STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA


MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO OBEJRZENIA


Bałem się. Naprawdę się bałem, że film ten będzie tylko i wyłącznie artystycznym bełkotem. Nierealna historia, przedstawiona jako metafora czegoś tam, jedynie pretekst, by coś tam ukazać, z kilkoma wstawkami jakichś tam rozmów o problemach naszej egzystencji. Długie ujęcia, milczący bohaterowie, wszędobylska asceza. I podkreślanie na każdym kroku swojej „niezależności” - która, owszem, w kilku amerykańskich produkcjach ostatnich lat, sprawdziła się dobrze, ale przy oglądaniu po raz dziesiąty tego samego, o jakiejkolwiek niezależności trudno jeszcze mówić. Wszystkie te obawy okazały się jednak nieuzasadnione. „Miłość Larsa” to cudowny film. A właściwie „filmik” - bo to takie małe wielkie kino. Historia faceta zakochującego się w lalce wcale nie jest tak dziwaczna, jak z pozoru mogłoby się wydawać. Przesympatyczni bohaterowie nie dość, że nie milczą, to prawią całkiem mądrze. I przede wszystkim, film ten niczego nie udaje – nie sili się na ukazanie swojej artystyczności, „offowości”. Nie jest to kolejny twór pod tytułem „pokochaj mnie, bo jestem taki mały, biedny i robiony z dala od mainstreamu”. Ale... i tak się go kocha. Już od pierwszego obejrzenia.

Film Craiga Gillespiego ma w sobie trochę z „Dróżnika”, trochę z „Rodziny Savage”, gdzieś tam słychać w nim echa „Powrotu do Garden State”, a nawet „Juno”. To ten ostatni tytuł okazał się zresztą dla „Miłości Larsa” przeszkodą do otrzymania Oscara w kategorii najlepszego scenariusza oryginalnego. I choć Diablo Cody niewątpliwie odwaliła kawał dobrej roboty, mnie bardziej uwiodła historia Larsa - nieśmiałego chłopaka, który pewnego dnia przyprowadza do domu naturalnych rozmiarów lalkę i... przedstawia ją jako swoją dziewczynę. Konsultacja z lekarzem wskazuje na urojenie, a jedyne, co można zrobić, to zachowywać się tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku. I czekać. Tak więc też czyni rodzina Larsa wraz z całą społecznością małej mieściny, w której żyją. Dziwne, sztuczne, nierealne? Nic z tych rzeczy! Główną zaletą tego filmu jest właśnie szczerość. Nic nie wydaje się w nim wymuszone. Historię „łyka” się od razu i do samego końca przeżywa, mimo że tak naprawdę niewiele się w niej dzieje. W „Miłości Larsa” wykreowano też specyficzny, pełen małomiasteczkowego uroku, klimat - być może nawet lekko zahaczający o bajkę. Sprawia to, że na każde fabularne niedociągnięcie po prostu przymyka się oko. A właściwie natychmiastowo się o nim zapomina.
Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie aktorzy. Bohaterowie przez nich wykreowani składają się na jedną z fajniejszych ekranowych ekip. Emily Mortimer, Paul Schneider, mistrzyni drugiego planu Patricia Clarkson czy słodka Kelli Garner - wszyscy są świetni w swoich rolach. Ale Ryan Gosling, grający tu głównego bohatera, po prostu przechodzi samego siebie. Od kilku już lat aktor ten głośno puka do hollywoodzkiej czołówki. W „Szkolnym chwycie” był rewelacyjny – tutaj... jeszcze lepszy. Wcielając się w tak charakterystyczną postać, nietrudno jest przeszarżować. Kurczę, on w końcu rozmawia z lalką! Jednak Gosling nawet na chwilę nie wstępuje na fałszywe tony. To właśnie o Larsa w tym filmie chodzi – o jego problemy i przemianę, jaka się w nim dokonuje. Jest to rola, która „ciągnie” film i każde najmniejsze potknięcie mogłoby się okazać katastrofą. Tu tego nie ma. Gosling daje radę do końca - po raz kolejny udowadnia, że trzeba się z nim liczyć, a „Fanatyk” nie był tylko jednorazowym wyskokiem.

