Strona główna KMF
        
Jak do tego doszło
...czyli w oczekiwaniu na film


Wielki reżyser James Cameron, po 11-oscarowym "Titanicu" (1997), przestał kręcić filmy fabularne. Człowiek, który zrobił "Aliens", "Abyss", "True Lies" i "Terminatory", po osiągnięciu tytanicznego apogeum własnych możliwości artystycznych osiadł na laurach bojąc się, że cokolwiek i jakkolwiek wyreżyseruje, będzie to skazane na mniej lub bardziej widowiskową porażkę, gdyż samego siebie twórca "Titanica" nie pobije. Bo łatwiej kręcić filmy mając świadomość, że ten kolejny może okazać się jeszcze lepszy, że może okaże się tym największym i najsłynniejszym. To tak, jak przesiadać się do coraz to lepszego i droższego samochodu. Jednak przesiąść się z Mercedesa do np. Nissana, to już nie to samo. Niby obydwa to dobre samochody, ale jednak inna klasa. W taką właśnie pułapkę wpadł filmem "Titanic" James Cameron, który po ogłoszeniu się na oscarowej gali Królem Świata... wolał zaniechać reżyserii filmów fabularnych (wybierając bezpieczne, podwodne dokumenty 3D) niż doznać nowym filmem uczucia, jakiego doznaje się podczas zamiany samochodu na gorszy. Czemu we wstępie do recenzji Jacksonowskiego "King Konga" piszę o Jamesie Cameronie? Dla pewnego porównania.
Otóż Peter Jackson trylogią "Władca pierścieni" a zwłaszcza "Powrotem Króla", teoretycznie wpadł w te same sidła co Cameron, bowiem osiągnął nieosiągalne: przede wszystkim pokazał, że film nakręcony poza USA (Nowa Zelandia) może zmiażdżyć konkurencyjne produkcje. Po drugie, "Powrót Króla" był pierwszym obrazem fantasy w historii Oscarów, który dostał statuetkę za Najlepszy Film. Po trzecie, Jackson w mgnieniu oka przemienił się w giganta reżyserii, choć początek i środek jego reżyserskiej kariery nie wróżył niczego ponad zwykłą, reżyserską średnią; zacząwszy niszowym, lekko kiczowatym i mocno krwawym kinem gore ("Bad taste", "Meet the Feebles" i kultowy "Brain Dead"), poprzez kameralny "Heavenly Creatures" (nominacja do Oscara za scenariusz), pomysłowy dokument "Forgoten Silver" i doszedłszy do TYLKO jednego filmu hollywoodzkiego, w dodatku niedocenionego: "The Frighteners", wyprodukowanego przez Roberta Zemeckisa, Jackson nie zapowiadał się na człowieka, który w roku 2005 będzie trzymał świat filmu w garści!
Do dziś zresztą wielu zachodzi w głowę, jak Peter Jackson, nie mający na swoim koncie żadnego kasowego sukcesu, dostał zgodę i fundusze na ekranizację tolkienowskiej trylogii. Jedno zresztą - dostać fundusze, a drugie - dobrze je wykorzystać. Jak pokazał czas, Jackson nie roztrwonił zainwestowanych w jego "Władcę pierścieni" pieniędzy, a rezultat twórczej kreatywności niesamowitego (jak się okazało) reżysera z Nowej Zelandii i jego mistrzowskiej reżyserii (nie mylić aby z naszym samozwańczym Miszczem Wajdą) przeszedł najśmielsze oczekiwania widzów i nawet sceptycy ekranizacji Tolkiena musieli przyznać, że Peter Jackson wyszedł ze starcia z powieścią w trzech częściach, obronną ręką. I w zasadzie po odebraniu przez "Powrót Króla" 11-tu Oscarów, Peter Jackson powinien krzyknąć cameronowskie "I'm king of the world!" i zacząć kręcić dokumenty 3D, na przykład o bogatym życiu nowozelandzkiej flory i fauny. Reżyser "Władcy..." zapewne był świadom, że swojej własnej Trylogii raczej już niczym nie przeskoczy, ale nie przeszkodziło mu to w dalszym spełnianiu własnych filmowych marzeń. A chęć zrobienia remake'u "King Konga" z 1933 roku, chodziła za Jacksonem od najmłodszych lat, kiedy to domowymi metodami animacji poklatkowej, próbował nakręcić swoją wersję przygód wielkiej małpy. Jak wiadomo, 8-letniemu Jacksonowi nie udało się wówczas doprowadzić 'produkcji filmu' do końca ;). Gdy więc zawitał do Hollywood wraz ze swoimi "Przerażaczami", jego kolejnym projektem, projektem marzeń, miał być właśnie "King Kong". Niestety (albo i stety) pod koniec lat 90-tych ubiegłego stulecia,
Peter Jackson ze scenariuszem "King Konga" pod pachą (pisał go ponoć cały rok) spotkał się u producentów z czerwonym światłem, gdyż dwa filmy o dużych zwierzakach "Mighty Joe Young" i "Godzilla" - poniosły właśnie w kinach finansowe klapy i nikt nie chciał wyłożyć kasy na kolejne filmowe fiasko z gatunku 'monster-movie'. Jak sam Jackson dziś przyznaje, ówczesna odmowa z perspektywy czasu była najlepszym, co mogło się projektowi zatytułowanemu "King Kong" przydarzyć, albowiem przy realizacji "Władcy pierścieni" reżyser mógł się dotrzeć w kręceniu wielkobudżetowych superprodukcji, a spece z Weta Digital na postaci Golluma do perfekcji dopracować wszelkie niuanse i szczegóły animacji postaci z komputera. Po spektakularnym, ogólnoświatowym sukcesie trylogii "Władcy pierścieni", Producenci niemal prosili Jacksona, żeby wyreżyserował "King Konga", a do próśb dorzucili 20mln $ gaży - kwotę, jakiej nie widział na oczy żaden jeszcze reżyser! Trailery, teasery i spoty telewizyjne "King Konga" nie pozostawiają wątpliwości - film będzie dokładnym remake'em wersji z roku 1933,
gdzie na Wyspie Czaszek poza Kongiem, spotkamy też wielu przedstawicieli gatunku dinozaurów, po czym akcja przeniesie się do Nowego Jorku i ostatecznie na szczyt Empire State Building - widowisko zapowiada się niesamowite i szanujące oryginalną wersję. Wielka małpa stworzona w trzewiach komputera, a oparta na ruchach Andy'ego Serkisa - robi potężne, niesamowite wrażenie. Peter Jackson w bardzo małych dawkach zdradza fragmenty filmu. Jednak już można powiedzieć, że sceny walki Konga z T-Rexem, Kong walczący z dwupłatowcami na szczycie Empire State Building, niszczący samochody i zabudowania, czy też przedzierający się przez rzekę z Ann w dłoni - będą robić monumentalne wrażenie. Ale w spotach telewizyjnych "King Konga" widać też, że będzie to nie tylko ekranowa rozwałka na wysokim poziomie, ale też piękna historia niezwykłej relacji między Ann a Kongiem, co szczególnie widać na krótkich ujęciach, gdzie Kong siedząc na szczycie Empire State Building trzymając Ann, odwraca głowę w prawą stronę i patrzy na nadlatujące dwupłatowce. Wtedy Ann z niepokojem spogląda na Konga - wiedząc, co za chwilę się stanie. To i wiele innych ujęć zawartych w spocie telewizyjnym zatytułowanym "Alone" i zilustrowanych cudowną piosenką "Fix You" zespołu Coldplay, tworzy niesamowitą atmosferę ponadczasowej opowieści o miłości i przeznaczeniu. Po pierwszych pokazach prasowych, krytycy są jednogłośni: "King Kong" to wielki film, gdzie
epicki rozmach, fantastyczne efekty specjalne, aktorstwo, scenariusz i muzyka - spotkały się w jednym miejscu, tworząc gigantyczne widowisko przygodowe, które ogląda się z zapartym tchem, w napięciu i wreszcie łzach wzruszenia. Oczekiwania względem "King Konga" mają zatem widzowie ogromne, ale jak tu nie mieć wielkich oczekiwań względem wielkiego reżysera, wielkiej Małpy i wreszcie, ponad 3-godzinnego filmu - który według krytyków, nie nudzi nawet przez minutę. Dla mnie "King Kong" to jedyna premiera roku 2005, na którą czekam jak na szpilkach, z ciekawością śledząc wszelkie nowe trailery i teasery, opinie na temat filmu tych, którzy już go widzieli itp. itd. I podobnie jak w przypadku "Władcy pierścieni: Drużyny pierścienia" w styczniu 2002, tak i teraz postanowiłem napisać do recenzji "King Konga" wstęp (który właśnie kończycie czytać ;), zanim jeszcze film zobaczę. Mam także zamówione bilety na pokaz przedpremierowy w nocy z 13 na 14 Grudnia 2005. Zatem do zobaczenia po drugiej stronie, czyli po obejrzeniu filmu...



King Jackson!
...czyli siedząc na szczycie świata


Można dojść po trupach do celu, można też po "Władcy pierścieni" do "King Konga" - jak uczynił Peter Jackson. Patrząc bowiem przez pryzmat fenomenalnego remake'u opowieści o wielkiej małpie, trylogia "Władcy pierścieni" nie była wcale życiowym dokonaniem Jacksona, czy też jego największym osiągnięciem, a jedynie drogą, środkiem do zrealizowania właściwego celu i reżyserskiego marzenia życia. Przede wszystkim należy powiedzieć jasno: "King Kong"... nie jest lepszy od "Władcy pierścieni", bo lepszy być po prostu nie mógł. Jest tu w końcu zdecydowanie mniej bohaterów, mniej fabuły i mniej akcji. Ale jest zarazem "King Kong" najbardziej osobistym filmem Jacksona. Filmem, w który zdolny nowozelandzki reżyser włożył całe swoje serce i filmową pasję. Filmem, w którym prawda emocjonalna aż wylewa się z ekranu. Paradoksalnie, gdyż mamy do czynienia z opowieścią opartą na banalnie prostej, infantylnej wręcz historii znanej z "King Konga" 1933.
To jednak co w oryginalnej wersji było naiwne i naciągane, Peter Jackson w swoim dziele (nie bójmy się użyć tego słowa, choć "King Kong" to wciąż kino rozrywkowe) uwiarygodnia, wyjaśnia, czyni z kiczowatych i bzdurnych wątków ważne i spójne elementy fabuły. Dowiadujemy się, jakim dokładnie człowiekiem jest zwariowany, samolubny reżyser Carl Denham (świetny Jack Black) pragnący dokończyć swój film zdjęciami z Wyspy czaszek, jaki charakter ma kapitan statku i jego załoganci. Wreszcie poznajemy Ann Darrow, która w "King Kongu" 2005 nie jest rozwrzeszczaną blond-prostaczką, a kobietą-aktorką z krwi i kości. Kobietą, która potrafi docenić, że 'facet' taki jak Kong ryzykuje dla niej życie walcząc z trzema T-Rexami naraz. Wreszcie postaci takie jak scenarzysta Jack Driscoll (Adrien Brody), 'bohaterski' aktorzyna Bruce Baxter (Kyle Chandler) czy majtek Jimmy (Jamie Bell) - są postaciami, które na ekranie tętnią życiem, rozumem i emocjami, choć to po części tylko niewielkie role drugoplanowe. I choć Peter Jackson w swoim filmie nie zdradza w jaki sposób zdziesiątkowana załoga zdołała wtargać schwytanego Konga na pokład statku (żaden z filmów o Kongu nie wyjaśnił tego cudu ;), to i tak wersja Jacksona jest nadzwyczaj inteligentna, a reżyser w żadnym momencie nie próbuje robić z widzów idiotów. Owszem, można się przyczepić do pewnej nielogiczności, albowiem Denham wpada na pomysł zbicia fortuny na Kongu, zupełnie pomijając drobny fakt istnienia na wyspie gatunków znacznie ciekawszych (i jak pokazał Spielberg - bardziej dochodowych), czyli dinozaurów, które powinny w oczach podróżników być znacznie większym fenomenem, niż wielka bo wielka, ale tylko małpa. Ale że Peter Jackson nadzwyczaj wiernie trzymał się oryginalnej opowieści o King Kongu, a tam na dinozaury także nie zwracono większej uwagi, to można wybaczyć to niezbyt logiczne myślenie Carla Denhama. Z drugiej strony to Kong jest głównym bohaterem i żadne dinozaury nie winny wchodzić mu w drogę, czy to kariery, czy próby przechwycenia Ann. Jak widać, w pewnych miejscach Jackson trzyma się wiernie oryginału - z szacunku zapewne, z drugiej, wprowadza odważne zmiany. I tu szczególne brawa należą się reżyserowi za nieznaczną, ale pod względem dramaturgii i logiki ogromną zmianę, jaką wprowadził do sceny w wielkim amfiteatrze, gdzie Bestia po raz kolejny ma spotkać się z Piękną.
Odstępstw od oryginału (wszystkie na plus) jest więcej; Kong miast walczyć z T-Rexem - walczy z trzema, miast pokonać węża i pterodaktyla - użerać się musi ze stadem nietoperzy. Dodano też scenę w wąwozie, gdzie pozostali przy życiu członkowie załogi walczą o życie z paskudnymi robalami, oraz znany z trailerów bieg przez inny wąwóz, w ucieczce przed rozpędzonym stadem dinozaurów. Ale największej zmiany dokonano w relacji Kong Bestia - Blond Piękna, gdzie Ann i Konga łączy niezwykła przyjaźń, pewien rodzaj niewypowiedzianego, niewytłumaczalnego zaufania. Niezwykła nić porozumienia i wzajemny szacunek, wszak Ann jest dla tego wielkiego 'faceta' dość oschła i potrafi utrzymać go w ryzach kiedy trzeba, a on z kolei potrafi się na nią poważnie obrazić, ale i szczeniacko popisywać własną siłą i umiejętnościami bojowymi - jak to facet ;). W starej wersji King Kong był po prostu przerośniętą małpą, lubiącą nosić piskliwą blond piękność w łapie, niczym maskotkę przytulankę, która piszczała w niebogłosy bez większego nacisku. Nie żywiła też Ann AD 1933 do Konga żadnych uczuć wyższych, jak zresztą żaden z bohaterów. W remake'u Bestia wzbudza uczucia w Ann, ale przede wszystkim w widzach, gdyż King Kong - choć jest postacią z komputera - na ekranie zachowuje się jak żywa istota, krawiąca jeśli ją zranić, skrzywiona jeśli ją urazić, wreszcie agresywna, kiedy ją zaatakować - a ataków na Konga zdarza się w filmie Jacksona bez liku. Piękne sceny liryczne, w których Ann i Kong siedzą na skarpie obserwując cudowny zachód słońca, czy humorystyczny moment (a tych w filmie jest sporo) w którym prezentują przed sobą nawzajem swoje umiejętności; Ann aktorsko akrobatyczne, Kong siłowo demolkowe - ogląda się z zapartym tchem i niedowierzaniem, że taki efekt zdołano uzyskać dzięki grze Naomi Watts (doprawdy Naomi Watts zagrała więcej niż bardzo dobrze!) do zielonego ekranu. I tu należą się gigantyczne brawa dla Andy Serkisa (w filmie również w roli drugoplanowej - polecam scenę, w której jego bohater strzela z karabinu do... komarów ;) za niezwykłe oddanie ruchów wielkiej małpy i przekazanie ich cyfrowemu Kongowi, oraz dla ekipy od efektów specjalnych, za wykreowanie postaci...
...której Gollum byłby godzien wiązać sznurowadła przy butach, jeśli tylko King Kong w butach by chodził. W żadnej ze scen z udziałem cyfrowo stworzonego Konga nie widać bowiem choćby nuty fauszu czy niedoróbki. Kong żyje, oddycha, cierpi, walczy, skacze, biega, wspina się - jak prawdziwa, potężna istota. Jego realistycznie brzmiący zwierzęcy ryk dopełnia tylko idealnego złudzenia, że oto przed nami występuje ogromnych rozmiarów zwierzęcy aktor. Za to kilka niedoróbek technicznych można bez problemu wypatrzyć podczas sceny 'skoku o tyczce' w wykonaniu mieszkańca wyspy, który dostaje się w ten sposób na statek, i w sekwencji sprintu bohaterów przed nacierającym na nich stadem dinozaurów. Widać wyraźnie, że Jack Black czy Adrien Brody biegną sobie, a dinozaury sobie - gra aktorów i komputerowo wstawione zwierzaki nie są ze sobą w stuprocentowej interakcji, choć i tak całą sekwencję 'popłochu stada' ogląda się z zapartym tchem. Warto też wspomnieć o... dżungli, która wypełniona jest wszelkiego rodzaju żyjątkami, wszak na każdym kroku można spotkać a to gigantyczne komary, a to odrażające gąsienice, wstrętne przerośnięte pijawki, pająki, nietoperze, różne gatunki dinozaurów itp. itd. Tak fantastycznie 'zaludnionej' scenerii doprawdy się nie spodziewałem, myśląc, że cała siła komputerów pójdzie w generowanie King Konga, a nie dziesiątek, czy nawet setek różnej maści cudacznych stworzeń zamieszkujących Wyspę Czaszek.
Najlepsze jednak Peter Jackson zostawił na koniec, albowiem sekwencja na szczycie Empire Stare Building niejednego przyprawi o zawrót głowy. Panorama Nowego Jorku widziana z perspektywy Ann i Konga totalnie zapiera dech w piersiach, a jeśli ktoś cierpi na lęk wysokości, może tych doprawdy widowiskowych scen... nie ścierpieć. Atakujące dwupłatowce i Kong odganiający się od nich jak od natrętnych komarów, to najwyższy kunszt realizatorski; zdjęcia, montaż, efekty specjalne na najwyższym poziomie. George Lucas mógłby spokojnie uczyć się od Jacksona jak łączyć widowiskowość z emocjami ;). Także muzyka, którą z powodu odrzucenia partytury Howarda Shore'a, od nowa musiał napisać James Newton Howard jest porywająca w scenach akcji, sympatyczna z początku filmu gdy oglądamy zabawne perypetie Carla Denhama i Ann Darrow i wreszcie melancholijna w scenach kameralnych, wyciszonych. Wzorcowy przykład doskonałej muzyki ilustracyjnej. Czy zatem czegoś w "King Kongu" zabrakło? Tak, dwóch rzeczy. Przede wszystkim nie ma w filmie sceny na plaży (znanej z teasera), w której filmowana przez Denhama Ann krzyczy wniebogłosy (słynne "Scream for your life!" znane z oryginału z roku 1933), a na jej krzyk odpowiada ryk Konga (tzn. ów wątek w filmie jest, ale w zupełnie innych okolicznościach i scenerii). Po drugie nie ma w filmie zmarłej w 2004 roku Fay Wray (Ann z "King Konga" 1933), która - jak sobie wymarzył Jackson - miała wypowiedzieć w jego filmie ostatnie słowa: "To nie samoloty... To Piękna zabiła Bestię". Czy poza tym czegoś w dziele Jacksona brakuje? Nie. To kino spektakularne, wzruszające, mocne ale i liryczne, emocjonujące, wbijające w fotel i łapiące za serce, wspaniale zagrane, z pasją wyreżyserowane. To film totalny, film jakiego nam trzeba, żeby wciąż wierzyć w magię kina!


KING KONG

Gatunek: Przygodowy
Rok prod: 2005 USA - Nowa Zelandia
Czas trwania: 187 min
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Fran Walsh,
Philippa Boyens, Peter Jackson
Zdjęcia:Andrew Lesnie
Muzyka: James Newton Howard
Obsada:
Naomi Watts,
Adrien Brody,
Jack Black,
Andy Serkis

Ocena: 6/6

e-mail
Autor recenzji:
Rafał Donica - DUX

Klub Miłośników Filmu, 14.12.2005