UWAGA - tekst zdradza ważne wątki wielu filmów - UWAGA


Chcielibyście zobaczyć w jednym filmie dwóch De Niro, Pacino albo Nicholsonów? Czy przyjemność z takiego seansu byłaby podwójna? Zastanówmy się, po co kopiuje się Schwarzeneggera, Murphy'ego, Van Damme'a, Keatona czy Ironsa, skazując się na ogromne utrudnienia realizacyjne, zamiast zatrudnić do filmu prawdziwych bliźniaków i nie komplikować sobie życia? Odpowiedź jest nader prosta. Przykładowo, grający w "Terminatorze 2" (1991) bracia Stanton nie są gwiazdami, nie mają urody amantów ani umiejętności aktorskich by zagrać w dramacie, nie znają też kung-fu, by zostać bohaterami kina akcji. Żeby było śmieszniej, nie są też do końca identyczni. W jednej ze scen filmu Camerona, gdzie T-1000 jako replika zabija prawdziwego strażnika, widać, że kopia nie jest wierna oryginałowi, bo jest... znacznie od niego grubsza.


Kino kilkukrotnie korzystało z usług prawdziwych bliźniaków. Poza siostrami Mary-Kate i Ashley Olsen, na zmianę grającymi na planie znanego serialu "Pełna chata" postać Michelle, w historii X muzy zapisali się Adrian i Neil Rayment, wcielający się w "Matrixie: Reaktywacji" (2003) w bladolicy duet, a także Linda Hamilton i jej siostra bliźniaczka Leslie Hamilton Gearren. W "Terminatorze 2" zagrała ona Sarah Connor m.in. w pamiętnej scenie przed lustrem. I jeszcze kamyczek z rodzimego ogródka, czyli baśniowy film "O dwóch takich, co ukradli księżyc" (1962), z bliźniakami Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi w rolach Jacka i Placka. Wioskowy nauczyciel odróżniał ich od siebie licząc im włosy na głowach, a spotkany przez bohaterów osioł, spytał ich wprost:

Jeżeli jesteś jeden,
dlaczego wyglądasz jak dwóch?

A jeżeli jest was dwóch,
dlaczego wyglądacie jak jeden?



Podwójna rola gwiazdy, bo o nich będzie mowa w niniejszym artykule, może być sprytnym chwytem marketingowym, mającym na celu przyciągnięcie do kin dwa razy więcej widzów. W końcu nie co dzień zdarza się dwóch Schwarzeneggerów w cenie jednego. Problem z bliźniakami/klonami jest jeden, i od razu zaprzecza on powyższej tezie. Otóż prawie żaden film z takową zagrywką nie odniósł większego sukcesu kasowego czy artystycznego. Osobiście nie lubię sytuacji, gdy na jednym ujęciu widzę dwóch tych samych aktorów, bo jest w tym coś nienaturalnego. Plakat z filmu "Nierozłączni" (1988), na którym dwóch Ironsów wpatruje się wprost w obiektyw, przez lata skutecznie odstraszał mnie od zapoznania się z tym, jak się miało okazać, wartym uwagi obrazem Davida Cronenberga. To właśnie w nim znajduje się scena, w której bracia bliźniacy wchodzą jeden po drugim do tego samego pomieszczenia, na tym samym ujęciu, bez żadnego cięcia montażowego. Gdybym nie wiedział, że Irons nie ma brata bliźniaka, uznałbym to za najnormalniejszą w świecie scenę i nie zastanawiał się, jaki geniusz nakręcił to tak wiarygodnie i bezbłędnie pod względem technicznym. Poza realizacyjną sprawnością Cronenberga w scenach z Jeremym Ironsem i Jeremym Ironsem, film broni się także pod względem fabularnym, a obecność dwóch odmiennych charakterologicznie bliźniaków ginekologów, ma uzasadnienie w scenariuszu.

Wyjątek "Nierozłącznych" potwierdza regułę, która mówi, że jakby nie kombinować z kadrowaniem, niemal każde ujęcie, na którym widać jednego aktora w dwóch wcieleniach, wyglądać będzie co najmniej podejrzanie. Jak więc to pokazać, żeby wyglądało dobrze? Najprościej jest nakręcić tradycyjnie montowaną scenę rozmowy. Sadzamy naprzeciwko siebie gwiazdę oraz jej dublera i filmujemy po bożemu, tzn. przez ramię, tak, że widać tył głowy dublera na pierwszym, i twarz gwiazdy na drugim planie. Później zamieniamy ich miejscami, ubraniami i kręcimy drugą część dialogu. Następnie składamy to w całość i prosta wymiana zdań gotowa. W ten sposób zmontowano na przykład scenę w łazience, przed nieistniejącym lustrem w "Kiler-ów 2-óch" (1999) Juliusza Machulskiego. Jurek Kiler i jego sobowtór, płatny morderca José Arcadio Morales, obydwaj koncertowo zagrani przez Cezarego Pazurę, stoją przed sobą, a Jurek powtarza gesty Moralesa, udając jego lustrzane odbicie - nawiązanie do podobnej sceny z "Kaczej zupy" (1933) braci Marx jest oczywiste. Gorzej, gdy w jednym kadrze chcemy pokazać twarze obu postaci (klonów/bliźniaków). Stosuje się wówczas optyczne (lub obecnie - cyfrowe) łączenie dwóch oddzielnie nagranych scen w tej samej lokacji, z podziałem ekranu na pół, miejsce podziału maskując słupem, filarem lub zaciemnieniem miejsca łączenia. W "Kiler-ów 2-óch" zabieg ten zastosowano w scenie z otwartymi windami, w których widać jednocześnie Jurka i José. W przypadku usytuowania dwóch postaci w jednym pomieszczeniu lub na jednolitym tle, drugą także trzeba nagrać oddzielnie i dodać do ujęcia, pamiętając o zsynchronizowaniu dialogu. Często nie wygląda to zbyt dobrze, bo sztucznie. Wklejona w ujęcie postać odcina się od tła, jak ma to miejsce np. w "Podwójnym uderzeniu" (1991) z udziałem J.C.V. Damme'a i J.C.V. Damme'a.


Podwójna rola to podwójne wyzwanie dla aktora. Nie wystarczy podstawowy zestaw min: grymas złości u Złego i łagodność wymalowana na twarzy Dobrego. Tu potrzeba warsztatu aktorskiego i prawdziwego talentu. Tymczasem Van Damme, mający duży problem z poprawnym zagraniem choćby jednej postaci, zaskakująco często porywa się w swoich filmach na odgrywanie dwóch - zawsze z miernym skutkiem. W "Replikancie" (2001) z wielkim trudem wciela się w klona czarnego charakteru, który ma być użyty do wytropienia przestępcy, bo, w założeniu policji, będzie miał taki sam tok rozumowania jak on. W końcu dochodzi do sytuacji, w której J.C.V. Damme dostaje po buzi od samego siebie, jednak tylko raz, podczas wielu starć, widzimy dwóch Van Damme'ów w jednym kadrze. W pozostałych przypadkach wspomagają ich kaskaderzy, a umiejętne operowanie kamerą, żeby nie pokazywać obydwu twarzy jednocześnie, dopełnia dzieła zmylenia percepcji widza. Nakręcenie i zmontowanie sceny bójki klonów/bliźniaków w wykonaniu jednej przecież, powielonej cyfrowo lub optycznie, gwiazdy, jest niezwykle skomplikowane. Nie udało się to we wspomnianym "Replikancie", nie wyszło też za dobrze w "Tylko jeden" (2001), w którym Jet Li podróżując po multiświatach morduje swoje kolejne wersje, by przejmować ich energię. Twórcy porwali się tu na stworzenie finałowej bójki Jeta Li z Jetem Li, ale tylko w krótkich migawkach pokazują go w pełnej krasie, w dwóch egzemplarzach na tym samym ujęciu.


Nieco lepiej wygląda to w komediowym "Pluto Nash" (2002), gdzie Eddie Murphy dość wiarygodnie bije się ze swoim złym klonem. Warto nadmienić, że Murphy niejednokrotnie wcielał się w więcej niż jedną postać. W "Grubym i chudszym" (1996) odegrał całą zwariowaną rodzinę głównego bohatera (łącznie 8 osób), siedzącą przy jednym stole, a w Norbicie (2007), m.in. siebie, czyli faceta chudzielca, i swoją, ogromnej postury narzeczoną - dziś więc stoi za nim ogromne doświadczenie w tego typu produkcjach.

Warto w tym miejscu wspomnieć o podobnym wyczynie Aleca Guinnessa, który w filmie "Szlachectwo zobowiązuje" (1949) także zagrał osiem postaci. Z kolei w "Sobowtórze" (1980) Akiry Kurosawy, Tatsuya Nakadai odgrywa "zaledwie" dwie role: umierającego władcy i biednego złodzieja, który zastępuje go na tronie wcielając się w zmarłego władcę. Sobowtór tak mocno wczuwa się w rolę, że w finale, opuszczony przez współpracowników, rusza do z góry przegranej bitwy. Znakomity popis wielopostaciowej gry aktorskiej dał także Peter Sellers w "Dr. Strangelove..." (1964), gdzie wcielił się w zalęknionego oficera, ciapowatego prezydenta i szalonego Strangelove'a. Kubrick chciał go jeszcze obsadzić w roli pilota B-52, ale Sellers był już tak wyczerpany odgrywaniem tych trzech postaci, że posunął się do okłamania reżysera mówiąc mu, że złamał nogę i nie może aktualnie grać. Irene Jacob w "Podwójnym życiu Weroniki" (1991) wcieliła się w siostry bliźniaczki - Weronikę i Véronique, jednak, jak wiadomo, miała ułatwione zadanie aktorskie, gdyż najpierw była Weroniką z Polski, a dopiero po jej śmierci Véronique z Francji. Obydwie spotkały się tylko przelotnie, w scenie z wycieczką odjeżdżającą autobusem. W "Szlachectwo zobowiązuje", w "Sobowtórze" i "Podwójnym życiu Weroniki" ani razu nie pokazano w jednym kadrze dwóch postaci granych przez tego samego aktora. Inaczej było z Romanem Polańskim, którego w obrębie tego samego ujęcia w "Lokatorze" (1976) mogliśmy zobaczyć w dwóch miejscach jednocześnie: w łazience i w oknie pokoju naprzeciwko, z którego przez lornetkę obserwował... siebie w łazience.

W kilka osób znakomicie wcielił się Mike Myers, grający w trylogii "Austin Powers" cztery zróżnicowane pod względem wyglądu i charakteru postaci: tytułowego Austina Powersa, jego przeciwnika Doktora Zło, Grubego Skurwiela oraz Goldmembera. Kilkukrotnie dochodzi do spotkania na jednym ekranie Austina i Doktora Zło, a w drugiej części przygód Agenta Specjalnej Troski, cofając się w czasie o 10 minut, spotyka się on z samym sobą. Oczywiście obydwie wersje Powersa od razu zaczynają sobie słodzić, że są... bardzo sexy.


Choćby nie wiem jak szybko zmontowano materiał w scenie bójki z "samym sobą", prawie zawsze widoczny będzie dubler. Jedna z nielicznych dobrze skręconych walk tego typu ma miejsce w "Moon" (2009), gdzie prawdziwy aktorski koncert do potęgi n-tej daje Sam Rockwell - o tym filmie szerzej w dalszej części artykułu. Bójkę najbardziej zwariowaną znajdziemy w komedio-horrorze "Armia ciemności" (1992) Sama Raimiego. Dobry Ash (Bruce Campbell) walczy tu ze swoim alter-ego, Złym Ashem (oczywiście również Bruce Campbell). Bójka jest niezwykłym, choć nieco trącącym myszką, mariażem zgrabnego montażu, animacji poklatkowej, gumowej głowy o wyglądzie Campbella oraz optycznego łączenia ujęć. Zanim narodzi się Zły Ash, Dobry prześladowany jest przez maleńkie, aczkolwiek bardzo złośliwe wersje Asha - w tych miniaturowych kreacjach również wystąpił Bruce Campbell.

"Matrixem: Reaktywacją" bracia Wachowscy pokazali, że jeden aktor może być multiplikowany bez ograniczeń. Po premierze filmu pojawiły się, i owszem, zarzuty, że kopiowany bez końca Agent Smith to przerost formy nad treścią, ale skoro Smith to wirus, który wymknął się spod kontroli systemu, to czemu nie pokazać jego możliwości właśnie w taki sposób? Setki agentów Smithów w wykonaniu Hugo Weavinga, a raczej kaskaderów z nałożoną cyfrowo jego twarzą (lub po prostu do Weavinga podobnych), niemal przez kwadrans walczą z dzielnym Neo. I choć mnóstwo jest w tej sekwencji, nazywanej Burly Brawl, niedoróbek technicznych (postać Smitha często jest w całości generowana przez komputer, a niekiedy widać prawdziwe twarze kaskaderów), i mogłaby ona stanowić definicję słowa "przesada", jest niezwykle widowiskowa i warta zapamiętania. Widok agentów Smithów atakujących Neo z każdej strony, obłażących go jak robactwo, wreszcie przewracanych jak kręgle i rzucanych do góry niczym konfetti, zapiera dech w piersiach. Bracia Wachowscy wkurzeni na filmowców, którzy bez większych problemów parodiowali bullet-time z pierwszej części "Matrixa" (1999), bójką Neo vs. Smithowie zawiesili technologiczną poprzeczkę tak wysoko, że do dziś nikomu nie udało się jej przeskoczyć. Stephen Chow - kantoński reżyser i aktor w jednym, zbliżył się do poziomu braci Wachowskich, aranżując w finale swojego "Kung Fu Szał" pojedynek z setkami wrogów, którzy, podobnie jak Smith w "Reaktywacji", otaczają go ze wszystkich stron, a pod wpływem ciosów latają na wysokość kilku pięter. Jedyną różnicą było to, że przeciwnicy byli indywidualnymi jednostkami, a nie kopiami, jak postać grana przez Weavinga. Próba druga, tyleż widowiskowa co... nieco idiotyczna, miała miejsce w bollywoodzkiej superprodukcji pod tytułem "Robot" ("Endhiran") z 2010 roku. Bollywoodzki gwiazdor Rajnikanth nie dość, że wcielił się w twórcę i tworzywo - czyli w wynalazcę i wynalazek (naukowca i tytułowego robota), to w finale tego zwariowanego filmu... a zresztą, zobaczcie sami co też się dzieje w finale. W jednomyślności siła (akcja od 2 minuty 20 sekundy):






Z multiplikacją, ale na zdecydowanie mniejszą skalę, mamy do czynienia w "Piratach z Karaibów: Na krańcu świata" (2007). W schizoidalnej sekwencji na pustyni, Jack (Johnny Depp) we wszystkich załogantach Czarnej Perły widzi siebie. Sparrow zmywa pokład, Sparrow biega z wiadrami, Sparrow wspina się na maszt, napina liny, stawia żagle. Chwilami widzimy naraz nawet kilkunastu Deppów, i każdy z nich jest idealnie wkomponowany w akcję. Powielenie Jacka jest nie tylko pokazówką możliwości magików od efektów specjalnych. Sekwencja ta bardzo celnie odzwierciedla zarówno charakter Jacka (postrzeleniec), jak i dość niecodziennego miejsca, na pograniczu życia i śmierci, gdzie się znalazł. Aktora powielił też George Lucas w "Gwiezdnych Wojnach: Ataku klonów" (2002), ale zrobił to najskromniej spośród wymienionych tu filmów. W drugiej części Gwiezdnej Sagi aktor Temuera Morrison, grający Jango Fetta, po prostu siedzi sobie w kilkuset egzemplarzach podczas spokojnego posiłku w stołówce. Najbardziej trafnie pod względem merytorycznym motyw multiplikacji wykorzystano w "Być jak John Malkovich" (1999). Gdy tytułowy bohater wchodzi przez portal do własnej głowy, widzi świat złożony z samych Johnów Malkovichów - nawet kobiety mają jego twarz i łysą głowę. W dodatku każdy/a z tych Malkovichów, gdy tylko otworzy usta, nieważne w jakiej sprawie, powtarza tylko jedno słowo: Malkovich. Ta niezwykła scena powstała m.in. poprzez ucharakteryzowanie dziesiątek statystów na Johna Malkovicha i wykorzystanie aktorów do niego podobnych - co niestety na kilku ujęciach wyraźnie widać. Ogromne wrażenie robi sekwencja snu z "The Place House" z 1921 roku. Buster Keaton (również reżyser filmu) pojawia się na ekranie zarówno jako dyrygent, jak i sześciu muzyków. Widzimy trzech członków orkiestry na jednym ekranie, a każdy z nich ma twarz Keatona. Jakby tego było mało, słynny komik gra również publiczność, odźwiernego oraz jeszcze kilka osób występujących jednocześnie na scenie. Na jednym z ujęć można doliczyć się aż ośmiu kopii Bustera Keatona. Jest to najstarszy znany mi przypadek klonowania na ekranie. I mimo, że multiplikacja Keatona to tylko czysty zabieg formalny służący pokazaniu operatorsko/reżyserskich umiejętności, bez żadnego podparcia w fabule, należy się jej głęboki szacunek i pamięć - przyp. to film z 1921 roku. Ciekawy przykład multiplikacji aktora znajdziemy też w serii "Resident Evil": "RE: Extinction" (2007) w reżyserii Russella Mulcahy oraz "RE: Afterlife" (2010) Paula W.S. Andersona. Mamy tu do czynienia z prawdziwym rodzynkiem, gdyż przedmiotem klonowania jest kobieta, a jak zapewne zauważycie, niniejszy artykuł zdominowany jest w 99% przez mężczyzn. O sklonowaniu postaci granej przez Millę Jovovich dowiadywaliśmy się w finale "Extinction", ale prawdziwe wykorzystanie tego motywu przyniósł dopiero prolog powstałego trzy lata później "Afterlife", gdzie Milla w kilkunastu kopiach gania po laboratorium z karabinami, granatami, mieczami samurajskimi i inną bronią, siejąc zniszczenie do potęgi n-tej. Aż sześć klonów o twarzy Dominique'a Pinon'a (+ 1 oryginał) mogliśmy podziwiać w "Mieście zaginionych dzieci" Caro i Jeuneta z 1995 roku. Reżyserzy, poza stworzeniem na ekranie nadzwyczaj wiarygodnej iluzji, że mamy do czynienia z prawdziwymi klonami (największe wrażenie robi scena w której trzy klony grają ze sobą w grę planszową), wykorzystują ich istnienie także na płaszczyźnie merytorycznej. Przede wszystkim klony zastanawiają się, który z nich jest oryginałem (jak się okaże - żaden). Gdy jeden z nich zostaje uderzony, przekazuje cios dalej, niczym w głuchym telefonie, zaś gdy któryś z nich czyta na głos bajkę i robi się senny, niepostrzeżenie dla słuchacza zastępuje go "kolega". W finale filmu na klony wpada One (Ron Perlman) i choć jest wyraźnie zaskoczony, że na miejsce jednego wrzuconego do rury kolesia, wyrasta dwóch nowych - takich samych, cierpliwie wrzuca tam wszystkich po kolei, aż się skończą. Jean Pierre Jeunet na motywie klonowania oprze w dużej mierze swój kolejny film - "Obcy: Przebudzenie" z 1997 roku, jednak mimo spotkania przez Ripley nr 8 jej nieudanych poprzednich wersji, ani razu w jednym kadrze nie zobaczymy dwóch Sigourney Weaver.

Najświeższy przypadek: "Harry Potter i Insygnia śmierci" z 2010 roku, gdzie na początku filmu kilkoro przyjaciół po wypiciu eliksiru przybiera postać Harry'ego Pottera, by zmylić wroga i umożliwić młodemu czarodziejowi ucieczkę. Jak filmowcy dokonali tej multiplikacji Daniela Radcliffe'a? Czary.



Problematyka klonowania może być potraktowana poważnie lub na wesoło. Przykładem tego pierwszego jest film science fiction "Szósty dzień" (2000) z Arnoldem Schwarzeneggerem, który próbuje odzyskać swoją tożsamość i rodzinę po tym, jak klon zajął jego miejsce. W zaskakującym finale okazuje się, że grany przez Schwarzeneggera Adam Gibson wcale nie został zastąpiony, wciąż mieszkał ze swoją rodziną, a przez cały czas oglądaliśmy zmagania klona, który tak bardzo uwierzył w bycie Gibsonem, że chciał odzyskać nie swoją tożsamość, żonę i dziecko. Jedynym, co odróżniało go od oryginału, okazały się wypalone na wewnętrznej stronie powieki znaki kodowe. W tym futurystycznym kinie akcji znajdziemy dość ciekawą wymianę zdań między umierającym naukowcem, a klonem, który nie czekając na śmierć oryginału zdziera z niego ubranie. Na zarzut: "Nawet nie poczekasz aż umrę?", kopia odpowiada: "A ty byś poczekał?". Oryginał ma tu nieuzasadnione pretensje do drugiego siebie, który postępuje zgodnie z ich wspólnym sumieniem. Bardziej zgodni i jednomyślni są Adam Gibson i jego klon. Na widok dziury efektownie wypalonej w blacie stołu, obydwaj niemal jednocześnie reagują słowem zachwytu: "Fajne!". Filmowa fikcja wychodzi czasem poza ekran, czego przykładem są cztery nominacje do Złotej Maliny dla Arnolda Schwarzeneggera za występy w "Szóstym dniu", w kategoriach: najgorszy aktor pierwszoplanowy (za rolę Adama Gibsona), najgorszy aktor drugoplanowy (klon Adama Gibsona) oraz najgorszy duet (Adam Gibson i jego klon). W realizacyjnej perełce, "Wyspie" (2005r) Michaela Baya, klon (Ewan McGregor) początkowo nieświadom bycia klonem, próbuje walczyć o swoje prawa, ale przede wszystkim chce uratować życie i organy wewnętrzne swoje i pięknej Scarlett Johanson. Są oni bowiem kopiami bogatych ludzi, hodowanymi na części zamienne dla właścicieli. Po ucieczce klon odnajduje swojego właściciela, jednak ten nie ma obiekcji przed wydaniem go służbom bezpieczeństwa. W efekcie właściciel ginie z rąk policjanta, pomylony ze swoją kopią. Oczywiście zanim do tego dojdzie, dwóch McGregorów przekrzykuje się słowami: "On jest klonem, ja jestem Tom Lincoln!". Cóż, można rzec: kto klonem wojuje, od klona ginie - dobre hasło ku przestrodze przed kopiowaniem ludzi dla pieniędzy, sławy, czy nawet tak wzniosłego celu, jak gwarancja wiecznego zdrowia. Skoro już jesteśmy przy wątku omyłkowego wzięcia oryginału za podróbkę lub na odwrót, podobna scena ma miejsce w komiksowym "Człowieku ciemności" (1990) Sama Raimiego. Główny bohater noszący twarz czarnego charakteru - Duranta (Larry Drake), nieoczekiwanie spotyka się z nim w obrotowych drzwiach budynku, ku wielkiemu zdziwieniu tego drugiego. Przepychając się, obydwaj pokrzykują do zdezorientowanych bandytów: "To ja jestem Durant, zastrzel go!", i dopiero rozpuszczająca się sztuczna twarz zdradza podróbkę. Główny bohater "Człowieka ciemności" wykorzystuje możliwości nowoczesnej nauki do odtworzenia ze zdjęcia każdej twarzy, by krwawo rozprawić się z członkami gangu odpowiedzialnego za poparzenie jego ciała. Idealne odtworzenie facjaty wroga ma w tej niecodziennej walce znaczenie zasadnicze. Dbałość o detale przy tworzeniu sobowtóra, jest też niezwykle istotna w serii filmów sensacyjno szpiegowskich "Mission: Impossible". Ethan Hunt (Tom Cruise) zakłada sztuczne twarze badguyów, by podszywając się pod nich zmylić bandytów i wykonać karkołomne zadanie. Przykładowo, trzecia część "Mission: Impossible" (2006) przynosi scenę, w której agent Hunt ubrany i wyglądający identycznie jak superprzestępca Davian (Phillip Seymour Hoffman) niespodziewanie pojawia się za jego plecami w łazienkowym lustrze. Zatrzymajmy się na motywie identyczności dwóch postaci. Tej samej twarzy, tego samego uczesania i ubrania. Elementy te służą do budowania scen, w których ktoś ma mieć problem z odróżnieniem tego dobrego od tego złego, co ma dodać fabule dodatkowego smaczku. Nie tylko pozostali bohaterowie, ale i widz ma za zadanie odgadnąć kto jest kim, przez co bardziej emocjonuje się przebiegiem akcji. To doskonały przykład uzasadnionego, bo podnoszącego dramatyzm wydarzeń, użycia jednego aktora podwójnie. Jednym z najciekawszych przypadków jest "Człowiek w żelaznej masce" (1998), w którym o udanej podmianie Phillipa na miejsce króla zdecydować ma nie tylko fizyczne podobieństwo dwóch bliźniaków (DiCaprio x 2), ale również skopiowane zachowanie, gesty, sposób mówienia i charakter. To właśnie dobre serce zdradza sobowtóra, który zamiast postępować podle jak król, odruchowo zachowuje się w sposób miłosierny. Duże brawa należą się Leonardo DiCaprio, który bardzo wiarygodnie zagrał podłego i dobrego bliźniaka. Film jest remake'em "Człowieka w żelaznej masce" Mike'a Newella z 1977 roku. W tamtym obrazie w role bliźniaków wcielił się Richard Chamberlain, jednak odgrywane przez niego postaci (choć miały jedną wspólną scenę) ani razu nie zostały pokazane w jednym kadrze. Wcześniej był jeszcze "The Man in the Iron Mask" z 1939 roku w reżyserii samego Jamesa Whale'a, gdzie bliźniaków zagrał Louis Hayward. James Whale, spec od nowatorskich efektów wizualnych ("Narzeczona Frankensteina", "Niewidzialny człowiek") w scenie dialogowej między Królem a Filipem pokazał obydwu w jednym kadrze. Reżyser "Frankensteina" wykorzystał metodę genialną w swej prostocie używając tylnej projekcji. Louis Hayward - król grał na tle ekranu, na którym wyświetlany był wcześniej nagrany Louis Hayward - Filip. Owszem, gdy obaj panowie stoją "przed sobą" widać, że ten z lewej (przyp. mamy myśleć, że stoją w jednej linii) jest nieco większy od tego z prawej, choć powinni być jednakowego rozmiaru. Nie zmienia to faktu, że nawet dziś, po ponad 70 latach od premiery Whale'owskiego "Człowieka w żelaznej masce" sceny te robią kapitalne wrażenie.

Doskonałą komedią omyłek bazującą na motywie identyczności jest bollywoodzki "Duplicate" z 1998 roku, stanowiący wariację na temat hollywoodzkiego "Face/Off". Jest to film, w którym motyw podobieństwa wykorzystano jednocześnie w sposób śmiertelnie poważny i tak wesoły, że aż śpiewający. Ulubieniec kobiet, hinduski megagwiazdor Shahrukh Khan wciela się tu w Bablu - gapowatego kucharza oraz jego sobowtóra (lub na odwrót) Manu - bezwzględnego bandziora. Ten pierwszy szarżuje na ekranie bez opamiętania, jest infantylny i roztrzepany, a na jego twarzy tkwi zamontowany na stałe głupawy uśmiech. Drugi to zimnokrwisty morderca, noszący permanentny grymas złości. Shahrukh Khan kreując dwie postaci stojące na dwóch końcach dramaturgicznej huśtawki, stosuje bardzo proste, a chwilami wręcz prostackie środki wyrazu - będąc Bablu wygłupia się na całego, przez co postać ta często staje się dla widza irytująca i balansuje na granicy strawności. Znacznie lepiej i wiarygodniej wypada Khan w roli typa spod ciemnej gwiazdy, postać Manu opierając na obniżonym, gardłowym głosie, choć tu również nie wychodzi poza standardowy zestaw min przypisany czarnym charakterom. W trakcie ponad 3-godzinnego filmu Bablu i Manu widzimy razem na ekranie przez zaledwie kilka minut, ale są to minuty naprawdę warte odnotowania. Podczas ich pierwszego spotkania, Bablu jest obejmowany ramieniem przez stojącego za nim Manu, następnie Manu podnosi Bablu ściskając go za gardło, Shahrukh Khan uderza też samego siebie w twarz i daje "sobie" pstryczka w nos. Największe wrażenie robi jednak ujęcie, na którym widzimy stojącego przed lustrem Manu, podczas gdy w lustrze odbija się Bablu, po czym Manu odchodzi od lustra, kamera rusza razem z nim i widzimy Bablu, który jeszcze przed chwilą widoczny był w lustrze.



Bollywoodzcy spece od FX odwalili tu kawał świetnej technicznej roboty. Merytorycznie jednak film leży. Przez cały czas trwania ekranowych wydarzeń, gdy Bablu i Manu zamieniają się miejscami, nikomu z ich otoczenia nie przychodzi do głowy, że, aby zweryfikować ich tożsamość, wystarczyłoby zadać jakieś banalne pytanie o przeszłość, które mogłoby w kilka sekund pokazać, z którym z nich ma się do czynienia i rozwiać wszelkie wątpliwości. Najbardziej kuriozalnie wypada finał "Duplicate", gdy aresztowany Manu rzuca się na Bablu, obydwaj wpadają w wapno i tylko matka Bablu może odgadnąć, który z nich jest jej synem. Nie, nie pyta ich na przykład o datę urodzenia (Manu nie wiedziałby, kiedy urodził się Bablu) lub o jakiś inny fakt, który znałby tylko jej syn. Matka podchodzi do wybielonych "bliźniaków" i stwierdza, że... dziadek Bablu był zapaśnikiem, więc po przodku powinien mieć on w sobie wielką siłę. Idąc tym tropem kobiecina daje sobowtórom zadanie: będziecie mnie ciągnąć za ręce i ten, który przeciągnie mnie na swoją stronę będzie moim synem. Scena, w której Shahrukh Khan i Shahrukh Khan przeciąga(ją) matkę niczym linę, należy do najbardziej idiotycznych, jakie można sobie wyobrazić i dotkliwie rani ten całkiem fajny film. Ostatecznie jeden z "bliźniaków" puszcza kobietę nie mogąc patrzeć na jej ból i to ten (eureka!) okazuje się być jej synem. Shahrukh Khanowi tak spodobało się granie podwójnej roli, że po latach nakręcił nadzwyczaj udany sensacyjny obraz "Don" (tak, w nim też śpiewają i tańczą i też trwa 3 godziny), w którym jest prostym chłopakiem i groźnym gangsterem, jednakże ani razu nie dochodzi do spotkania dwóch Khanów w jednym kadrze.

Czas na reklamę:



Po reklamie.

Poprzedni akapit poświęcony był "identyczności" klonów/kopii. Po drugiej stronie barykady stoją odmienne fryzury i ubrania, aby, tym razem dla połapania się w akcji, dokładnie wiadomo było który bliźniak/klon jest który. Najlepszym przykładem będzie wspominany wcześniej film kopany "Podwójne uderzenie". Ten twardszy J.C.V. Damme ma nażelowane włosy zaczesane do tyłu, a J.C.V. Damme łagodniejszy fryzurę... po prostu jak J.C.V. Damme. Podobnie w "Replikancie" - dobry Van Damme to ten obcięty na krótko, zły ma włosy długie i nieco pokręcone. W "Wyspie" oryginał nosi okulary i włosy elegancko przylizane, klon okularów nie posiada, a włosy ma postawione na baczność. Dopiero podczas bójki obydwaj upodabniają się w pełni do siebie, gubiąc okulary i psując fryzury, czym utrudniają wybór celu mierzącemu do nich policjantowi.

Dzięki różnej długości włosów mogliśmy odróżnić od siebie rozdzielone w dzieciństwie bliźniaczki w "The Parent Trap" z 1961 roku oraz "The Parent Trap" z roku 1998. Ale tylko przez pierwszą połowę filmu, gdyż później dziewczynki chcąc zamienić się miejscami, muszą stać się identyczne i jedna z nich ścina włosy. Zarówno wersja oryginalna "The Parent Trap", jak i jej remake z końca XX wieku zawierają mnóstwo skomplikowanych scen z udziałem młodych aktorek grających siebie i siostrę bliźniaczkę. W wersji z 1961 (która, na marginesie, otrzymała nominację do Oscara za najlepszy montaż) mamy nawet do czynienia ze sceną wspólnego śpiewania i grania na instrumentach w wykonaniu sióstr. Z kolei wersja z roku 1998 oferuje ujęcia, na których między dwiema Lindsay Lohan pojawiają się inni ludzie, lub takie, na których bliźniaczki z niemal całkowitą swobodą chodzą wspólnie po jednym pomieszczeniu. Należy przyznać, że młode aktorki z obydwu wersji (Hayley Mills/Lindsay Lohan) aktorsko spisały się fenomenalnie. Dialogi prowadzone - jakby nie patrzeć - z samym sobą, brzmią w ich wykonaniu naturalnie. Chwilami zapominamy wręcz, że oglądamy sprytne oszustwo montażowe i tylko jedną aktorkę.


Nawet Jackie Chan ma na swoim koncie podwójny występ przed kamerą, z wykorzystaniem, a jakże, dwóch różnych fryzur - z kucykiem i bez. W "Twin Dragons" z 1992 roku, ten przesympatyczny aktor stanowiący piorunującą mieszankę humoru ze sztukami walk, wcielił się w rozdzielonych w dzieciństwie bliźniaków, których drogi po latach znowu się schodzą. Jeden z nich jest mistrzem kung-fu i pracuje w zakładzie samochodowym jako mechanik. Drugi jest bogatym muzykiem, który rąk potrafi używać tylko do dyrygowania orkiestrą. Przez niemal połowę filmu, z powodu podobieństwa braci dochodzi do przezabawnych sytuacji. Obydwaj panowie poznają się ostatecznie dopiero w toalecie, przy pisuarach, gdzie przyglądają się sobie myśląc, że patrzą w lustro. Dopiero to, że nawzajem się obsikują daje im do myślenia... Bardzo ciekawym zabiegiem w "Bliźniaczych Smokach" jest motyw mentalnego połączenia bliźniaków. Gdy np. jeden z nich siedzi w restauracji, a drugi bierze akurat udział w szaleńczym pościgu na motorówkach, ten siedzący w restauracji dostaje choroby morskiej i buja się na boki w momencie, gdy drugi bliźniak wykonuje motorówką gwałtowne skręty - jest to, na marginesie, jedna z najzabawniejszych scen filmu. Motyw niezwykłej więzi między braćmi znajduje swoją puentę w finale (obydwaj już nie do odróżnienia z powodu potarganych włosów), gdy niepotrafiący się bić bliźniak-muzyk jest "sterowany" przez bliźniaka-mechanika niczym przez lalkarza pociągającego za sznurki. Poza standardowym optycznym łączeniem ujęć z nagranym oddzielnie Jackie Chanem i Jackie Chanem, filmowcy próbują wiarygodnie pokazać na jednym ujęciu jednego Chana siedzącego przy stole i drugiego wchodzącego właśnie do restauracji.



Wykorzystują do tego proste cięcie montażowe w momencie, gdy cały kadr wypełnia tyłek kelnera ubranego w czarne spodnie. Nie zabrakło jednak potknięć realizacyjnych - w niektórych scenach jeden z braci jest grany przez dublera, co niestety aż nadto wyraźnie widać (odsyłam do KMF-owego działu "WPADKI FILMOWE" pod literkę B). Jednym z najzabawniejszych momentów finału jest scena, w której (podczas trwającej bijatyki) jeden z bandziorów odkrywa, że tak naprawdę walczą oni z bliźniakami i z euforią wykrzykuje do kompanów: "Hej! Jest ich dwóch, ale tylko jeden umie się bić!", po czym zostaje zamknięty w klatce z jednym z braci i dopiero gdy dostaje w zęby, dowiaduje się z którym. A to oczywiście nie jedyna scena, w której jakiś bandyta nie wie z którym bliźniakiem ma w danej chwili do czynienia. Posiadanie bliźniaka ostatecznie wykorzystują bracia w potyczce z finałowym bossem, którego dezorientują stając raz obok siebie, a raz gęsiego, tak, że widać tylko jednego z nich. "Twin Dragons" to nie tylko fantastyczna komedia i (jak to zwykle u Chana) przyprawiający o zawrót głowy pokaz kaskaderki na najwyższym poziomie. Znalazło się tu wszystko to, co powinno być obecne w filmie bazującym na perypetiach bliźniaków, czyli mnóstwo podmian, nieporozumień, zwariowanych akcji i zaskoczenia. To komedia omyłek z najwyższej półki, a Jackie Chan udowadnia swoją podwójną rolą, że jest nie tylko świetnym fighterem, ale też niezłym aktorem i ponadprzeciętnym komikiem.

"Mierzę 195 centymetrów, ważę ponad 100 kilogramów i jest mnie dwóch" - takimi słowami przechwala się jeden z bliźniaków Winklevoss, zagranych przez Armie Hammera, którym pan Zuckerberg podkradł (według nich) pomysł na Facebook. Przyznam szczerze, że oglądając "The Social Network" nie kojarzyłem aktora, który wcielił się w bliźniaków. Dokładniej mówiąc, nawet nie przyszło mi na myśl, że dwóch braci Winklevoss, których widzę w scenach dialogowych, czy też płynących w kajaku, wiosłujących w jednym rytmie, jest odgrywanych przez jednego aktora - a to świadczy o realizacyjnym oszustwie doskonałym!





Na krajowym podwórku filmowe zabawy w kopiowanie/klonowanie jednego aktora uprawiane były rzadko. Oprócz wspomnianych wyżej Pazur-ów 2-óch, wymienić należy podwójną rolę Mieczysława Voita z "Matki Joanny od Aniołów" (1961), gdzie zagrał księdza i rabina, którzy w jednej, długiej scenie prowadzą ze sobą dialog, lecz wyłącznie na kontrplanach. Jerzy Radziwiłłowicz w jednej z retrospekcji "Człowieka z żelaza" zagrał jednocześnie Mateusza Birkuta i jego syna, Maćka Tomczyka. Wajda nie bawił się w podzielony ekran. Kiedy miał pokazać ojca i syna razem, używał nieoświetlonego i pokazywanego od tyłu dublera. Natomiast dwóch aktorów w jednym kadrze dostaliśmy nieoczekiwanie od Wandy Jakubowskiej, która w wieku 81 lat nakręciła swój ostatni film "Kolory kochania" (1988) i tym samym została najstarszą reżyserką świata. Jacek Chmielnik zagrał jednocześnie młodopolskiego pisarza Władysława Orkana i Franka Rakoczego, bohatera pisanej przez Orkana powieści. W ostatniej, symbolicznej scenie filmu obaj spotykają się na ekranie. W zapomnianym filmie telewizyjnym "Profesor Zazul" (1965) wg opowiadania Stanisława Lema, Stanisław Milski zagrał tytułowego naukowca, który, niczym w "Szóstym dniu", okazuje się klonem, nazbyt udanym wynikiem eksperymentu swego stwórcy. Reżyserzy Marek Nowicki i Jerzy Stawicki nie uciekli od rzetelnej wizualizacji zaskakującego zakończenia i pokazali aktora w dwóch wcieleniach w jednym kadrze. W słynnej scenie legendarnego spektaklu Teatru Telewizji "Igraszki z diabłem" (1979), diabelski Marek Kondrat dosłownie rozdwaja się przed kamerą, by zdublować swoje szanse w knuciu leśnych intryg. Nie licząc braci Mroczków, nadających się do artykułu w prasie leśniczej "Jak sklonować kawałek drewna i zarobić niezłą pęgę", najbardziej spektakularnym przykładem klonowania made in Poland jest serial "Ranczo" (2005-2010) Wojciecha Adamczyka. Cezary Żak w roli jednojajowych bliźniaków, piastujących funkcje księdza i wójta w Wilkowyjach, dokonał sztuki niebywałej. Wbrew świadomości i zdrowemu rozsądkowi zmusił widza do uwierzenia, że obie role zagrało dwóch różnych aktorów i wygrał wszystkie, nawet najbardziej groteskowe, różnice między nimi w sposób mistrzowski. W scenach wspólnych dialogów Żak korzystał zazwyczaj ze swego dublera Roberta Ostolskiego, z którym zamieniał się rolami. Ale raz na kilka odcinków twórcy raczyli widzów bardzo prostym technicznie wspólnym ujęciem wójta i proboszcza en face. Nie różnią się od siebie gangster Józef Kiełbasa i komendant w 25. odcinku serialu "13. posterunek" (1998). Komendant mówi do gangstera: "Słyszałem, że jesteś do mnie podobny", na co ten odpowiada: "Nie, to ty jesteś podobny do mnie". Komedia ta porusza zatem, być może przez przypadek, dość istotne zagadnienie - każdy woli być tym, do kogo ktoś jest podobny, niż tym, który podobny jest do kogoś, czyli w domyśle, kimś mniej ważnym. Z kolei w kultowym "Misiu" (1980), dzięki niezwykle ważnemu dla fabuły wątkowi sobowtórów, możemy obejrzeć jedną z najśmieszniejszych scen związanych z interesującym nas tematem. Gdy sobowtór Ochódzkiego, Stanisław Paluch (w obydwu rolach Stanisław Tym), otwiera drzwi i widzi przed sobą siebie, mówi: "Nie, dziękuję, my już mamy", sądząc, że właśnie spławił gościa próbującego sprzedać mu lustro. Tym z Tymem ani razu nie pojawiają się w jednym kadrze, bo Barei nie w głowie były techniczne sztuczki, na które nie miał czasu, budżetu i taśmy. Inaczej stało się w przypadku sztuki Teatru Telewizji z 2003 roku "19. południk" autorstwa i w reżyserii Juliusza Machulskiego, w którym bliźniaków-polityków Stefana i Bogdana Dziadulów (bardzo czytelne nawiązanie do postaci braci Kaczyńskich) zagrał/li Adam Ferency. Już dwaj Ferency siedzący przy jednym stole i żywo dyskutujący z pozostałymi osobami robią wrażenie, a gdy jeden po drugim wchodzą do tego samego pomieszczenia, przysłowiowa szczęka opada z wrażenia. Poziom wykonania scen z bliźniakami jest zaskakująco wysoki, jak na niskobudżetową produkcję Teatru Telewizji. Praca Bartka Maciasa ze studia Orka ma tylko jeden feler, który właściwie felerem nie jest, ponieważ wynika z technologii produkcji - efekty są wykonane na pełnych klatkach (progressive), a reszta spektaklu oferuje płynny, typowo telewizyjny obraz z przeplotem (interlaced). Tak więc w każdym momencie wejścia na ekran sklonowanego cyfrowo Ferencego, skokowo zmienia się dynamika ruchu.



- Ty jesteś Stefan czy Bogdan?
- Stefan Dziadul.
- Bo nigdy nie mogę was odróżnić, nawet jak jesteście razem.
- Mój brat, Bogdan Dziadul jest chory.
- No tak, jak Bogdan jest chory, to Ty jesteś Stefan...


Oderwijmy się na chwilę od meritum niniejszego artykułu. Juliusz Machulski w swoim "Kiler-ów 2-óch" stworzył niezapomnianą, rozbrajająco zabawną scenę z sobowtórami, używając, tym razem dwóch(!) aktorów. Przed naczelnikiem więzienia siedzi Janusz Rewiński (Siara) i łudząco do niego podobny aktor Jerzy Koziński. Naczelnik ma za zadanie rozpoznać oryginał. Gdy zamyka oczy, Siara (Rewiński) ucieka, a pozostały na miejscu sobowtór, na pytanie naczelnika, jak się nazywa, odpowiada... Rewiński. "Kiler-ów 2-óch" to film sobowtórami stojący. Żeby wiarygodnie pokazać załamanie nerwowe Szakala, który wszędzie widzi ś.p. Jurka Kilera, użyto dwóch egzemplarzy Cezarego Pazury (jako Jurka i Moralesa) oraz prawdziwego sobowtóra Pazury - Leszka Blautenberga. Po raz kolejny filmowa fikcja wdarła się do świata realnego, gdy Cezary Pazura wystąpił do sądu o ochronę dóbr osobistych po tym, jak Leszek Blautenberg w mundurze policjanta (nawiązanie do charakterystycznej roli Pazury z "13. posterunku") wystąpił w reklamie sieci sklepów MarcPol. Ciekawe, jak wyglądała rozprawa sądowa i czy obecni na sali nie mieli ochoty wybuchnąć śmiechem.



W humorystyczny sposób do tematu klonowania podszedł Michael Keaton w trzech kopiach i jednym oryginale, w filmie Harolda Ramisa "Mężowie i żona" (1996). Główny bohater, zabiegany budowlaniec niemający czasu dla rodziny i na jakiekolwiek przyjemności, w tajnym laboratorium poddaje się zabiegowi klonowania. Kopia, z numerem 2 za uchem, zastępuje go w pracy, jednak po jakimś czasie i to przestaje wystarczać i powstaje kopia nr 3, a w końcu i kopia nr 4, zrobiona przez klona, który chciał sobie zrobić pomocnika, by mieć więcej czasu dla siebie. Co ciekawe, kopia powstała z kopii jest upośledzona umysłowo, co stanowi przestrogę jako taką przed klonowaniem ludzi w ogóle. Sceny zbiorowe ze wszystkimi wersjami Michaela Keatona są pod względem technicznym i aktorskim zrealizowane bez zarzutu i stanowią klasę samą dla siebie. Na szczególne uznanie zasługuje ujęcie, na którym Michael Keaton nalewa Colę do tej samej szklanki, którą po chwili podnosi do ust drugi Michael Keaton - pełna interakcja postaci i przedmiotów, bez żadnych cięć montażowych. Jednak pod względem merytorycznym "Mężowie i żona" po prostu leżą. Drażni głównie to, że obydwa klony, które miały być w 100% identyczne z oryginałem, charakterologicznie są zupełnie inne od dawcy DNA. Film jest infantylny i naiwny, znajduje się w nim jednak pewien interesujący dialog, który ma miejsce w momencie, gdy oryginał dzwoni do klona:

- Halo, to ja.
- Kto?
- Ja... Ty... my.


Jest jeszcze jedno fabularne uzasadnienie podwójnej obecności w jednym kadrze tego samego aktora. To, wspomniana już przy Austinie Powersie, podróż w czasie. W thrillerze science fiction "Strażnik czasu" z 1994 roku (Ja Wam Dam ponownie w dwóch odsłonach) skorumpowany senator grany przez Rona Silvera spotyka młodszą wersję siebie i jest swoim idealistycznie nastawionym wcieleniem wyraźnie poirytowany. Podczas pierwszego spotkania młodsza wersja dostaje cios w twarz i na jej policzku pojawia się rozcięcie. Niemal w tej samej sekundzie na twarzy wersji teraźniejszej zarysowuje się blizna. Podczas drugiego spotkania młodsza wersja zostaje wepchnięta na starszą, a, że według scenariusza materia nie może się zetknąć z drugim egzemplarzem tej samej materii, bohater grany przez Rona Silvera zostaje w tyleż bolesny, co widowiskowy sposób, zdematerializowany. "Powrót do przyszłości, część II" (1989) to już prawdziwe zatrzęsienie spotkań spowodowanych podróżami w czasie i zrealizowanych, jak to u Roberta Zemeckisa bywa, po prostu rewelacyjnie. Marty (Michael J. Fox) spotyka w przyszłości swojego fajtłapowatego syna, oczywiście granego przez Michaela J. Foxa. Na młodszą wersję siebie natyka się z kolei Doc Brown (Christopher Lloyd). O ile Marty i Doc podczas tych spotkań zachowują zimną krew, bo w podróżach w czasie są zahartowani, tak obydwie Jennifer (ukochana Marty'ego) na widok młodszej/starszej wersji siebie, niczym rażone piorunem jednocześnie padają nieprzytomne na podłogę. Najciekawsze pod względem merytorycznym jest spotkanie czarnego charakteru, Biffa (Thomas F. Wilson gra również swojego wnuka, Griffa z roku 2015), który przenosi się w przeszłość i wręcza młodemu sobie Almanach Sportowy z lat 1950-2000, by młodsza wersja korzystając z niego, dorobiła się fortuny. Na szczęście wszystkie te spotkania obywają się bez strasznych konsekwencji znanych ze "Strażnika czasu". Bohaterowie innego filmu - "Piąty wymiar" z 2010 roku uwięzieni w pętli czasu na stałe, są raz za razem uśmiercani przez osobnika w kapturze. Jedna z bohaterek, regularnie zabijana w ten sam sposób, dociera do miejsca, w którym zmarły jej poprzednie "wersje". Twórcy filmu wykazali się w tym miejscu niezwykłą kreatywnością, bo ujęcie na którym widać stos trupów o twarzy tej samej kobiety, robi wstrząsające wrażenie. Skoro podróże w czasie, to i w przestrzeni. W "Bohaterze ostatniej akcji" (1993) Johna McTiernana, bohater grany przez Arnolda Schwarzeneggera przenika z rzeczywistości kinowej do naszej i spotyka odtwórcę swojej postaci, czyli Arnolda Schwarzeneggera. Co więcej, Arnold rzuca się na uzbrojoną, filmową wersję siebie myśląc, że to jakiś psychopata z pistoletem. Gdy orientuje się, że ma do czynienia z kimś łudząco do siebie podobnym, zmienia nastawienie i, myśląc, że to jakieś pokazy kaskaderskie, stwierdza, że... nigdy nie widział lepszego sobowtóra gwiazdy. Spotkanie dwóch Arnoldów wykorzystano tu by pokazać, że fikcyjne postaci filmowe nie kończą żywota wraz z napisami końcowymi, i wszelakie nieszczęścia jakie zrzucają na nich scenarzyści, przeżywają naprawdę, i później mają o nie pretensję do swoich odtwórców. Czego to w tym Hollywood nie wymyślą.

Powyższe zestawienie pokazuje, że kino dość często korzysta z patentu dwa w jednym, czy, wypadałoby raczej powiedzieć, jeden w dwóch. Równie jednak często nie wynika z takiego zabiegu nic ciekawego, a widz zamiast skupić się na fabule, przygląda się wnikliwie każdej scenie i szuka niedoróbek technicznych. Przypadki naprawdę trafionego i uzasadnionego scenariuszem użycia aktora do zagrania dwóch lub większej ilości postaci można więc wymienić na palcach jednej ręki. Pierwszym obrazem, który w tej trudnej dziedzinie wspiął się na Mount Everest sztuki filmowej, jest "Adaptacja" z 2002 roku w reżyserii Spike'a Jonze'a. I choć nagrodę Akademii za rolę drugoplanową zdobył pozbawiony przednich zębów Chris Cooper, nie należy zapominać, że Nicolas Cage, zanim na dobre przeprowadził się do kina akcji, stworzył w tym filmie jedną (jedne?) ze swoich najlepszych ról dramatycznych, otrzymując za swój podwójny występ zasłużoną nominację do Oscara (niestety pojedyńczą). Zadanie miał niezwykle trudne, wcielił się bowiem w role bliźniaków scenarzystów, z których jeden to ponurak, małomówny introwertyk, pełen lęków przed światem zewnętrznym, zaś drugi to typ przebojowy, narwany, nieco lekkomyślny i naiwny, ale pewny siebie. Obydwaj są fizycznie identyczni, a Cage wszelkie różnice między nimi wygrywa gestem, słowem i mimiką, tworząc w jednym filmie dwie postaci podobne jak krople wody, lecz skrajnie odmienne pod względem psychologicznym. Przykład drugi to "Co w trawce piszczy" z 2009 roku w reżyserii Tima Blake'a Nelsona, gdzie Edward Norton stworzył bardzo wiarygodną parę bliźniaków: Billa i Brady'ego Kincaidów. Billy to elegancko uczesany wykładowca uniwersytecki, szanowany, wykształcony erudyta. Brady, noszący długie włosy i bródkę, to wytatuowany prostaczek z prowincji, który na życie zarabia produkując na szeroką skalę miękkie narkotyki. Poza różnicami w wyglądzie, bliźniaków odróżnia zabawny i bardzo wyraźny akcent, z którym mówi Brady. Bracia wykorzystują swoje podobieństwo do klasycznej "zamiany". Wspólne sceny Nortonów to prawdziwa ekstraklasa efektów optycznych. Poza standardowym filmowaniem ich "przez ramię", gdzie Norton rozmawia z dublerem, w filmie znalazło się mnóstwo niezwykle skomplikowanych ujęć, jak choćby to, na którym obydwaj bracia idą obok siebie, rozmawiając i po drodze jeden drugiego wyprzedza. Najpierw nagrano Nortona idącego przez laboratorium prawą stroną, a następnie Norton przeszedł się po lewej stronie kadru na tle - jak mniemam - tylnej projekcji. Z kolei ujęcie, na którym Billy wchodzi od razu po Bradym do szklarni przez te same drzwi, w których (dla utrudnienia realizacyjnego) wiszą foliowe, bujające się wertikale, jest dla mnie prawdziwym mistrzostwem świata! Trzeci film to wspomniany wcześniej "Moon". Sceny, w których widzimy Sama Rockwella rozmawiającego z Samem Rockwellem, walczącego z Samem Rockwellem, a nawet grającego w ping-ponga z Samem Rockwellem, wypadają niezwykle naturalnie, nie sprawiają też wrażenia kręconych z trudem. Dialogi absorbują, fabuła intryguje, a zakończenie pasjonującej opowieści, łączącej ponury dramat z kinem fantastycznonaukowym, wstrząsa, pozostawiając widza z mnóstwem refleksji. "Moon" jest nie tylko dziełem fabularnie bardzo dojrzałym, przemyślanym, perfekcyjnie zrealizowanym i tak samo zagranym. Przede wszystkim jest doniosłym głosem w sprawie etyki klonowania.

Co przyniosą kolejne lata? Kto zdecyduje się na podwójną rolę? Jak zaskoczą nas twórcy? Może z pomocą przyjdzie komputer, który całkowicie odciąży aktora i "zagra" za niego klona/bliźniaka? "Tron: Dziedzictwo" z 2010 roku pokazuje wyraźnie, że taki kierunek jest jak najbardziej możliwy. Nie dość, że stworzono cyfrową wersję młodego Jeffa Bridgesa (z lekkim tylko niedopracowaniem okolicy ust), to w dodatku kazano zagrać wspólną scenę aktorowi i jego cyfrowej kopii. Motyw wart odnotowania grubą czcionką na kartach historii kina.





EPILOG

W 1978 roku powstał "The Boys from Brazil" w reżyserii Franklina J. Schaffnera, z Gregorym Peckiem i Laurencem Olivierem w rolach głównych. Akcja toczyła się wokół klonowania i to nie byle kogo, bo samego Adolfa Hitlera. Jego 94 klony wychowane zostały przez niczego nieświadome rodziny zastępcze rozsiane po całym Świecie. Doktor Mengele (Peck) czuwający nad tym jakże szalonym eksperymentem, krok po kroku stara się odtworzyć warunki, w jakich wychowywał się Adolf Hitler, by jego klony poszły śladami oryginału, czyli stały się bezlitosnymi dyktatorami pałającymi rządzą podbicia świata. I choć film jest znakomity (3 nominacje do Oscara), nie uświadczymy w nim żadnej klonowej sceny zbiorowej, a trochę szkoda. Widok dziewięćdziesięciu czterech egzemplarzy Adolfa Hitlera stojących na czele IV Rzeszy byłby niezapomniany. Na pocieszenie sklonowany David Schwimmer:





Autor opracowania: Rafał Donica - DUX [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 8 kwietnia 2011
Poprawki, uzupełnienia, inspiracje, kilka opisów i oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

Podziękowania dla Bucho, Pati, Hitcha i Mefisto
oraz uczestników konkursu KMF dotyczącego podwójnych ról,
za podrzucenie kilku interesujących tytułów.


ARTYKUŁY | STRONA GŁÓWNA KMF