W czasie kręcenia "Lśnienia", Kubrick zadzwonił o 3 nad ranem
do Stephena Kinga i zapytał go: "Wierzysz w Boga...?"




Hol, drzwi, pusto, cicho... nagle, powoli, z obydwu stron korytarza zaczyna wlewać się krew... hektolitry krwi. Kamera stoi nieruchomo i obserwuje jak czerwona fala powoli i konsekwentnie zbliża się, rozbryzgując się o ściany i napotkane na drodze przedmioty. Wreszcie krwawa powódź dociera do kamery, zalewa cały ekran i wtedy dopiero pokazuje się napis który przejdzie do historii kina na zawsze, a który brzmi: "Lśnienie". Tak wyglądał w całości, niesamowity trailer reklamujący film Kubricka z 1980 roku. Sekwencja ta powstawała przez cały rok, bo Kubrick znany z maniakalnego wręcz perfekcjonizmu, uparcie twierdził, że sprowadzona na plan czerwona substancja, jest wciąż i wciąż zbyt mało podobna do prawdziwej krwi.



Czołówka "Lśnienia" to przykład na niezwykłą prostotę formy i paradoksalnie geniusz w budowaniu atmosfery już na etapie napisów początkowych. Stanley Kubrick wyrobił kilometry taśmy filmowej, aby nakręcić z helikoptera malownicze plenery, będące ilustracją tej, hipnotyzującej, niezapomnianej czołówki (niektóre niewykorzystane ujęcia trafiły po kilku latach do napisów końcowych znakomitego "Blade Runner"). Zaczyna się film, kamera sunie nad wodą, przelatuje nad wysepką i drzewami... a wszystko przy akompaniamencie klimatycznej muzyki, która po chwili zmienia oblicze niczym świetliste anioły z Arki przymierza, zmieniające się nagle w demony śmierci - w "Poszukiwaczach zaginionej Arki". Kamera sunie dalej, nad góry i lasy, w końcu ukazuje się jadący samochód; to Jack jedzie swoim Volkswagenem aby podpisać umowę z właścicielami hotelu "Overlook". Nie wie, że za chwilę podpisze dokumenty, które zmienią losy rodziny Torrance'ów i historię kina grozy - na zawsze...




"Lśnienie" to film który można rozpatrywać na kilku płaszczyznach; religijnej, jeśli przyjąć że zło rodzące się w Jacku to kuszenie przez piekło pod postacią duchów osób zmarłych śmiercią różną, w ciągu wielu lat historii hotelu "Overlook". Za tą wersją przemawia fakt, że hotel zbudowany został na indiańskim cmentarzysku, oraz to, że wszyscy: Jack, Wendy i Danny doświadczyli spotkania z duchami. Psychologiczną, jeśli założyć, że Jack doznał zwykłego rozdwojenia jaźni - łatwo bowiem zauważyć, że zawsze gdy wchodzi w relacje (rozmowy, bliższy kontakt) czy to z kobietą z wanny, czy to z barmanem Lloydem, czy w końcu z Delbertem Grady (kelner który zalał Jacka likierem), patrzy w lustro; lustro w pokoju 237 - gdy spostrzega, że dziewczyna którą obejmuje, to tak naprawdę rozkładające się ciało starej kobiety, lustro za barem - do którego zaczyna mówić Jack, zanim przed jego oczami nie pojawi się Lloyd (jakby na zawołanie) a na regale nie zagoszczą dziesiątki butelek upragnionego alkoholu, czy w końcu lustro w łazience - które znajduje się za plecami Delberta Grady - zatem jeśli Delberta tam nie było, to Jack mówił... wprost do lustra właśnie. Jedynie w scenie w spiżarni nie ma lustra, co wcale nie przeczy teorii o schizofrenii Jacka, gdyż 'rozmawia' z Gradym przez zamknięte drzwi, a ten ani razu nie jest pokazany. Ciekawostką jest fakt, że Grady którego Jack spotyka na balu z okazji święta 4 Lipca w roku 1921, ma na imię Delbert, a Grady który był opiekunem hotelu w roku 1970 będzie miał na imię Charles - ta różnica imion pokazuje, że Grady podobnie jak Jack, był w Hotelu "Overlook"... dwukrotnie, raz jako pracownik (młody Jack na zdjęciu które jest ujęciem zamykającym "Lśnienie" stoi przecież wśród uczestników balu AD 1921 !!!), drugi raz jako opiekun dopuszczający się zbrodni na małżonce i dziecku / dzieciach.
Wracając jednak do teorii o schizofrenii (bo znacznie odbiegliśmy na chwilę od tematu); jeśli przyjąć tę teorię za prawdziwą, to w hotelu "Overlook" nie było żadnych duchów (co zaprzecza wersji religijnej), a Jack z powodu izolacji i ciągłego przebywania jedynie w towarzystwie upierdliwej, zrzędliwej żony (z permanentnym wytrzeszczem) i chorowitego synka, doznał książkowego wręcz przykładu schizofrenii i zaczął mówić sam do siebie, a co za tym idzie; wydawać sobie polecenia i rozkazy (w zakres tego wchodzi również usprawiedliwianie się przed samym sobą ze swoich zbrodniczych zapędów), jak również nagany za 'złe załatwienie sprawy z żoną i dzieciakiem'. Teorię o schizofrenii doskonale uzupełnia ujęcie, gdy Jack idąc pierwszy raz do sali balowej "Cold room", cedzi słowa przez zęby, mówiąc do siebie - pierwsze oznaki rozdwojenia jaźni jak ulał! Niestety, jak w każdej śmiałej teorii, tak i w tej jest pewna luka. Jeśli bowiem duchy w hotelu "Overlook" nie istniały, to kto w takim układzie otworzył drzwi spiżarki, w której Wendy zamknęła Jacka? Na upartego można założyć, że owe drzwi posiadały klamkę bezpieczeństwa, która po naciśnięciu od wewnątrz (wszak Jack podczas błagania Wendy o otwarcie drzwi, lewą ręką opiera się mocno o coś, na kształt klamki - jednak nie przekręca jej) otwierała drzwi, jednak jest to już zbyt mocne dorabianie faktów do ideologii, zatem sprawę schizofrenii Jacka pozostawmy na razie w zawieszeniu i przejdźmy do trzeciej, ostatniej płaszczyzny filmu. A ostatnią płaszczyzną, na jakiej rozgrywa się (czy też może się rozgrywać) historia opowiedziana w filmie przez Kubricka (do książkowego oryginału Kinga przejdziemy za chwilę, bo to zupełnie inny temat ;) to proste, ludzkie ułomności, które stały się przyczynkiem tragedii jaka rozegrała się w rodzinie Torrance'ów. Jack, nie mogąc przyznać się przed rodziną i sobą do zwykłego braku talentu pisarskiego (wszak nic się w filmie nie mówi o jakichś dotychczasowych sukcesach pisarskich Jacka), popada stopniowo w szaleństwo. Wciąż powtarza żonie, że to wszystko przez nią ("Spierdoliłaś mi całe życie") a swoje pisarskie próby traktuje absolutnie serio, choć jedyne co udało mu się napisać przez kilka miesięcy pobytu w "Overlook" to setki stron zawierających jedno zdanie: "Nudzą Jacka takie sprawy, ciągła praca, brak zabawy" (Kubrick zrobił kilka wersji bełkotliwej twórczości Jacka, w zależności od kraju wyświetlającego film, na przykład we Włoszech widzowie mogli przeczytać kilkaset razy napisane powiedzenie: "Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje", w Niemczech: "Nie odkładaj na jutro tego, co możesz zrobić dzisiaj", a
Hiszpanie coś w stylu: "Nie chwal dnia przed zachodem słońca" - jakby nie patrzeć, polska wersja jest najciekawsza ;). Nie może się Jack pogodzić z tym, że jedyne co naprawdę potrafi, to odśnieżać podjazdy, czy pracować w myjni (sam Stephen King imał się kiedyś tych zajęć), czy to co stara się robić aktualnie, czyli pilnować/ doglądać hotelu. Swoimi pisarskimi porażkami obarcza wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. Dodając do tego narastające poczucie izolacji, działające na nerwy towarzystwo żony i synka, oraz wypity alkohol (choć jeśli przyjąć wersję schizofreniczną, to żadnego alkoholu nie było) - powstała mieszanka wybuchowa i nic innego Jackowi nie pozostało, jak złapać za topór i rozwalić wszystkich i siebie, bo przecież nudzą Jacka takie sprawy, ciągła praca, brak zabawy ;)




O ile znakomita większość filmu zbudowana została powolnymi, przemyślanymi do perfekcji ujęciami (tak przemyślanymi i tak perfekcyjnymi, że Shelley Duvall jedno z ujęć powtarzała skromne 127 razy, a Scatman Crothers - który zagrał obok Nicholsona także w "Locie nad kukułczym gniazdem", powtarzał ujęcie 'lśnienia' w swojej sypialni, aż 120 razy, a Kubrick chciał nakręcić scenę śmierci Hallorana aż 70 razy, co Nicholson wybił reżyserowi z głowy, tłumacząc, że 70-letni - wówczas - Scatman Crothers nie powinien grać tej sceny więcej, niż 40 razy - tak, to jest zdecydowanie najdłuższe i najbardziej zagmatwane zdanie w tym tekście ;), a akcja rozwijała się niezwykle wolno, tak moment, w którym Jack zaczyna toporem rozbijać drzwi, to absolutne przeciwieństwo wszystkiego, co do tej pory reżyser nam pokazał - jakby szykował się przez cały film do nagłego, końcowego skoku i szybkiego, nieoczekiwanego ataku. Oto bowiem, nagle, ospałą, leniwą (choć dziwnym trafem niezwykle sugestywną) i gęstą atmosferę pustego pozornie hotelu 'Overlook', przecina ostrze topora. I przecina w sposób zupełnie nieszablonowy! Niezbyt dynamiczna do tej pory kamera, nagle ożywia się i podąża za ramieniem Jacka, towarzysząc mu z dokładnością chirurga przy uderzeniu i zamachu, zamachu i uderzeniu - oko kamery biega od lewej do prawej strony ekranu, powodując porażające uczucie, jakbyśmy obserwowali stojąc tuż obok, szokujący atak Jacka na drzwi pokoju, w którym przebywa Wendy i Danny. Co więcej, Kubrick nie bojąc się pozornie nudnych powtórek, każe swojej kamerze śledzić nie jedno, czy dwa uderzenia toporem w drzwi, ale aż 6 (resztę z 17 uderzeń, jedynie słychać), aż do wyrąbania w drzwiach dziury odpowiedniej, by wsadzić tam rękę i przekręcić klucz. W dzisiejszych czasach, taka scena zostałaby zapewne sfilmowana przy pomocy niezwykle dynamicznych 20 ujęć i 40 szybkich cięć montażowych. Ale nie u Kubricka, wszak "Lśnienie" pełne jest niestandardowych rozwiązań formalnych; kamera Steadicam podążająca za Dannym, który pędzi po korytarzach swoim trójkołowcem (operator siedział na wózku inwalidzkim i pchany był przez członków ekipy, aby można było sfilmować rajdy Danny'ego po hotelowych korytarzach), czy też ujęcie Jacka próbującego ubłagać Wendy o otworzenie drzwi spiżarni (według materiałów dokumentalnych sam Kubrick leżał na podłodze obok operatora kamery - pod Jackiem Nicholsonem, osobiście pomagając w tworzeniu tego niezapomnianego ujęcia!).
Wracając do 'sekwencji toporowej', po wyważeniu pierwszych drzwi następuje seria monologów Jacka, które z miejsca znalazły swoje miejsce wśród klasyki filmowych tekstów. Po wejściu przez drzwi, Jack od progu 'radośnie' woła: "Wendy, I'm Home!" (jawne nawiązanie do kreskówki Hannah Barbery "Między nami Jaskiniowcami"). Gdy zaś Jack podchodzi do drzwi łazienki (za którymi jest Wendy) i zanim przystąpi do wyrąbania sobie drogi, przybiera wyraz twarzy 'złego wilka' mówiąc: "Świnki, świnki wpuśćcie mnie... Za nic nie wpuścimy Cię! Bo chuchnę, i dmuchnę i domek Wam zdmuchnę!" (ten tekst Jack Nicholson zaczerpnął z kreskówki Warnera) po czym ponownie (kolejnych 12 uderzeń topora!) następują arcygenialne ujęcia z tego samego punktu widzenia co w przypadku wyważania drzwi do sypialni; Kubrick naprawdę nie bał się powtarzania tego samego rozwiązania wizualnego, bo wiedział jak potężna siła przekazu kryje się w tym, tak pozornie błahym ujęciu. Po chwili, gdy już Jack wsadza głowę do łazienki przez wyrąbaną uprzednio dziurę, wypala do Wendy tekstem: "Here's Johnny!!!" (Nicholson zapożyczył to zawołanie od Johna Carlsona, który w ten sposób rozpoczynał swój telewizyjny show "The Tonight Show Starring Johnny Carson" z roku 1962). Film "Lśnienie" jest dziś legendarny, kultowy, klasyczny (niepotrzebne skreślić lub potrzebne dopisać). Po części dzięki właśnie końcowym tekstom wygłaszanym przez Jacka, dzięki scenie otwierania drzwi za pomocą topora (ciężko zapomnieć ten dynamiczny ruch kamery śledzący każde uderzenie!) oraz oczywiście dzięki wielkiej kreacji aktorskiej Jacka Nicholsona - co najlepiej widać podczas rozmów z Lloydem - genialnie pokazane rodzące się szaleństwo (ah, ten demoniczny śmiech) malujące się na diabelskiej twarzy Nicholsona (niemal zwierzęco / szatańską fizjonomię Nicholsona wykorzystano jeszcze w filmach: "Czarownice z Eastwick" George'a Millera z roku 1987 - rola diabła, "Wilk" Mike'a Nicholsa z roku 1994 - rola wilka, i oczywiście rola Jokera w "Batmanie" Tima Burtona z roku 1989, którą to rolę mógł zagrać niemalże bez charakteryzacji ;) oraz dzięki wygłaszanym z niezwykłym spokojem słowom w stylu: "Wendy, ja nie chcę Ci zrobić krzywdy... chcę Ci tylko rozwalić łeb" i ostatecznie dzięki wyrazowi twarzy, w nieśmiertelnej scenie "Here's Johnny!" - Akademia filmowa nie dostrzegła niestety znakomitego aktorstwa Nicholsona, podobnie jak kilka lat później bez echa przez Oscarowy młyn przejdzie jeden z najsłynniejszych filmów SF "Blade Runner" i fenomenalna wręcz rola Rutgera Hauera. Co więcej, sam Stanley Kubrick został za "Lśnienie" nominowany do Złotej Maliny (na szczęście tylko na nominacji się skończyło) za najgorszą reżyserię, a Shelley Duvall za najgorszą rolę kobiecą - z czym akurat łatwiej się zgodzić, gdyż jeśli w "Lśnieniu" szukać w ogóle jakichś słabych punktów, to bez wątpienia należałoby wskazać właśnie rozwrzeszczaną i spanikowaną do przesady Shelley Duvall. Z drugiej jednak strony, obśmiewana i krytykowana za przesadę i przerysowanie, rola Shelley Duvall, mogła być celowym zabiegiem reżysera, który świadomie obsadził w roli Wendy aktorkę, która nadała jej cech tak drażniących, żeby widz wręcz kibicował Jackowi, by ten dopadł wreszcie tę upierdliwą, rozhisteryzowaną, zapłakaną, wciąż marudzącą babę i zamknął jej usta raz na zawsze ;) Za to absolutną ciekawostką obsadową pozostaje do dziś Danny Lloyd (Jack Nicholson i Danny Lloyd w filmie zagrali postacie o takich samych imionach jak ich własne :), który mając podczas realizacji filmu zaledwie 7 lat, w czasie zdjęć nawet nie wiedział że występuje w horrorze - Kubrick musiał zdrowo kombinować, aby Danny grał przerażenie tak jak trzeba, choć na planie nie było przed jego oczami niczego strasznego ;) Dowiedział się o tym dopiero po premierze, a "Lśnienie" pozostaje do dziś jego pierwszym i ostatnim występem przed kamerą. Monolog: "Redrum, redrum, redrum..." (ciekawe, czy skrzeczący, przyprawiający o ciarki na plecach głos Danny'ego w tej scenie należał w istocie do małoletniego aktora?) i stoicki spokój aktorskiej gry w tej scenie, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych filmowych cytatów wszech czasów. Obecnie Danny Lloyd jest nauczycielem w stanie Illinois w USA i w żaden sposób nie jest związany ze światem filmu.



Stephen King to mistrz literackiego horroru, Kubrick, sztuki filmowej - "Lśnienie" było pierwszą próbą reżysera w gatunku horroru. Oto doszło do 'współpracy' dwóch gigantów. Stanley Kubrick biorąc na warsztat książkę "Lśnienie", okroił ją z wielu ważnych, choć filmowo zbędnych elementów. Można powiedzieć, że Kubrick, traktując po macoszemu wątek alkoholizmu Jacka (obszernie rozbudowany w książce) i wielu wspomnień z przeszłości, a pozostawiając na usługi języka filmowego jedynie głównych bohaterów i wątek pustego hotelu, ociosał książkę Kinga tak, jak ociosać można drewnianą belkę, nadając jej kształt ostrej dzidy. Nie jest to oczywiście głos przeciwko książce Kinga - daleki jestem od tego - po prostu to, co w książce sprawdzało się znakomicie, do filmu wejść nie mogło, a że Stanley Kubrick osobowość miał nietuzinkową, to nie chciał realizować ekranizacji, a raczej wariację, swoją wersję "Lśnienia". Gdy zatem Stephen King obejrzał "Lśnienie" Kubricka, obraził się na reżysera i stwierdził, że Kubrick nie zrozumiał jego Książki i nie rozumie w ogóle założeń gatunku, jakim jest horror. Owszem, pod kilkoma względami z Kingiem należy się zgodzić. "Lśnienie" było bowiem dla niego niezwykle osobistą opowieścią, w której umieścił wiele wątków z własnego życia, choć dopiero po latach przyznał się do tego, że w okresie kiedy powstawało "Lśnienie", sam - niczym książkowy Jack - uzależniony był od alkoholu. Gdy zatem King zobaczył, że Kubrick jedynie półgębkiem napomyka gdzieś w jednym zdaniu o problemach alkoholowych Jacka (dopiero wypuszczona na rynek USA, wersja reżyserska "Lśnienia" nieco rozbudowuje ten wątek!) - musiało w nim zawrzeć. Zawrzeć mogło też w przeciętnym widzu, gdy nagle w jednej ze scen, Wendy widziała gościa w przebraniu psa, który właśnie odchylał się, a za nim pokazywał się w drzwiach drugi jegomość - który prawdopodobnie właśnie zaznał od swojego przebranego przyjaciela, seksu oralnego. Książka dokładnie wyjaśnia genezę tej sceny; otóż w hotelu miał miejsce wielki bal przebierańców, po którym dochodziło do różnego typu sytuacji, w tym seksu w różnych konfiguracjach. Kubrick to wszystko przemilczał i dlatego wtrącona nagle krótka scenka z człowiekiem w przebraniu psa - rozbija nieco, spójną fabułę dopiętego na ostatni guzik filmu. Do tego doszły istotniejsze zmiany i 'poprawki', jak wymiana 'żywopłotowych zwierząt' które miały ożywać (Kubrick zaniechał tego wątku z powodów czysto technicznych!) na gigantyczny, statyczny labirynt z żywopłotu, który miał zarówno potęgować wrażenie izolacji i zagubienia bohaterów (sceny błądzenia Wendy i Danny'ego po labiryncie) jak też stać się metaforą dla umysłowego labiryntu, w jakim utknął sam Jack (scena w której Jack pochylony nad stołem obserwuje makietę labiryntu). Książkowy Jack biegał po korytarzach z młotkiem do roque'a, filmowy z toporem (to wielka zmiana na plus;). U Kinga hotelem był podstarzały budynek, z piecem który niewłaściwie obsługiwany mógł wybuchnąć pod wpływem zbyt wysokiego ciśnienia wody - książkowy Jack ginie właśnie podczas wielkiej eksplozji pieca, z powodu własnego zaniedbania, albowiem miast doglądać pieca, wolał biegać z młotkiem do roque'a po hotelowych korytarzach i straszyć żonę i dziecko.
U Kubricka hotel "Overlook" to jednak budynek na wskroś nowoczesny, a wątek pieca poruszony jest w filmie tylko raz, gdy Wendy wciska jakieś guziki na panelu kontrolnym owego urządzenia. Tym samym zrezygnował Kubrick z rozbudowanego w powieści wątku doglądania pieca i pilnowania wszystkich hotelowych urządzeń, czemu King w książce poświęcał bardzo dużo miejsca. W filmie zabrakło też motywu z Jackiem znajdującym w hotelu stare wycinki z gazet i wielu, wielu innych wątków pobocznych, które trudno tu wymienić, a i celu w tym nie ma żadnego ;). Ostatnią z wartych wymienienia zmian, jest finał filmu, w którym ginie Dick Halloran (ugodzony toporem w klatkę piersiową) a Jack zamarza w labiryncie nie mogąc znaleźć wyjścia - kolejna metafora; Jack ginie z dwóch powodów - nie mogąc opanować szaleństwa w nim narastającego, czyli wyjść z labiryntu własnego umysłu w którym się zagubił, oraz zasypanego śniegiem labiryntu żywopłotowego w którym utknął fizycznie, co stało się bezpośrednią przyczyną jego śmierci. I tu po raz kolejny wróćmy na chwilę do książki, w której Jack ginie w wyniku - wspomnianego wyżej - wybuchu pieca, a Wendy i Danny odjeżdżają śnieżnym pługiem, wraz z... Halloranem, któremu w książce King nie odebrał życia. Czy zatem King miał rację zarzucając Kubrickowi niezrozumienie książki? Jest to wciąż kwestia nie zamknięta i warta dyskusji, dlatego nie będę tu ferował wyroków, albowiem każdy może mieć odmienne zdanie, jak odmienne zdanie na temat "Lśnienia" miał Stephen King i 'specjaliści' przyznający nominacje do Złotych Malin. Mogę jedynie powiedzieć, że zarówno książka jak i film, są w swoich kategoriach wielkimi dziełami. Rozsądzanie 'co lepsze' mija się tu zatem z celem, bo tak jak ortodoksyjni fani Tolkiena łoją Petera Jacksona za ekranizację "Władcy pierścieni" (tutaj dopiero było zmian, a zmian!:) tak oddani czytelnicy Kinga idąc za osądem swojego mistrza, mogą ganić "Lśnienie" Kubricka za nadmierne odbieganie od oryginału. Książka jednak i film, posługuje się innym językiem; tam gdzie w książce sprawdzają się wielostronicowe opisy stanu ducha, tam w filmie musi wystarczyć jeden grymas twarzy, tam gdzie w książce doskonale pasuje 30 szczegółowych retrospekcji, w filmie czasem musi starczyć jedno zdanie wyjaśnienia. Dla wszystkich którzy po wersji Kubricka poczuli niedosyt i twierdzili, że książka Kinga została okaleczona, powstała w roku 1997, wersja trwająca 273 minuty (mini-serial TV, którego jednym z producentów wykonawczych był sam Stephen King), zgodna w 100% z książkowym oryginałem, która mimo tego, że zawierała już sceny z żywopłotowymi zwierzakami (animacja komputerowa), ożywającym wężem strażackim i Jackiem ganiającym rodzinę z młotkiem do roque'a... jakoś furory w świecie filmu nie zrobiła. Jak zatem widać, czasem warto pomajstrować przy książce mistrza (nawet narażając się na jego gniew) i trochę ją przemontować, aby stworzyć arcydzieło, co udało się Kubrickowi, Nicholsonowi, Duvall, Lloydowi, i całej ekipie technicznej, z obsługującym Steadicam Garrettem Brownem na czele...



W filmie ginie jedna jedyna osoba - Dick Halloran. Mimo tego "Lśnienie" pozostaje do dziś filmem na wskroś przerażającym i otaczającym widza poczuciem osaczenia przez zło, niewiadomego pochodzenia. Oglądając "Lśnienie" dociera do nas, że Kubrick zrobił horror, pomijając tak naprawdę wszelkie prawidła i zasady horrorami rządzące (nie zastosował się Kubrick nawet do żelaznych reguł horroru głoszonych przez Randy'ego w filmie "Krzyk" Wesa Cravena z roku 1996 ;). Nie ma w "Lśnieniu" skrzypiących drzwi, czy żarówek na wpół przepalonych, emitujących przerywane światło. Nie, Kubrick akcję osadza w nowoczesnym budynku, bez przecieków, awarii prądu, i stłuczonych okien czy podziurawionych drzwi (jak się okaże - do czasu;). Potęguje to paradoksalnie wrażenie, że nawiedzony dom nie musi wyglądać jak 'straszny dwór', bo zło może gnieździć się wszędzie, siedzi wszak nie w budynkach, a w samym człowieku (w człowieku znajduje się też jego 'prywatny' Kościół - a stąd już bliska droga do religijnego spojrzenia na masę filmów - w tym właśnie "Lśnienie" - opowiadające o wewnętrznej walce każdego człowieka, jaką toczy dzień w dzień i noc w noc, dając, lub nie dając się skusić złu; ponoć jeśli powiesz złu TAK, szatański wir wciągnie Cię bez reszty, jeśli powiesz NIE, ledwie Cię muśnie ;). Dalej; u Kubricka nie znajdziemy tandetnych chwytów formalnych; nagle wyskakującego zza rogu potwora z jednoczesnym mocnym uderzeniem muzyki (u Kubricka muzyka atakuje z całą siłą... w momentach zdawałoby się - najzwyczajniejszych, choć jazgotliwy, nieprzyjemnie skrzypiący ton grozy towarzyszy wejściu Jacka (z toporem) do pokoju Wendy, jak również drugiemu pojawieniu się przed Dannym, bliźniaczek - tym razem leżących w kałuży krwi). Nie ma też żadnej zabawy w cienie czy inne straszydłowate podchody. Co więcej, w horrorze 'by Kubrick' praktycznie w ogóle nie ma ciemności tak przecież dla horroru wskazanej, a wręcz dla filmów tego gatunku nieodłącznej. Pomijam tu noc, podczas której rozgrywają się finałowe sceny filmu, gdzie owa noc nie służy budowaniu nastroju grozy, gdyż większość koszmaru jaki przechodzi rodzina Torrance'ów i tak ma miejsce w jasnym wnętrzu hotelu, a jedynie gonitwa Jacka za Dannym po żywopłotowym labiryncie osadzona została w okolicznościach bliskich ciemnościom, choć i te rozjaśnione są umieszczonym w labiryncie oświetleniem. Tu wszystko rozgrywa się zresztą w rozświetlonych lokacjach, gdzie zdaje się być zupełnie bezpiecznie.
Gdzie zatem jest groza w "Lśnieniu" Kubricka? Otóż tu, obok, w środku pokoju, w którym na maszynie pisze Jack i każe żonie 'spieprzać' - bo pracuje. W środku salonu, gdzie rozdygotana Wendy machając kijem, szlocha, że trzeba zabrać Danny'ego do lekarza, a Jack powtarza jej słowa niczym uparte, zimne i pozbawione uczuć echo. To w normalnych zdawałoby się sytuacjach, rozmowach, Kubrick umieszcza największą dawkę emocji i psychodelii wyzierającej z codzienności, dodatkowo wzmacniając efekt (nie dającą się słuchać poza filmem) muzyką (w filmie, poza kompozycjami Wendy Carlos [kilka lat wcześniej, przed zmianą płci, ta kompozytorka nazywała się Walter Carlos] i Rachel Elkind - tak, dwie Panie Kompozytorki, z czego jedna skrywająca sekret Miriam, można usłyszeć kompozycje Beli Bartoka, Gyorgy'a Ligeti i Krzysztofa Pendereckiego), która w zasadzie pozbawiona melodii, atakując uszy widza upiornym brzmieniem, z prostej sceny dialogowej czyni majstersztyk kina grozy. Dodatkowo, wnętrze hotelu "Overlook" zbudowane zostało od podstaw w hali zdjęciowej (niektóre dekoracje z "Lśnienia", po przemontowaniu znakomicie służyły na planie "Poszukiwaczy zaginionej Arki" z roku 1981), dzięki czemu autor zdjęć John Alcott i operator Steadicamu Garrett Brown mogli bez obaw filmować wszystko; ściany, podłogę i sufity pięknie oświetlone naturalnym światłem. Sufit, zjawisko nieczęsto spotykane w filmach, dodatkowo wzmagał wrażenie totalnego zamknięcia bohaterów w 4 ścianach. Do tego filmu idealnie nadały się zatem proporcje obrazu 4:3 (Kubrick konsekwentnie unikał kręcenia filmów w innym formacie), a praca ze Steadicamem ("Lśnienie" jest bodajże pierwszym filmem w historii kina, który niemal w całości nakręcony został za pomocą tego wynalazku; Steadicam użyty też został przez Kubricka w "Oczach szeroko zamkniętych", filmie, który podobnie do "Lśnienia" w kilku momentach zmontowany jest za pomocą efektu przenikania) umożliwiła swobodne pokazywanie tego co jest przed bohaterami, za ich plecami, nad głową, czy tuż obok - kolejny element budowania nastroju grozy, widzimy bowiem bez skrępowania, całe otoczenie bohaterów, a techniczne zaplecze tu nie istnieje, bo skoro po obróceniu się kamery nie widać ekipy filmowej, to znaczy, że jesteśmy w środku filmu idealnego, choć na początku filmu przypadkowo w kadrze pojawia się cień helikoptera (wpadka powstała w wyniku zmiany decyzji przez Kubricka - już po nakręceniu zdjęć do czołówki - aby filmu nie kręcić w panoramie 16:9, tylko w pełnoekranowym 4:3, dlatego po odjęciu z góry i z dołu ekranu czarnych pasów, odłonięty został niewidoczny do tej pory helikopter ekipy filmowej. Podobny błąd jest w ujęciu Hotelu Overlook z zewnątrz - na początku filmu - gdzie na górze kadru widać dziwne zawirowania powietrza, spowodowane wirnikiem poziomym tegoż samego helikoptera - koniec nawiasu, wracamy do tekstu, bo zgubimy wątek;), a na plecach Danny'ego jadącego trójkołowcem, przez chwilę odbija się cień pędzącego za nim na wózku operatora Steadicamu ;). Praca ze Steadicamem była zresztą dużym utrapieniem dla ekipy, która - gdy kamera się odwracała - musiała biegać tak, aby zawsze pozostać za plecami operatora ;) A teraz ogłaszam koniec tekstu, bo pisałem go w odosobnieniu i izolacji przez 5 wieczorów (czy alkohol był czy nie, oceńcie sami) i za moment chyba popadnę w szaleństwo... bo nudzą Duxa takie sprawy, ciągła praca, brak zabawy ;)



  • W scenie w sypialni, gdy Wendy przynosi Jackowi śniadanie, kamera filmuje częściej odbicie Jacka w lustrze, niż samego Jacka. Ale to tak na marginesie ;) Ciekawostką właściwą w tej scenie jest koszulka z napisem "Stovington" którą ma na sobie Jack. Stovington to nazwa szkoły w której nauczycielem był... książkowy Jack.
  • Oryginalnie "Lśnienie" Kubricka kończyło się sceną w szpitalu, gdzie Wendy dochodziła do siebie, a Danny otrzymał od Ullmana... piłkę, która przytoczyła się do Danny'ego po podłodze w jednej ze scen filmu. Kubrick zmienił zakończenie na powszechnie znane, na kilka dni przed premierą filmu.
  • Właściciele autentycznego górskiego hotelu "The Timberline Lodge" (który to budynek zagrał w "Lśnieniu" rolę zewnętrznej fasady Hotelu "Overlook") umiejscowionego w Górach Hood w stanie Oregon, zażądali od Kubricka zmiany książkowego numeru nawiedzonego pokoju, z 217 na 237. Powodem był fakt, że pokój o numerze 217 faktycznie istniał w Hotelu "The Timberline Lodge" (choć wszystkie zdjęcia wnętrz zostały nakręcone w kompleksowej, studyjnej dekoracji w zupełnie innym miejscu) i właściciele obawiali się, że przez tę specyficzną, filmową reklamę, nikt więcej może nie chcieć zamieszkać w tym pokoju. Dziwne, bo znając fanów filmu Kubricka czy po prostu zwykłych kinomanów, pokój 217 cieszyłby się znakomitym wzięciem, a nie wręcz przeciwnie ;)
  • Zakrwawionego jegomościa, który na końcu filmu wznosi toast mówiąc: "Great party, isn't it?", zagrał Norman Gay, członek ekipy filmowej, który zmontował "Lśnienie".
  • Rolę Danny'ego miał pierwotnie zagrać Cary Guffey - chłopczyk biegnący za 'lodami' w "Bliskich spotkaniach III-go stopnia" Stevena Spielberga z roku 1977.
  • W jednej ze scen serialu "BUFFY", Xander bawi sie lalką brzuchomowcy i udając głos Danny'ego mówi: "Redrum" (trzykrotnie), przyprawiąc obecne w tym samym pomieszczeeniu dziewczyny (Buffy i Willow) o ciarki ;). Pomysł, żeby zacytować film Kubricka, wyszedł od Nicholasa Brendona (który w serialu gra rolę Xandera), kwestii tej nie bylo w scenariuszu. W tym samym odcinku nawiązywano do "Child's Play" (lalka, z duszą mordercy).
  • Stanley Kubrick kręcił "Lśnienie" chronologicznie, scena po scenie zgodnie ze scenariuszem.
  • "Lśnienie" znajduje się wśród 100 najlepszych filmów wszech czasów, w nieustającym głosowaniu na IMDb.


    Powyższy tekst powstał w dużej mierze (mniej więcej w 1/2) dzięki Panu Maciejowi Parowskiemu z "NOWEJ FANTASTYKI" i Panu Wojciechowi Orlińskiemu z "Gazety Wyborczej" - którzy przed pokazem "Lśnienia" w warszawskiej "Dorożkarni" poprowadzili ciekawą dyskusję na temat filmu. Powyższy tekst jest zatem zbiorem obserwacji wyżej wymienionych Panów, moich przemyśleń i rozważań nad filmem (mniej więcej 1/4 całości tekstu), i ciekawostek związanych z "Lśnieniem", zaczerpniętych z IMDB (również 1/4 tekstu) - powstał dzięki temu dość obszerny tekst wypełniony bardzo ciekawymi teoriami i obserwacjami związanymi z fenomenem "Lśnienia". Nie roszczę sobie praw do nazywania siebie autorem powyższego tekstu; jestem raczej osobą która zebrała do kupy masę informacji z różnych źródeł i podała je w przystępny sposób dodając tu i ówdzie swoje mądrości, abyś Ty czytelniku dowiedział się o filmie Kubricka jak najwięcej. Po prostu :)




    LŚNIENIE

    Tytuł oryginalny: The Shining
    Czas trwania: 119 min. (146 min. - director's cut)
    Rok produkcji: 1980, Wielka Brytania
    Reżyseria: Stanley Kubrick
    Scenariusz: Stanley Kubrick & Diane Johnson
    (na podstawie książki Stephena Kinga)
    Muzyka: Wendy Carlos, Rachel Elkind
    Montaż: Ray Lovejoy

    Wystąpili:
    Jack Nicholson (jako Jack Torrance)
    Shelley Duvall (jako Wendy Torrance)
    Danny Lloyd (jako Danny Torrance)
    Scatman Crothers (jako Dick Halloran)


    Tekst opracował: Rafał Donica - DUX

    KMF: 4.07.1921 - 21.03.2005





  • comments powered by Disqus