Pokłady ciepła, jakie drzemią w tym filmie, potrafiłyby roztopić lód. I jakkolwiek banalnie to nie brzmi, tak się właśnie dzieje – nie tylko na ekranie, gdzie na dalekiej północy zima ustępuje w końcu miejsca wiośnie, ale także u oglądających. Bianki (bo tak lalka ma na imię) nie da się nie kochać – po pewnym czasie staje się ona częścią lokalnej społeczności. Ludzie nie traktują jej już tylko jako część terapii Larsa, ale po prostu jako nową mieszkankę ich miasta. I choć może trudno w to uwierzyć, film ten jest tak skonstruowany, że widz w ogóle nie zastanawia się nad tym, czy to możliwe, czy nie – po prostu przyjmuje to do wiadomości. Ja sam złapałem się na tym, że Bianca w pewnym momencie awansowała u mnie do rangi kolejnej bohaterki opowieści. A w końcu jest z plastiku i nie mówi… To naprawdę niesamowite, jak z tak niewiarygodnej historii można zrobić film tak prawdziwy. Trzeba jednak uwierzyć w miłość. I to nie tylko tę do lalki, ale również, a nawet przede wszystkim tę, którą mieszkańcy miasteczka obdarzyli Larsa. Bo wszystko, co robią, robią właśnie dla niego. Ja uwierzyłem…
Kurczę, jaki to fajny film. Wśród tzw. „feel-good movies” znajduje się u mnie w zdecydowanej czołówce. A wcale nie jest głupiutki. Prócz tego, że to film ciepły, urokliwy i chwilami do łez zabawny, przemyca też nienachalnie kilka „cięższych” tematów. Gdzieś między wierszami mówi się tu o tolerancji, dorastaniu, rodzinnych więzach, radzeniu sobie ze stratą. I wszystko to jest naprawdę świetnie wyważone. W takich niepozornych, niskobudżetowych, „małych” filmach o wiele łatwiej wyczuć każdą fałszywą nutę. Ja chyba zostałem „Miłością Larsa” zamroczony – nie wyczułem żadnej. Od samego początku aż do napisów końcowych wszystko idzie tu gładko, jak po sznurku. Nie ma momentu, w którym słychać by było jakiś nagły zgrzyt. A po zakończeniu seansu pierwszą rzeczą, na jaką ma się ochotę, to zafundować go sobie ponownie, najlepiej od razu. I czy nie po to właśnie oglądamy filmy?

Niestety, nie jest wcale tak łatwo obejrzeć ten film w naszym kraju. Dobra obsada, nominacje do najważniejszych nagród – prócz Oscara, także i Złoty Glob albo Nagroda Gildii Aktorów Filmowych, czy wreszcie świetne opinie krytyków – nie zachęciły żadnego z polskich dystrybutorów. Odbył się jeden (sic !) pokaz tego filmu na dużym ekranie – i to też niemal dwa lata po światowej premierze, w ramach specjalnego projektu. Los bardzo podobny do tego, jaki spotkał „Transamericę” – ta jednak w końcu została wydana na DVD. „Miłość Larsa” – nie. I pomyśleć, że są tygodnie, kiedy w kinach po prostu nie ma czego oglądać. Nieśmieszne pseudoparodie, wszelkie popłuczyny po „American Pie”, sto pierwszy film o tańcu… Tu nawet nie chodzi o nie. Do dystrybucji kinowej wchodzą często po prostu przeciętne tytuły. Omija się zaś perełki takie jak ta. Tego typu sytuacje za każdym razem wzniecają dyskusje na temat ściągania filmów z internetu – jak bowiem polski kinoman całkowicie legalnie zaspakajać ma swoje filmowe potrzeby? No właśnie… Na szczęście w przypadku „Miłości Larsa” otworzyła się taka furtka – film został niedawno dołączony jako dodatek do poczytnego polskiego dziennika. Lepsze to niż nic. Jeśli więc nie zdążyliście się zaopatrzyć, penetrujcie stoiska na targowiskach i dworcach kolejowych, przeszukujcie aukcje internetowe, pytajcie w kioskach. Nieważne jak, ale zdobądźcie tę płytkę i rozpowszechniajcie ją wśród znajomych. Będą wam za to dozgonnie wdzięczni.


 

rok produkcji - 2007
reżyseria - Craig Gillespie
scenariusz - Nancy Olivier
zdjęcia - Adam Kimmel
muzyka - David Torn
czas projekcji - 106 minut


AKTORZY


Ryan Gosling
Emily Mortimer
Paul Schneider
Kelli Garner



Autor recenzji: Karol Barzowski - The Talented Mr. Ripley | Klub Miłośników Filmu, 20 sierpień 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA