Machete don't text


Co łączy "Dystrykt 9", "9" i "Maczetę"? Gdyby w tytule obok maczety stała dziewiątka, odpowiedź byłaby oczywista. O co więc chodzi? Te trzy tytuły to efekt przerobienia krótkiego metrażu na metraż długi. Świat "Dystryktu 9", w którym johannesburskie slumsy zamieszkują imigranci z kosmosu, wywodzi się z krótkometrażowego filmiku "Alive in Joburg". Kinowy "9" z 2009 roku to rozwinięcie do pełnego metrażu krótkiej animacji z roku 2005 pod tym samym tytułem. O ile "Dystrykt 9" okazał się prawdziwym objawieniem, docenionym przez widzów i wyróżnionym nominacją do Oscara za najlepszy film 2009 roku, tak kinowa wersja "9" przynudzała i, choć była wizualnie olśniewająca, nie sięgała do pięt sześciominutowemu oryginałowi, mającemu na koncie nominację do Oscara za najlepszy krótki metraż. Przypadek "Machete" jest spośród wymienionej trójki najciekawszy i jedyny w swoim rodzaju, film powstał bowiem jako... rozwinięcie trailera, wyświetlanego w kinach w 2007 roku między filmami "Death Proof" i "Planet Terror" w cyklu "Grindhouse". Wielka mi rzecz, powiecie, przecież zawsze przed wejściem filmu na ekrany kin, najpierw powstaje trailer. Owszem, ale trailer "Maczety" powstał jako reklama filmu nieistniejącego. Kiczowatość i b-klasowość zajawki, a przede wszystkim przerysowana do bólu postać Maczety, tak bardzo spodobały się widzom, że posługujący się ostrymi narzędziami bohater natychmiast zyskał miano kultowego, a Robert Rodriguez, nie mając innego wyjścia (naciski i prośby fanów), postanowił fake-trailer rozbudować do filmu pełnometrażowego.


Powstały po 3 latach film "Maczeta" wykorzystuje niemal wszystkie sceny, jakie mogliśmy ujrzeć w trailerze. Fabuła obrazu kinowego sprawiać może przez to wrażenie napisanej tylko po to, by połączyć w sensowną całość trailerowe cool-scenki. Z drugiej jednak strony, traktując "Maczetę" w oderwaniu od trailera (albo go nie znając) ogląda się nowy film Rodrigueza jako całkiem spójną całość. Godne uznania jest to, że na potrzeby "Maczety" nie kręcono od nowa scen znanych z trailera, tylko wykorzystano oryginalne ujęcia sprzed trzech lat. Jedynie kilka fragmentów znanych z fałszywej zajawki, jak kąpiel Maczety z matką i córką badguya, nieudany zamach, czy atak na limuzynę, zrealizowano od nowa z powodu wstawienia w miejsce aktorów z trailera aktorów hollywoodzkich. W gotowym filmie zabrakło niestety jednego z najlepszych ujęć znanych z trailera - Maczety odsłaniającego poły płaszcza obwieszonego nożami, maczetami i innym ostrym żelastwem (ujęcie dostało się na jedną z wersji kinowego plakatu). Na szczęście Rodriguez i Ethan Maniquis wykorzystali scenę będącą wizytówką trailera, czyli Maczetę skaczącego motorem na tle eksplozji, z sześciolufowym działem zamontowanym na kierownicy. Zdjęcia, z udziałem hollywoodzkich aktorów: Roberta De Niro, Lindsay "gram tu samą siebie" Lohan, Dona "wyciągniętego z niebytu" Johnsona, Jessiki "jestem tu tylko po to by pokazać tyłek" Alby, Toma Saviniego, Jeffa Fahheya, Cheecha Marina i Stevena "wciąż przy tuszy" Seagala, które stały się łącznikiem i uzupełnieniem trailerowych urywków, tworząc całkiem zwartą i trzymającą się przysłowiowej kupy opowieść, nakręcono w 2010 roku.


66-letni, bardzo dobrze zakonserwowany Danny Trejo, który ma na swoim koncie ponad 200 ról drugoplanowych, po raz pierwszy (chyba, że o czymś nie wiem) dostał główną rolę w obrazie kinowym. I przyznać muszę z przykrością, że gdyby nie bogato zaludniony gwiazdami drugi plan, paskudnie charakterystyczny Trejo nie dałby rady pociągnąć filmu. Ten ciężko przystojny gość doskonale spisuje się na drugim planie w rolach wrednych typów spod ciemnej gwiazdy, często posługujących się wielkimi muskułami i ostrymi nożami. Ostatnimi laty kilka z kreowanych przez niego postaci miało nawet ostre imiona/przydomki: Brzytwa w trylogii "Od zmierzchu do świtu", Maczeta(!) w trylogii "Spy Kids" oraz Cuchillo w tegorocznym "Predators". Zaznaczam, że nie wiem co oznacza Cuchillo, ale po wpisaniu tego słowa na Google wyskakują zdjęcia noży ;). Maczecie Trejo najbliżej chyba do postaci nożownika z "Desperado", który był arcyciekawym czarnym charakterem i został wówczas zdecydowanie za szybko uśmiercony przez Banderasa. Główna rola w filmie Rodrigueza, choć nie jest żadną rewelacją i, jak dla mnie, do kultu jej daleko, Trejo się więc z całą pewnością należała, bo jest kwintesencją i dopełnieniem jego ekranowego emploi. Reżyser tchnął w Maczetę życie, dając mu najlepsze one-linery ("Maczeta nie SMS-uje" rządzi) i wrzucając go w sam środek problemu USA z meksykańskimi uchodźcami, przez co film, poza widowiskową mordownią, zabiera głos w zawsze aktualnym temacie korupcji wśród polityków i problemów z napływającymi do Stanów Zjednoczonych, niemile widzianymi imigrantami. Rodriguez dał Maczecie ważne zadanie poprowadzenia meksykańskiej rewolty we wtórze karabinowych strzałów i widowiskowych eksplozji. Dał mu też dramatyczną przeszłość (okrutna śmierć żony) i niejednoznaczny charakter: dziś renegat, wczoraj agent FBI. To bardzo dużo jak na postać, która jeszcze trzy lata temu była tylko bezmyślnym zakapiorem z Maczetą w łapie.


Mam spory problem z oceną nowego filmu Rodrigueza (i Ethana Maniquisa oczywiście). Nie lubię oglądać czegoś, co już na etapie powstawania ma przylepioną łatkę "kultowy". Czuję się wówczas, jakby ktoś wymagał od mnie, żebym z założenia odbierał coś jako coś, czym może wcale nie jest. Z jednej strony nowe dzieło twórcy "Od zmierzchu do świtu" jest niezłą zabawą w kino zrobioną z dystansem i na wyraźnym luzie. Z drugiej jednak, jak na film o Maczecie, trochę za dużo tu gadania, a za mało rozpierduchy i szlachtowania. Finałowa strzelanina i walka na miecze między Trejo a Seagalem, niestety, rozczarowują na całej linii - do zajebistości, jaką obiecywał trailer, dużo im brakuje. Z całą jednak pewnością na dużą uwagę zasługują pozostałe sceny akcji. Takie perełki jak strzelanina w kościele, skok z okna na jelitach, który przejdzie do historii kina (i będzie z pewnością nominowany do KMF-owych Złotych Krabów w kategorii "Najlepsza scena") oraz finałowy skok na rozstrzelanym motorze, usatysfakcjonują widza spragnionego kiczowatego kina akcji z elementami gore. Dodatkowo, ciekawym zabiegiem jest, jak dla mnie, zaburzenie czasu, w jakim rozgrywa się akcja filmu - stare odbiorniki telewizyjne i samochody wskazują na lata 70.-80., choć nowoczesne telefony komórkowe zdają się sugerować teraźniejszość.


Nieco razi stylizacja "Maczety" na stare kino B-klasowe: chaotyczny montaż, złe kadrowanie i brudy na taśmie są tu już bowiem tylko powtórką nowatorskiego zabiegu formalnego z "Planet Terror" i "Death Proof", przez co tracą na sile wyrazu. Dla równowagi, duży plus należy się za niezawodnego Cheecha Marina (tu w roli księdza cytującego Rambo) oraz dwa sympatyczne nawiązania do "Ucieczki z Nowego Jorku" - Maczeta wybierający broń z asortymentu rozłożonego na stole oraz Michelle Rodriguez z opaską na oku.

Ogólnie rzecz biorąc "Maczeta" to kawałek porządnej, męskiej rozrywki w całkiem dobrym wydaniu, skąpanej solidnie (choć mogło być jeszcze bardziej) we krwi. I choć nie jestem do końca usatysfakcjonowany nowym dziełem Rodrigueza, bo ostatecznie zabrakło mi w nim duszy, tak pieniędzy wydanych na bilet kinowy nie żałuję.

6/10




wytwórnia - Troublemaker Studios, 2010
reżyseria - Robert Rodriguez, Ethan Maniquis
scenariusz - Robert Rodriguez, Alvaro Rodríguez
produkcja - Robert Rodriguez, Elizabeth Avellan
muzyka - John Debney, Carl Thiel
zdjęcia - Jimmy Lindsey
montaż - Robert Rodriguez, Rebecca Rodriguez
scenografia - Christopher Stull
efekty specjalne - Robert Rodriguez
czas projekcji - 105 minut

wystąpili

Danny Trejo
Robert De Niro
Jessica Alba
Steven Seagal
Michelle Rodriguez
Jeff Fahey
Cheech Marin
Don Johnson

(Machete Cortez)
(senator John McLaughlin)
(Sartana Rivera)
(Torrez)
(Luz)
(Michael Booth)
(Padre Cortez)
(Von Jackson)

Autor recenzji: Rafal Donica - DUX [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 9 listopada 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF