze słyszeliście, podziwiam Jokera za odwagę przekonań. Podziwiam go za to, że jako jedyny bohater nowego Batmana ma jaja i wali prawdę między oczy bez owijania w bawełnę, podczas gdy reszta bezjajecznych idealistów na czele z chorym na gruźlicę Batmanem wygłasza takie komunały do kwadratu z atestem MPAA, że łeb pęka w szwach od wysłuchiwania tych bzdur. Ostatnie zdanie kieruję w szczególności do tych, którzy pogrążeni w poseansowym amoku recenzenckim, ciągle jeszcze ejakulując łzami rozkoszy, idą w zaparte i wmawiają zwykłym ludziom, jakoby dylematy etyczne Hamleta były dziecinadą w zestawieniu z rozterkami tandemu Gordon-Wayne.

Oto jak na dzień dzisiejszy przedstawia się sytuacja: jeśli Mroczny Rycerz zapisze się kiedykolwiek złotymi zgłoskami w dziejach kina - i nie chodzi mi tu o jakiś wydumany rekord kasowy - to publicznie oświadczam, że odszczekam wszystkie brzydkie słowa, jakie wypowiedziałem pod adresem komiksowych ekranizacji (z Transformerami Baya włącznie). Dobra, żarty na bok. Jeśli Mroczny Rycerz wejdzie do annałów, to tylko i wyłącznie za sprawą zrytego ryja Jokera. Jemu bowiem zawdzięczamy, że zamiast infantylnego banału na lato o super bohaterze, oglądamy infantylny banał o super bohaterze z niespodzianką w środku. Joker jest jak pęknięcie tektoniczne na ubitej glebie, jak demon wślizgujący się bezkarnie do świata dobranocki. Joker to po prostu filmowy socjopata czystej wody, jeden z trzech najlepiej zagranych psycholi, jakich widziałem. Ową trójkę uzupełniają panowie Johnowie: Ryder i Doe.
Co łączy wyżej wymienionych dżentelmenów? Uszkodzony chromosom? Nie, to byłoby zbyt banalne. Wszak umysł ludzki bywa zły, nie będąc anormalnym. W takim razie może osobliwie pojęte poczucie humoru? Tu już cieplej - instynkt ludyczny rozwinął się u całej trójki bardzo bujnie. Metodyczność, dokładność, cierpliwość? Ciepło. Groteskowe kaznodziejstwo? Ciepło. Jakaś trącąca ponadczasowym kultem scena? Otóż to! Niewidzialną nić pokrewieństwa, spajającą owych trzech zwyrodnialców w przytłaczającą zbrodniczą całość, tworzy właśnie jedna konkretna scena, dziejąca się na komisariacie, tuż po aresztowaniu, ale jeszcze przed przesłuchaniem, kiedy oficer prowadzący ze zdumieniem odkrywa, iż schwytany oprych to najbardziej bezosobowa jednostka we wszechświecie. Usłyszymy wówczas trzy kwestie, różniące się zasobem słów, ale w treści identyczne:

Ryder: "Niekarany, bez prawa jazdy, bez świadectwa urodzenia. Sprawdziliśmy jego odciski w komputerze i nic nie znaleźliśmy. Na razie nie wiemy nawet, jak się nazywa."

Doe: "Nie znaleźliśmy ani jednego dobrego odcisku. Nie brał kredytów. Ani śladu zatrudnienia. Jedyne, co wiemy o tym facecie, to to, że jest bogaty, dobrze wykształcony i kompletnie niepoczytalny."

Joker: "Nic. Żadnych odcisków, śladów DNA, karty dentystycznej. Ubranie szyte na zamówienie, żadnych metek. W kieszeniach pustka, prócz noży i włókien. Brak nazwiska, brak innych danych osobowych."

Fincher sparafrazował Harmona, Nolan - Finchera i w ten sposób zrodziła się wieczyście trwała charakterystyka celuloidowej zbrodni, w której najbardziej przeraża nie wizualny rozmach i namacalne okrucieństwo czynu, lecz fakt, iż powstała ona z nicości jako anonimowa niszczycielska siła. Już nie o to się rozchodzi, że Joker straszy swoim nieprzejednanym stylem bycia oraz dalekosiężnym planowaniem. On zwyczajnie bierze wszystkich tak jak chce. Medycyna dowodzi, że dziewczynki dojrzewają szybciej od chłopców. U Nolana inaczej: Joker dojrzewa (a raczej dojrzał - do swojej burzycielskiej roli) szybciej niż całe Gotham razem wzięte do roli obrońcy własnych bezbronnych dusz. Prawda to, że clown wodzi za nos topornego Nietoperza, prawda, że igra z policją i zbiorowiskiem przygłupawych łebków, których tylko z szacunku dla reżysera nazwę mafią, ale prawdą jest również to, że tym razem antagonista zadanie miał wyjątkowo ułatwione, ponieważ jego największy przeciwnik okazał się być... emo.
Zastanawialiście się kiedyś, czemu Nolanowy Batman to taki niezdecydowany frajer? Jego komiksowe rozterki dobijały mnie przez cały seans. "Alfredzie, powiedz mi, bo jestem smutny: czy jeśli będę walczył z mafią, to będę musiał zabijać ludzi?" Albo lepiej: "Alfredzie, powiedz mi, czy naprawdę muszę zabijać?" Albo jeszcze lepiej: "Alfredzie, przytul mnie". Rozumiem, że w komiksie Batman unikał zabijania, raczej parał się dostarczaniem zbirów pod drzwi komisariatu. Wszystko super, fajnie, pięknie, lecz realizmu w tym nie ma za grosz. A najgorsze jest to, że straszliwie cierpi na tym film, gdyż postawiwszy sobie za punkt honoru jak najwierniejsze oddanie życiowych realiów, nie można honorować tak krańcowo idealistycznego myślenia. Myślenia, które zostałoby poddane brutalnej weryfikacji już przy pierwszym kontakcie z przestępczością zorganizowaną, a z taką przecież Batman walczy, kiedy Joker odpoczywa. Poza tym spójrzcie na sprawę od innej strony: jaki dorosły człowiek w filmie aspirującym do miana thrillera sensacyjnego, który decyduje się uprzątnąć miasto z szumowin, ugina się pod naporem tak skrajnie infantylnych rozterek? Czy będę musiał zabijać? Nie chcę zabijać. Nie mogę. Nie zrobię - i tak w koło Macieju. Przecież to się normalnie w pale nie mieści! To ma być ta reklamowana w internecie antyczna tragedia archetypowa, zapuszczająca sondę w mrok ludzkiej podświadomości? Wolne żarty. Gdyby to ode mnie zależało, wysłałbym Wayne'a gdzieś na winkiel, żeby sobie pogawędził z jakimś dwunastolatkiem handlującym dragami - może dzieciak pokazałby mu, na czym świat stoi i wytłumaczył temu idealiście od siedmiu boleści, że jak obierasz kurs kolizyjny na mafię, to bez zabijania się nie obejdzie. Krótko: wchodząc do szamba, będziesz śmierdział. Gotham to szambo - Batman ma je oczyści z gówna. Ale nie w białych rękawiczkach. Walka z oprychami nie może przypominać usługiwania ministranta do mszy. Stąd też aplikowanie realizmu do filmowej wersji Nietoperza sugerowałbym zacząć od uporania się z zadziwiającym humanitaryzmem bohatera, który oczywiście dla fanów stanowi nie lada gratkę, bo komiksowy i w ogóle nadaje postaci takiej fajnej, rzadko spotykanej psychologicznej głębi, ale sorry - w filmie z ambicjami wygląda po prostu żenująco niewiarygodnie.
Absurdalna w kontekście wykonywanego fachu Batmanowa niechęć do odbierania życia złym ludziom ma swoje dalsze niebagatelne konsekwencje - konsekwencje fabularne. Otóż na skutek dziecinnych, emocjonalno-egzystencjalnych wahań Nietoperza Joker pozbawiony zostaje przeciwwagi w postaci bezwzględnego, katońskiego mściciela, który różniłby się od clowna celem, lecz nie metodami. Ktoś powie, że takie zrównanie obydwu zniszczyłoby mit Batmana. Zgadzam się - pomnik z brązu uległby niechybnie skruszeniu. Na gruzach mitu wyrósłby jednak bohater z krwi i kości (jak Joker-Ledger wyrósł na gruzach Jokera-Nicholsona), bohater, któremu mógłbym kibicować w starciu ze złem, bohater, za którego mógłbym zaciskać kciuki w chwilach zwątpienia, bohater, którego chciałbym podnieść z kolan w razie upadku, słowem, bohater realistyczny - dorosły, przytomny człowiek, a nie jakiś komiksowy fantom z emo-problemami. Filmowy Batman będzie bajeczką dla dzieci dopóty, dopóki ktoś w końcu nie przetnie pępowiny łączącej go z komiksem. Zwróćcie uwagę: jedna z najlepszych scen Mrocznego Rycerza - Joker dynda na lince i rozmawia z Batmanem. Z ust clowna pada wówczas znamienne zdanie o niepohamowanej sile, która napotyka na swojej drodze niewzruszony monolit, mało tego, sposób nakręcenie tej sceny kojarzy się nieuchronnie z kartą do gry - pozytyw i negatyw, góra i dół, dobro i zło we wzajemnym uścisku, nierozerwalne, raz triumfuje Batman, innym razem Joker, podczas gdy obrót kamery sygnalizuje zmianę biegunów. Teoretycznie rzecz ujmując, tożsamość obu tych postaci jest bezsporna, lecz w praktyce Batman wypada doprawdy mizernie w porównaniu z Jokerem, żaden z niego monolit. I bynajmniej nie dlatego, że Ledger miał więcej do zagrania, a Bale ledwie grywał ogony. Pewnych ssaków nie zamyka się w klatkach. Nietoperz wtłoczony w komiksowy gorset staje się pośmiewiskiem dla swoich oprawców. W filmie rzecz jasna tego nie widać. W filmie musi zwyciężyć naiwnie rozumiane dobro, nawet jeśli wiąże się to z unicestwieniem bezcennej, bo niepoprawnej ideologicznie wymowy dzieła. Nic bardziej nie wkurza niż zaprzepaszczona szansa na coś wielkiego.
Jakim więc cudem Joker przegrał batalie o dusze Gotham, skoro naprzeciw niego stanął taki niedomagający super bohater? Dwa słowa: promy i sonar. Nie wybaczę Nolanowi sekwencji na promach. To był dla mnie nokaut, coś tak nieskończenie idiotycznego, że nawet statystyka tego nie uwzględnia. Ja naprawdę potrafię wiele zdzierżyć. Potrafię dla przykładu wyobrazić sobie słonia, który wisi nad przepaścią przywiązany ogonem do stokrotki i nie spada, lecz w obliczu takich urągających zdrowemu rozsądkowi przegięć jedne, co mogłem uczynić, to rozłożyć ręce w akcie kapitulacji. To, co wymyślił Nolan, nazywa się w żargonie filmowym sztampą do kwadratu bez zażenowania serwowaną widowni. Typową amerykańską, słodziutką sztampą, obliczoną na upokorzenie złego bohatera, który ma rację, ale jego racje są "nie dla dzieci", "nie na lato" i ogólnie: "Po co dołować publikę, skoro można wciskać jej kit?" Oświadczam tu i teraz, że gdyby ów szczęśliwie zresocjalizowany Murzyn do rany przyłóż (albo ktokolwiek inny) wysadził sąsiednią barkę w powietrze, siedziałbym sparaliżowany w fotelu jeszcze długo po wygaśnięciu napisów końcowych i chyba obsługa kina musiałaby mnie wynieść z sali, bo o własnych siłach nie dałbym rady się wyturlać. Tymczasem zamiast sparaliżowany, do końca seansu siedziałem zdegustowany, gdyż dostałem nachalną, niezgodną z empirią pochwałę ludzkiej szlachetności, która zdarza się tylko i wyłącznie w filmach z gatunku fantasy, gdzie triumf dobra stanowi - sorry za popadanie w tautologie - niepodważalnych aksjomat. Thriller sensacyjny funkcjonuje w oparciu o inne zasady. W thrillerze sensacyjnym prawy obywatel jest prawy, dopóki ma pewność, że zobaczy swoje dzieci albo że jego rodzinie nic nie zagraża. Kiedy tej pewności brak, nie ma już prawa ani prawych obywateli. Nie zrozumcie mnie źle: tu nie chodzi o moje życie. Moje życie jest gówno warte. Tu chodzi o życie moich bliskich. Wysadziłbym cały świat, byle tylko ich ratować, a nie jakąś tam nędzną barkę. Barkę wypełniona pedofilami, gwałcicielami i mordercami pewnie wysadziłbym za darmo.
Kłopot Nolana z barkami polega na tym, że scena ta miała być w założeniu szczytowy punktem na skali perfidii zła, miała być niczym erupcja wulkanu, tyle że w miejsce rzygających z krateru strumieni lawy reżyser wymarzył sobie prawdziwy gejzer emocji. Rzeczywistość okazała się okrutna: zamiast zdobyć Kilimandżaro emocjonalnego wrzenia, Nolan ściągnął film na niziny emocjonalnej tandety. Inni reżyserzy w innych filmach (nawet tych z certyfikatem PG, jak choćby Spielberg w Wojnie światów) postawili swoich bohaterów wobec analogicznych dylematów (w dodatku zaaranżowanych w sposób nieporównywalnie bardziej naturalny - u Nolana widzimy grupę doskonale statycznych tekturowych dykt, które sprawiają wrażenie owieczek prowadzonych na rzeź) i nie byli skłonni popadać w lukrowany banał, jeno uderzali młotem raz po razie, obnażając tę część naszej natury, o której na co dzień nie chcemy pamiętać, bo kompromituje nas jako ludzi. Powtarzam: motyw z barkami to bujda na resorach. Jej funkcja (tej bujdy) sprowadza się do pognębienia jedynej, całkowicie osieroconej, realistycznej postaci w filmie, mającej odwagę przekonań w mówieniu rzeczy, wykraczających poza ramy nawet najlepszej produkcji z certyfikatem PG. Pognębienia jej w oczach najmłodszych widzów, gdyż jak wiadomo - "Batman nic złego nie zrobił" i z takim przesłaniam dziecko idzie do wyrka. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby te promy faktycznie eksplodowały? Gdyby płonące ludzkie pochodnie rzucały się z krzykiem do wody? Jak sądzicie, jak bardzo zmieniłby się wówczas wydźwięk filmu? Odpowiedź niech każdy sobie dośpiewa wedle uznania.
Czemu nie wspomniałem jeszcze o sonarze? Pomysł z sonarem - sam w sobie dostatecznie kretyński, by nawet najbardziej zaślepiony miłośnik komiksowych uproszczeń dostrzegł jego horrendalną niedorzeczność - stanowi kolejne ogniwo w łańcuchu zdarzeń, obliczonych na pognębienie Jokera. Clown - w swej zajadłości niedościgniony - poprzebierał niewinnych ludzi za zbirów z własnej eki, po czym porozstawiał ich na piętrach jak kaczki do odstrzału. Nie było absolutnie żadnej fizycznej możliwości uratowania owych istnień. Batman mógł co najwyżej oczyścić jedną kondygnację, nie więcej. Reszta zakładników zginęłaby z rąk antyterrorystów i mielibyśmy, co tu dużo mówić, krwawy anarchistyczny pochód przy akompaniamencie wystrzeliwanych SWAT-owskich nabojów. Słowem, zamęt, płacz i zgrzytanie zębów. W końcu telewizyjne pokazówki Jokera stałyby się ciałem, ponieważ jak dotąd wielkiej krzywdy mieszkańcom Gotham nie uczynił: zdetonował ładunki w szpitalu (pustym!), rozwalił kilka policyjnych furgonów i zalazł za skórę paru upośledzonym mafiosom. Ot, ledwie przygrywka. Kiedy natomiast miało dojść do prawdziwych zniszczeń, kiedy niewinni cywile faktycznie mogliby pocierpieć, wtedy pojawia się... sonar. Muszę przyznać, że Nolan wstawił go do fabuły w idealnym momencie - gdy tylko zaczęło robić się nieprzyjemnie, gdy film zaczął odpływać w stronę "zakazanych treści", gdy Jokerowy chaos pomału osiągał apogeum, 3D sonar rodem ze Star Treka uratował sytuację i przywrócił wiarę w dobro. Potem na dobitkę Murzyn wyrzucił za burtę detonator i już spokojnie można było wykrzyczeć w twarz Złu, że przegrało batalie o dusze Gotham.
Wiecie, co myślę? Myślę, że Nolan napisał postać Jokera na inną okazję i tylko jakiś nierozumny przypadek sprawił, iż wylądował on akurat w tym konkretnym mocno niedorobionym filmie. Koleś jest zbyt zdeterminowany, zbyt nieprawomyślny, aby banda idealistów na czele z nieskazitelnym Gordonem (facio dostałby pewnie zawału, gdyby musiał skłamać w raporcie) oraz emo-Batmanem mogła go powstrzymać. Okalająca Jokera rzeczywistość wydaje się bowiem tak śmieszna w swej poczciwej naiwności, zamieszkujący ją ludzie tak zawstydzająco bezradni, że bez przesady w świecie The Dark Knight clown jawi się jako postać niepokonana i nie do pokonania, i tylko scenariuszowym głupotom zawdzięczamy, że złoczyńca ponosi klęskę, a sam film stopniowo odchodzi od angażującego sensorycznie i emocjonalnie realizmu w stronę niezobowiązującej komiksowości. A miało być tak pięknie...

Co się zaś tyczy Denta, to patrząc na jego lewe lico po transformacji w Two-Face'a, przeszła mi przez głowę taka oto błyskotliwa myśl: Mumia + Darkman + Evil Dead 2.

PS. Tytuł recenzji zawdzięczamy kreatywności Jakuzziego


wytwórnia - Warner, Legendary Pictures, DC Comics, 2008
reżyseria - Christopher Nolan
scenariusz - Christopher Nolan, Jonathan Nolan
zdjęcia - Wally Pfister
muzyka - James Newton Howard, Hans Zimmer
montaż - Lee Smith
scenografia - Nathan Crowley
efekty wizualne - Nick Davis, Christian Irles, Laya Armian
czas projekcji - 152 minuty


Christian Bale
Heath Ledger
Aaron Eckhart
Michael Caine
Maggie Gyllenhaal
Gary Oldman
Morgan Freeman
Monique Curnen
Cillian Murphy
Eric Roberts


Bruce Wayne / Batman
Joker
Harvey Dent / Two-Face
Alfred Pennyworth
Rachel Dawes
por. James Gordon
Lucius Fox
Ramirez
Scarecrow
Salvatore Maroni


Autor recenzji: Bartosz Rudnicki - MENTAL [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 18 sierpnia 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF