Strona główna KMF

Kraków 16-18.XI.2001
...czyli: jak prawie obejrzeliśmy "Cecil B. Demented"


Noc z piątku na sobotę.
Ktoś dzwoni do Huntera...
- Gdzie jesteś?
- Na zjeździe filmowców
- A co Wy tam robicie?
- Pijemy, śmiejemy się...
- A kiedy kręcicie filmy?!
- No... jak popijemy ;)


Od dawna planowane i przekładane spotkanie klubowe w Krakowie doszło wreszcie do skutku i okazało się,
że trzydniowa impreza była najlepszą w historii KMF.

Jako piszący niniejszą relację, zacznę od momentu naszego (z Warki) wyjazdu do Krakowa, w którym udział wzięła Dejna, Cisex i Dobermann (zabrany po drodze z Kielc). W trasie towarzyszyła nam muzyka FatBoy Slima (płytka "The best of 99"). a dwadzieścia minut jazdy i rozmów zostało uwiecznione na kasecie. Już właśnie wtedy Cisex zaczął rzucać teksty z "Kiler-ów 2-óch", "Larokase... muszem zabijać" ;) Po zagubieniu się w Kielcach, spotkaliśmy się wreszcie z Dobermannem i poszliśmy do McDonalda coś opędzlować. Od Dobermanna dowiedzieliśmy się, że "Flanelka" to zdrobnienie od "Ty szmato" ;) a w tak zwanym międzyczasie (w czasie jazdy dokładnie) dyktowałem Cisexowi treść SMS-a do mojej koleżanki (przyjmijmy, że jej imię to Malwina ;), który to tekst Cisex wpisał "po swojemu" - w każdym bądź razie myślałem, że urwę mu za to głowę ;) Jeszcze gdy byliśmy w trasie, zadzwonił do nas Bekon (wielki nieobecny tego zjazdu) i pogadaliśmy sobie chwilkę o... dziewczynach, wojnie w Chinach i takich tam ;) W drodze doszło do bardzo poważnej dyskusji na tematy religijne, która brzmiała mniej więcej tak:

Cisex: Zamiast chodzić do Kościoła, siedziałem w domu i grałem w gry na Commodore
Dobermann: U mnie było zupełnie na odwrót...
Dux: To znaczy jak? Miałeś Atari? ;)

Stwierdziliśmy też, że jeżeli dziecko nie zostanie ochrzczone... to nie będzie miało imienia ;) Gdy już byliśmy w Krakowie, Cisex chciał w "biegu" pytać się taksówkarza o drogę, jednak daliśmy za wygraną, bo taksiarz za szybko jechał ;) Nie mieliśmy ze sobą mapy planu, jednak instrukcja dojazdu sporządzona przez Ofirkę posłużyła nam doskonale jako globus Krakowa i bez trudu trafiliśmy na miejsce. A tam już czekał na nas wikt i opierunek ;) U Ofirki byli (w kolejności analfabetycznej) Hunter, Bupu, Ofirka, Markos, Dejna (a nie... Dejna przyjechała z nami... ;), Sphinx, Shoomir i Grail (to nie była kolejność według polskiego alfabetu jakby co ;) Od razu postanowiliśmy skoczyć do jakiegoś "całodobowca" po zakupy. Grail (stary Krakowianin) "doskonale" nas popilotował i... po jakiejś godzinie czasu trafiliśmy (chyba cudem) do "Tesco" ;) W sklepie Cisex pomógł wstać misiowi który się wypier... wywalił, a później dał popis (Cisex, nie miś) symulacji deski surfingowej na schodach ruchomych.
Wtem! W sklepie zobaczyliśmy paczki z watą dla dzieci...

- Wata dla dzieci...
- Dobrze, że nie szklana
- No... to by się dzieciaki sparzyły ;)


Kiedy okazało się, że trzeba wrócić do drugiego końca stuhektarowego sklepu po chleb, Cisex stwierdził, że musimy podzielić się na dwa dwuosobowe zespoły ;) Po zakupach i kolejnej godzinie błądzenia po Krakowie dotarliśmy wreszcie z powrotem do mieszkania Ofirki. Gdy tylko się rozpakowaliśmy, napiliśmy się ciepłej herbaty - strasznie niektórych po niej ścięło ;) Wtedy zaczął się konkurs Huntera polegający na odgadywaniu filmowych cytatów ze słuchu. Już nie będę mówił kto nie zgadł muzyki z "Dawno temu w Ameryce", ani kto konkurs wygrał... bo Dejny denerwować nie chcę, a chwalić się nie lubię ;) W każdym bądź razie Dejna tej nocy postanowiła, że wstępuje do zakonu Sióstr Karmelitanek Bosych; poczyniła nawet w tej kwestii pierwsze kroki, chodząc całą czas boso ;) W nocy Grail odpalił fragment filmu Johna Woo "Hardboiled" w którym miało być jedno, kilkuminutowe ujęcie strzelaniny w szpitalu. Okazało się jednak, że kilka osób zauważyło "cięcie" w pewnym momencie i "cały misterny plan w pizduuu...", to znaczy, cała legenda którą sobie niektórzy na temat tego filmu stworzyli, legła w gruzach.



 
 



Późno w nocy zadzwonił do nas Melon (AJ!) i pewnie nabił sobie ogromny rachunek, gdyż rozmawiał z nami wszystkimi po kolei ;) No i nadeszła chwila rozmowy o sequelu filmu "Blade". Otóż, z naszych skąpych informacji wynikało, że w kontynuacji pojawi się Kris Kristofferson, który w pierwszej części (delikatnie mówiąc) został "kill him" ;) ...chociaż był aneks do tej umowy, a w nim było, żeby nie zabijać ;) Dobra, wracajmy do "Blade'a". No więc wymyśliliśmy ciekawą teorię:

- To będzie brat bliźniak Kristoffersona
- Bliźniak?
- Tak, znaleziony po latach

  (W tej chwili ktoś się dołączył do rozmowy mówiąc:
- I wychowany przez małpy ;)

Gdy światła, komputer i telewizor zostały wyłączone, Cisex uspokajał ludzi...

- Hej, cisza tam pod ścianą... halo!

Fonetycznie brzmiało to wyjątkowo fajnie i przez następne dni, "halo"   było słowem hasłem ;) Rano, gdy Dejna robiła herbatę, udało mi się stworzyć nowy rodzaj pytania retorycznego mówiąc;
"Co robisz herbatę?" ;),
a z tego co zasłyszałem, w nocy co poniektórzy jedli zakupione w Tesco śledzie zagryzając je pączkami...
ale to podobno tylko plotka ;)

Sobota była dniem w którym obudziliśmy się po piątku... Co poniektórzy mieli z rana lęki kacowe (to chyba po tej herbacie), ale w końcu jakoś się zebraliśmy i po wyjeździe Shoomira i przyjeździe Solo i Ciacha mogliśmy już śmiało jechać do Instytutu Polonistyki, żeby na telewizorze panoramicznym obejrzeć małe conieco.



 
 
 



Po drodze jeszcze tylko nawiedziliśmy swoją obecnością KFC i na trzy samochody (gubiąc się po drodze, to jedni to drudzy...) dotarliśmy na miejsce ;) Na sali projekcyjnej najpierw obejrzeliśmy 3 teasery "Episode II", 1 "The others" i 1 "Vanilla sky", później moją krótką formę montażową, nazwaną prowizorycznie "Lot of guns" (3 minutowy film na który składa się 58 migawek z filmów akcji, dokładnie mówiąc wszelkiej maści strzelanin, którym to filmem katuję co tydzień ludzi z Wańkowicza, za co w tym miejscu ich serdecznie przepraszam ;) Później poleciała krótka (aczkolwiek NIECO dłuższa) forma montażowa Graila, gdzie mogliśmy podziwiać sceny strzelane z filmów Made in Hongkong. Przewijały się tam sceny akcji z "Killera", "Better toomorow II", "Kiss of the dragon" (oraz innych), jednak największe wrażenie na większości zrobił pierwszy fragment (z filmu "Saviour of the Soul" do którego scenariusz napisał Wong Kar-Wai!), gdzie jeden Pan w płaszczu lata w powietrzu i samym mieczem kasuje zastępy policjantów (?) którzy niczym w takt muzyki nawalają do niego z karabinów maszynowych - scena nieco kiczowata, aczkolwiek posiadająca naprawdę specyficzny klimat, naprawdę fajna rzecz! Po obejrzeniu owych krótkich filmików, zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe, oraz zdjęcia w kapeluszu Huntera (podobnym do tego, jaki nosił Indiana Jones!).



 
 



Później poleciał "Otwórz oczy" Alejandro Amenebara, ("Vanilla Sky" z Tomem Cruisem, remake "Otwórz oczy" niedługo wchodzi do kin!). Film wywarł (chyba na wszystkich) niesamowite wrażenie! Jednak jako że widziałem go już wcześniej, a Sphinx i Solo nie chcieli go oglądać (gdyż wolą najpierw zobaczyć "Vanilla Sky") siedzieliśmy we trzech na korytarzu i gadaliśmy o filmach, o tym jak Sphinx się nie mógł dostać do KMF i wspominaliśmy poprzednie zjazdy; naprawdę sympatycznie się gadało, szczególnie gdy Sphinx zarzucił opowieść (z życia wziętą) o "Fundacji na rzecz uwalniania krasnali ogrodowych" ;) Była to opowieść o ludziach, którzy zabierali krasnale z przydomowych ogródków i wypuszczali je na wolność... znaczy ustawiali w lesie ;) W międzyczasie wpadł do nas Cisex i zaczął się temat urządzania mieszkania;

- Mi w domu brakuje już tylko sauny
- To co... prysznic już masz? ;)


Gdy wszyscy wyszli już z sali po obejrzeniu "Otwórz oczy", padło hasło, że jedziemy do domu żeby obejrzeć "Cecil B. Demented" i w tym samym czasie imprezować... druga część planu została zrealizowana w 100%, pierwsza... połowicznie ;)



 
 



Gdy wróciliśmy, Hunter i ja dokonaliśmy tak zwanego parkowania precyzyjnego. Hunter dojeżdżał do mojego auta, a ja pokazywałem mu ile jeszcze dojechać może. Tego nie widać na zdjęciu zbyt dobrze, ale między naszymi autami jest 10 milimetrów odstępu ;) Wieczorem, gdy już zaczęliśmy balangę, Markos poprosił mnie o zrobienie zdjęcia razem z Dejną...

- To znaczy ja i Dejna mamy Ci zrobić zdjęcie, tak? ;)

W tym czasie, Hunter specjalnie dla Ciacha i Solo powtórzył konkurs z cytatami, i gdy zbyt głośno się zachowywaliśmy przeszkadzając chłopakom w słuchaniu cytatów, Solo nas uciszał;

- Uspokójcie się, albo ja Was uspokoję! ;)

Gdy akurat kamera trafiła w moje ręce, chciałem nagrać jak wszyscy się wspaniale bawią;

- Udawajcie, że się dobrze bawicie.
- Ale my nie musimy udawać.

  (Nagrywane osoby uśmiechają się do kamery, wyglądając na zadowolone)
- Świetnie gracie! ;)

Podczas trwania imprezy wszyscy się jednak naprawdę świetnie bawili, w czym pomogła zapewne Tequila, cynamom i mandarynki - przywiezione przez Solo. Jak to szło? "Kto ze mną pije, ten w niebie żyje"? ;) W nocy zostały w brutalny sposób ułamane dwie klamki od drzwi (jakieś takie delikatne były) i doszło do debiutu śpiewającej szczotki, jednak tylko Ci którzy byli, wiedzą o co biega ;) Nad ranem gdy już prawie wszyscy spali, okazało się że Solo położył się nierówno i trochę zawadzał, padł więc pomysł na ustawienie znaku: "Uwaga! Nogi Solo!" ;) Nad ranem obejrzeliśmy parę teledysków Marilyn Mansona i Cisex chciał do niego zadzwonić, żeby pogratulować mu wspaniałej twórczości ;)
Tej nocy nie ruszyliśmy "Cecil B. Demented"...



 
 



Niedziela jak to niedziela... dzień końca imprezy, pożegnań, przemyśleń, bólu głowy ;), przegrywania soundtracków, filmów, trailerów i wszelkiego stuffu związanego z filmem. Z niedzieli nie ma ani żadnych zdjęć, ani nagrania na kamerze, bo sobotnia noc była tak wyjątkowa i zabawna, że wypstrykaliśmy całą kliszę, a w kamerze jednocześnie skończyła się i taśma i bateria ;) Ofirka i Bupu prawie obejrzały "Cecil B. Demented", jednak Ofirce się nie podobało (hmmm... Ofi, nie wiesz co dobre), a Bupu sama nie chciała dalej oglądać (tak naprawdę została poproszona o zaprzestanie oglądania w celu zwolnienia komputera, w celu przegrywania ścieżek dźwiękowych, w celu ich późniejszego słuchania ;). Około 17:00 wszyscy się pozbierali, pożegnali i do domów pojechali...

Kolejny zjazd KMF dobiegł końca. Było naprawdę kick ass (!), jesteście "debeściaki", prawdziwi przyjaciele, prawdziwi miłośnicy filmów, prawdziwi ludzie... i pamiętajcie o tym zawsze! Wielkie dzięki za kolejną porcję wspaniałej zabawy! Dla Ofirki wielkie podziękowania za organizację, dla Sphinxa za skołowanie sprzętu audiowizualnego i dla wszystkich za to, że byli! Wzruszenie odbiera mi mowę, więc posłużę się w tym miejscu cytatem wspaniałego, wielkiego człowieka...

"Kocham Was wszystkich!"

                      Janusz Dzięcioł ;))))

Na zjeździe królowała muzyka z "Moulin Rouge", którą na CD dostarczył Solo - wielki miłośnik tego filmu
(ile to razy go w kinie widziałeś Solo? 8 czy 9?)

Na zjeździe zostało wykonanych mnóstwo spontanicznych
zdjęć, a na filmie z kamery nie ma żadnych dubli ;)

Na zjeździe nie zjawili się zaproszeni:
Samuel L. Jackson i Bruce L. Willis ;)

PS. Słowo DIABLO już mi się nie będzie kojarzyć wyłącznie z Lamborgini (Cisex, you know what i mean ;)

I na koniec hasło dnia:
Zjazd trawowy to wcale nie jest spotkanie ludzi którzy palą trawę ;)




Ciacho, Grail (siedzi), Solo, Ofirka, Markos, Dejna, Cisex, Bupu, Dobermann, Hunter, Sphinx i Dux
Kolejność od lewej



Serdecznie dziękujemy Pani Kierownik Kina "Sokół" z Nowego Sącza, za plakaty dla klubowiczów.


AUTOR RELACJI:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl