- UWAGA - MOŻLIWE SPOJLERY - UWAGA -


Letni "letni blockbuster"

Trochę pewnie przesadzę, próbując zestawiać "Cowboys & Aliens" z przygodami słynnego archeologa-awanturnika, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wystarczyło dać Harrisonowi Fordowi inny kapelusz, w rękę bat i trochę rozbudować jego postać, byśmy mogli rozkoszować się kolejną odsłoną przygód Indiany Jonesa na emeryturze. Tymczasem 2/3 czasu ekranowego zgarnia całkiem przyzwoity aktorsko i wciąż ładnie zbudowany Daniel Craig, który w walce o palmę pierwszeństwa spycha Forda na drugi plan. Przez wprowadzenie na ekran dwóch wyrazistych protagonistów, cierpi niestety scenariusz i głębia postaci, bo scenarzysta, mając w ręku ciekawie wymyślonych typków z nie całkiem jasną przeszłością, w efekcie nie poświęca żadnemu z nich należytej uwagi. Parafrazując znane z Dzikiego Zachodu powiedzenie: "Ten scenariusz jest za mały dla nich dwóch". Pozostali aktorzy grający w "Kowbojach i obcych" robią za tło, nie wystawiając nosa z tłumu nawet na chwilę. Pamiętacie Paula Dano z "There will be Blood" i Sama Rockwella z "Moon"? Z filmu Jana Favreau ich nie zapamiętacie.

Reżyser znakomitego "Iron Mana" i jego całkiem udanej kontynuacji, zalicza w swojej filmografii małe potknięcie. "Kowboje i obcy" nie wzbudzają emocji. Choć bohaterowie są niejednoznaczni, nic z tego nie wynika, nie rodzi się żadna dramaturgia, ot, Jake Lonergan (Craig) był kiedyś zły, a teraz od początku filmu jest dobry i taki pozostaje do końca. Podobnie zły-dobry Woodrow Dolarhyde (Ford) - trzęsący okolicą i kryjący tyłek syna, wiecznego rozrabiaki, też dobrego jak się ostatecznie okaże. Gdy zapowiadają się jakieś tarcia na linii Dolarhyde-Lonergan, okazuje się, że nic takiego nie ma miejsca, bo obydwaj dobrze dogadują się od początku do końca ekranowych wydarzeń. Brak iskier między bohaterami przekreśla z miejsca cały film, bo czym się emocjonować i na co czekać, skoro brakuje głównych składników dobrego scenariusza: konfliktu, wewnętrznej podróży bohatera, motywu przemiany.


Aby najlepiej opisać, jakie emocje w kinie lubię, a jakich mi w obrazie Favreau zabrakło, posłużę się przykładem "Ognistego podmuchu" Rona Howarda. Przypomnijcie sobie finałowy pożar i te sekundy, które we wtórze eksplozji i ognia zapowiadały pojedynek na topory strażackie między Russellem a Glennem (do którego ostatecznie nie doszło). Albo gdy ranny Kurt Russell, patrząc na walczącego z płomieniami Williama Baldwina, ostatkiem sił krzyczał: "That's my brother god damn it!" - sceny proste jak drut i uderzające w oczywiste struny, ale nawet teraz, jak je opisywałem, przeszedł mnie ten fajny dreszczyk, towarzyszący znakomicie rozpisanym relacjom między bohaterami, eksplodującym w finale. I właśnie takiej bomby zabrakło mi w "Kowbojach i obcych", choć zarówno sam pomysł na western w otoczce science fiction, jak i wstępny rys postaci, dawały szansę na wybuch emocji.

Co w takim razie oferuje Favreau? Oferuje walkę tytułowych kowbojów z tytułowymi obcymi, ale nawet ona, choć usiana efektami z najwyższej półki, nie jest w stanie wynagrodzić słabizny scenariusza i wciągnąć widza w wir wydarzeń. Kosmici gromadnie atakują, ale walka z nimi polega na powtarzanym do bólu "cel-pal", bez żadnych zaskoczeń, ciekawych rozwiązań czy nowatorskich pomysłów inscenizacyjnych. Pamiętacie strzelaniny z "District 9"? Tam niemal co ujęcie mieliśmy do czynienia z niecodziennymi motywami powodującymi opad szczęki - statek obcych monumentalnie wiszący nad miastem, kamera zamocowana na karabinie, Mech zbierający wystrzelone kule i rozwalający czarnoskórych handlarzy bronią, świnia jako broń, rozpędzony samochód powalający Mecha itd. itp. W "Kowbojach i obcych" nie ma akcji wartych uwagi, żadnej niespodzianki. Jako tako broni się jedynie prolog, scena ucieczki konnej przed latającymi pojazdami, skok Lonergana z pędzącego konia na latający pojazd i finałowe (dosłowne) wyjebanie w kosmos statku obcych. To jednak zdecydowanie za mało na prawie dwugodzinny film.


Nie wykorzystano też humorystycznego potencjału całej historii. W miejsce zabawnych scen bazujących na zderzeniu Dzikiego Zachodu z kosmiczną technologią, Favreau daje motyw z zapałkami (potrzebnymi do podpalenia lontu) upuszczonymi na ziemię po długiej wspinaczce na statek obcych. Ha, ha. A nie, sorry, przypomniałem sobie, jest wybitnie zabawna scena zmartwychwstania, czy raczej z-ogniska-wstania, Elli Swenson (Olivia Wilde). Zwłoki wrzucone zostają do ogniska, palą się chwilę, po czym Ella wstaje, wychodzi z ognia nawet się nie otrzepując i tłumaczy Danielowi Craigowi, że przybyła z innego świata bla bla bla... i od tego momentu film zjeżdża po równi pochyłej, aż do zawodzącego na całej linii, nudnego i schematycznego finału.

Co się tyczy kosmitów i ich inwazji na naszą planetę, trochę dziwny wydał mi się brak... zdziwienia ze strony mieszkańców Dzikiego Zachodu, którzy zamiast zlać się w spodnie na widok latających pojazdów, a później zamienić chociaż ze dwa zdania na temat: "Co to k... było!?", pozostawiają to niecodzienne wydarzenie bez żadnego komentarza. Po prostu wsiadają na konie i jadą ratować porwanych bliskich, jakby uprowadził ich Indianin zza rogu, a nie kompletnie niezrozumiałe COŚ. W dzisiejszych czasach i owszem, widok UFO mógłby nie przerazić nas zbytnio, bo otaczają nas nowoczesne technologie, ale ludzie z 1873 roku, dla których szczytem techniki był rewolwer i koło u wozu, powinni na widok latających pojazdów co najmniej zwariować i zjeść swoje kapelusze.

Fabularni "Kowboje i obcy" nie zachęcili mnie do sięgnięcia po komiksowy oryginał. Film nie jest może jakąś katastrofą, ogląda się bezboleśnie (choć na drugi seans nie mam ochoty) ale na pewno zawodzi i nie spełnia oczekiwań, które miałem prawo mieć względem Favreau po tym, jak narobił mi smaku błyskotliwie zrobionymi "Iron Manami".

5/10


Za www.komiks.gildia.pl: Amerykański grafik Drew Struzan upublicznił swój projekt plakatu do filmu "Kowboje i obcy". Budzący skojarzenia z serią Indiana Jones poster nie znalazł uznania w oczach specjalistów ds. promocji NBC Universal. Co więcej wytwórnia wysunęła żądanie usunięcia grafiki ze stron amerykańskich serwisów poświęconych tematyce filmowej.

(14 czerwca 2011)





wytwórnia - Universal, DreamWorks, Imagine, 2011
reżyseria - Jon Favreau
scenariusz - Roberto Orci, Alex Kurtzman
wg komiksu - Scotta Mitchella Rosenberga
produkcja - S.M. Rosenberg, Steven Spielberg, Ron Howard
zdjęcia - Matthew Libatique
muzyka - Harry Gregson-Williams
montaż - Dan Lebental, Jim May
czas projekcji - 118 minut

wystąpili

Daniel Craig
Harrison Ford
Abigail Spencer
Buck Taylor
Olivia Wilde
Sam Rockwell
Matthew Taylor
Cooper Taylor
Clancy Brown

(Jake Lonergan)
(Woodrow Dolarhyde)
(Alice)
(Wes Claiborne)
(Ella Swenson)
(Doc)
(Luke Claiborne)
(Mose Claiborne)
(Meacham)


Autor recenzji: Rafal Donica - DUX [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 30 sierpnia 2011
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF


Podziel się