Powrót do wyboru
KING KONG - 1933, 1976, 1986, 2005
zbiór recenzji
King Kong (2005) reż. Peter Jackson

Jednym z częściej powtarzanych filmowych morałów jest idea urzeczywistniania własnych marzeń, klepana w kółko przez ekranowych moralistów z obu stron kamery. Podsumowując historię powrotów na ekran King Konga, jakoś trudno podejrzewać ludzi za to odpowiedzialnych, o coś innego, niż marzenie rozwalenia legendy w drzazgi. Partacze z Johnem Guillerminem na czele jeden po drugim masakrowali ten jeden z najsłynniejszych znaków rozpoznawczych kina. Nowozelandczyk Peter Jackson (ur. 1961) też nie zapowiadał się na jakiegoś szczególnego reżysera - ot, kolejny młody filmowiec zafascynowany makabrą, z której niewiele wynika poza zabawą w kino. Jego czwarty film "Martwica mózgu" (1992), poza radośnie przegiętą ilością najkrwawszej rzeźni, zawierał motyw biologicznego zagrożenia przywleczonego z dziczy. Brzmi znajomo? Mniej więcej to samo było w "King Kongu", najbardziej ukochanym filmie Petera Jacksona. Po nominacji do Oscara za scenariusz "Niebiańskich istot" (1995) i komediowym horrorze "Przerażacze" z roku następnego, Jackson miał nadzieję na uwieńczenie swych wieloletnich marzeń o własnej wersji "King Konga", obejrzanego po raz pierwszy w piątkowy wieczór 1970 roku w nowozelandzkiej telewizji. Lecz słabe wyniki kasowe "Przerażaczy" oraz planowane premiery dwóch nowych wersji monster-movies, emmerichowskiej "Godzilli" i "Wielkiego Joe" Rona Underwooda, zastopowały prace przygotowawcze ekipy Petera Jacksona. Gotowy scenariusz powędrował na półkę. Universal Pictures nie podjęło ryzyka, a Peter Jackson zajął się czymś równie ambitnym, słynnym, monumentalnym i piekielnie trudnym w adaptacji i 274 dniach zdjęciowej realizacji - nakręconą za 280 mln dolarów trylogią "Władca Pierścieni" (2001-2003). Trzy epickie freski fantasy, nagrodzone łącznie aż 17 Oscarami (w tym trzema dla Jacksona), odniosły skutek lepszy od planowanego - od tej pory Peter Jackson mógł wymyślić sobie dowolną fabułę do realizacji, a na jego skinienie do hal zdjęciowych mogły wjeżdżać taczki wypełnione dolarami. Chwila powtórnego nadejścia King Konga nadeszła wraz z udowodnieniem całemu światu kunsztu reżyserskiego Jacksona, jego umiejętności panowania nad monstrualną superprodukcją, jego niebywale wyostrzonego zmysłu wizualnego i rzadkiej mocy kreacji magii kina najwyższej próby. Na marginesie - jeszcze kilka lat temu filmy wg Tolkiena były uznawane za największe dzieło Jacksona, po którym powinien iść na emeryturę, bo i tak już nie zrobi niczego lepszego. Tymczasem z perspektywy "King Konga", trylogia jawi się jako wręcz wprawka warsztatowa, swoisty bilet wstępu na pole bitwy z legendarnym gorylem. Jedną z lekcji "Władcy Pierścieni" była umiejętność tym wiarygodniejszego zakorzenienia opowiadanej historii w rzeczywistości ekranowego świata, im bardziej fantastyczną historię miało się do przełożenia na obraz. Myślą przewodnią Petera Jacksona było opowiedzenie dokładnie tej samej historii, co w 1933 roku, lecz przy udziale współczesnej technologii. A ta była już przez reżysera gruntownie oswojona dzięki właśnie tolkienowskiej trylogii. W 2005 roku sen się spełnił. Pierwsze prace nad animowanymi storyboardami rozpoczęto jeszcze w czasie postprodukcji "Powrotu Króla".

Opowiadanie fabuły nie ma w tym miejscu większego sensu, gdyż jej oś jest niemal identyczna z filmem Meriana C. Coopera i Ernesta Schoedsacka (a do odstępstw i cytatów zapraszam za kilka akapitów). I tu pierwsze zaskoczenie - grzechem głównym twórców wszelakich filmowych remake'ów jest pycha, za której podszeptami z oryginalnych filmów zostaje wzięte tylko jądro, a cała reszta przerobiona na gorsze. Jak zły szeląg powracają wtedy pytania o sensowność powtórek, które są niemal z definicji niezdolne przeskoczyć pierwowzór. Natomiast Peter Jackson nie popełnił nowej wersji filmu, ani nie zekranizował na nowo scenariusza. On głęboko wniknął w strukturę świata filmu z 1933 roku, wyciągnął na zewnątrz to, co w oryginale było ledwo sygnalizowane i za pomocą współczesnych zabawek kinematograficznych jeszcze raz, lecz o wiele bardziej szczegółowo, opowiedział historię Konga z Wyspy Czaszek. Nie przestraszył się umieszczenia akcji właśnie w 1933 roku, kiedy swą premierę miał oryginalny "King Kong". Nie zniechęciła go perspektywa odtworzenia marazmu społecznego doby Wielkiego Kryzysu, mimo eskapistycznego, przygodowego charakteru opowieści. Jackson nie uciekł przed bardziej wnikliwym zarysowaniem przyczyn biedy, która popchnęła Ann Darrow do kradzieży jabłka ze straganu. Z szacunku dla klasyki nie chciał, jak Guillermin, by Konga rozstrzelały działka ze śmigłowców. Jackson nie mógł sobie odmówić zrobienia finału swego najbardziej osobistego filmu z dwupłatowcami, wiarygodnymi tylko w latach 30. Poza tym w dzisiejszym świecie próżno szukać takich biologicznych oaz, jak Wyspa Czaszek - kto w nie uwierzy, gdy za pomocą przeglądarki Google Earth można mieć całą Ziemię na ekranie komputera.
Film jest podzielony na cztery (choć niektórzy widzą tylko trzy) zasadnicze części: przedstawienie postaci i ich życie przed wyprawą, rejs, epopeję na wyspie i finał, znów w wielkim mieście. Żadna nich nie służy jako tylko pretekst do szybkiego przeciągnięcia akcji do następnego rozdziału. Podobnie jak w przypadku "Speeda", film Jacksona to kilka seansów w jednym. Po ładnie stylizowanym tytule filmu, widz nie otrzymuje od razu przygodowej opowieści. Najpierw czeka go kilkadziesiąt minut w samym środku Wielkiego Kryzysu z kolejkami bezdomnych po darmową zupę i aktorami, zabawiającymi mało wybredną gawiedź. Schoedsack i Cooper w zasadzie tylko prześlizgnęli się po powierzchni zjawiska, bez dokładnego kreślenia szerszego tła społecznego, popychającego Ann Darrow do udziału w nieznanej ekspedycji Carla Denhama. Pozostałe akty filmu Jacksona oparte są na podobnej zasadzie - cytowanie oryginału, ale z rozciągnięciem w czasie i dobudowywaniem epizodów. W kilku momentach nowy "King Kong" niebezpiecznie zbliżył się do krawędzi nudy, szczególnie w sekwencjach rejsu (płynęli, płynęli, końca nie widać i za dużo zbyt podobnych ujęć sunącego po oceanie statku). Do znużenia nie dopuszczał znakomity Andy Serkis, który, oprócz użyczenia referencji aktorskich dla Konga, pojawił się we własnej osobie jako kucharz okrętowy, cedzący przez zęby i z przymkniętym okiem swe, na przemian tajemnicze i zabawne kwestie. Na wyspie są z nim dwie ciekawe sceny - pierwsza w której strzela z karabinu maszynowego w ogromne komary i druga, w której strzela właściwie do samego siebie, czyli do Konga.

Od momentu lądowania na Wyspie Czaszek, Peter Jackson był już u siebie w domu. Zostawiwszy wielkomiejski styl retro, zanurzył się w dziczy, w której takich tubylców filmy o Kongu jeszcze nie widziały. Właściwie wizualnie bliżej im było do orków z "Władcy Pierścieni", niż do cytowania oryginału. Osada, przypominająca surrealistyczne kamienne cmentarzysko, także nie była powtórką wystylizowanej na gładką atrakcję turystyczną wioski z pierwszego filmu. Zmienił się też wizualny styl opowiadania, kontynuowany aż do końca części wyspowej. Ładne, po hollywoodzku wypasione plenery, precyzyjne pasaże kamery i przejrzysty montaż bezpośrednio sąsiadują z chaotycznymi ujęciami z ręki, celowo bezładnymi cięciami i drastycznymi różnicami w oświetleniu i kolorystyce. Spokojny i momentami wręcz bijący po oczach nasyconymi barwami zachód słońca, reżyser bez zająknięcia zestawia z ponurą i surową walką z robalami w wąwozie. Ta dwoistość stylu Jacksona obecna była również w trylogii tolkienowskiej. Natomiast sama kreacja prehistorycznej dżungli odsyła do oryginalnego filmu. Tak bajkowo zagęszczony las, pełen malowniczych smug światła sączących się przez liście, mógł powstać tylko na taśmie filmowej. W oryginale były to studyjne dekoracje, miniaturowe plany i domalówki; ekipa Jacksona także większość dżungli zbudowała w atelier otoczonym niebieskim ekranem. Również sceny na skalnej półce Konga są wizualną kopią oryginału. Ponad 70 lat rozwoju sztuki filmowej, a metoda twórcza właściwie niezmienna - znów punkt dla pionierów kina, od których można się tylko uczyć.
Wspomnieć trzeba tu o pewnej spornej i niejasnej dla niedoinformowanych widzów kwestii - o dinozaurach. Obojętnie, czy w sali kinowej, czy w zasnutym dymem tytoniowym barze, gdzie można usłyszeć reakcje po projekcji - powraca pytanie, co wielkie gady robiły na Wyspie Czaszek? Toż to nie "Park jurajski"! Owszem, przeciwnie (jak powiedział szczur na napisach końcowych "Uciekających kurczaków"). Dinozaury należą do Skull Island, jak Kevin do pustego domu, gdyż dokładnie tak wymyślili to sobie twórcy oryginalnego filmu. Po zakończeniu walki z T-Rexem, Kong tak samo sprawdza złamaną paszczę dinozaura. Nie należy się tu sugerować beznadziejnym remakiem Johna Guillermina, który w 1976 roku wywalił dinozaury ze swego gniota. Wyspa Czaszek to zaginiony świat, w którym ewolucja pozostała nietknięta żadnym kataklizmem, co pozwoliło na przemycenie do XX wieku wielkich gadów i nie tylko. Argument o niedokładnej zgodności wyglądu T-Rexa z filmu Jacksona, w stosunku do T-Rexa u Spielberga, twórcy nowej wersji wyjaśnili nad wyraz logicznie: zamknięty ekosystem wyspy w ciągu kilkudziesięciu milionów lat odbił ścieżkę ewolucji dinozaurów w kierunku właśnie ich rzadko spotykanego wyglądu, pozbawionego naukowych pretensji. Twórcy w pewnym momencie poszli w tym kierunku tak daleko, że stworzyli nieistniejącego dinozaura, nazwanego Wetasaur. Z drugiej strony zagadką pozostaje wyjątkowość Konga. Ale u Jacksona przez chwilę widać na ekranie szkielet innej wielkiej małpy - wychodzi na to, że do 1933 roku ze swojego gatunku przeżył tylko Kong, zaś jego dojmująca samotność stała się jednym z motorów jego uczucia do Ann. Chyba, ze przyjmiemy koncepcję rodem z Pixara - w jednym z dialogów z "Potworów i spółki" Mike Wazowski jasno poinformował, że King Kong to wygnaniec z Monstropolis...

Powrót z Kongiem do cywilizacji odbył się w najbardziej zgodny z oryginałem sposób (z tradycyjną zagadką "jak oni przenieśli go na statek" włącznie; moja propozycja to "służbowo, na statek" :)). Peter Jackson oczywiście rozciągnął ostatni akt w czasie, w stosunku do oryginału, lecz za wyjątkiem bajecznej sceny spotkania Konga i Ann na ulicach Nowego Jorku i zaskakującego humorem epizodu na zamarzniętym stawie w Central Parku, finał filmu od spektaklu w teatrze, aż po pamiętne, ostatnie słowa Carla Denhama, to niemal dokładna powtórka oryginału. Oczywiście Jackson nie trzymał się niewolniczej metody Gusa van Santa rekonstruującego "Psychozę". On każdy epizod oryginału z podziwu godną konsekwencją potraktował jak spełnianie snu z dzieciństwa, który ma okazję opowiedzieć na nowo, dodając tu i ówdzie subtelne rozwinięcia dla lepszego efektu dramatycznego, potęgującego zagrożenie i napięcie. King Kong AD 1933 tylko raz pomylił się przy szukaniu Ann wśród mieszkanek Nowego Jorku, a nieszczęsną ofiarę pomyłki, wyciągniętą z mieszkania wieżowca, zrzucił wprost na ulicę. Tutaj Kong przebiera w blondynkach jak w ulęgałkach, a kobiety, które błędnie wziął za Ann, po prostu wyrzuca za siebie - epizody te są śmieszne i straszne zarazem, choć Jackson litościwie oszczędził zbliżeń spadających na uliczny beton pań; ważniejsza była rozpaczliwa determinacja Konga, szukającego swej ukochanej.
I wreszcie finał na Empire State Building, ówczesnej dumie architektonicznej Nowego Jorku. To chyba najbardziej wierna oryginałowi sekwencja filmu, gotowy, uświęcony klasyką wzorzec, czekający tylko na podanie za pomocą najnowocześniejszej techniki. Tu także widać rękę Jacksona. Jego sposób filmowania (nieważne, że w większości wirtualną kamerą, pośród odtworzonego w komputerach Nowego Jorku) jest równie spektakularny, jak we "Władcy Pierścieni". Nie ma tu wielkich bitew z tysiącami cyfrowych statystów, wprost z techniki symulacyjnej Massive. Są dwie postaci na jednym budynku i sześć dwupłatowców. Tylko tyle. Lecz tak poruszającego w swym dramatyzmie epilogu, tak perfekcyjnie napisanego, choć znanego jeszcze przed wejściem do kina finału, wreszcie tak mistrzowsko nakręconego zakończenia tego epickiego widowiska, nie spotyka się we współczesnym kinie często. Od początku wiadomo, że Kong uratuje Ann za cenę własnego życia, że zaszczute cywilizacyjną pychą zwierzę skapituluje przed nieznaną wcześniej przemocą, że nie odda swego życia łatwo, strącając własnymi łapskami część eskadry, i wreszcie z ostatnimi uderzeniami przestrzelonego serca puści iglicę Empire State Building. Ten finał pojedynku podeptanej natury z butnymi ludźmi znany jest od ponad 70 lat, a mimo to Peter Jackson z powodzeniem jeszcze raz sprzedał tę tragiczną historię i to w czasach, kiedy szczęśliwe zakończenia, nawet za cenę posądzeń o sabotaż, wydają się być jedyną opcją. Tym bardziej, że mamy przecież do czynienia z filmem przygodowym. W "Parku jurajskim" ekipa prof. Hammonda jak niepyszna opuszczała wyspę w poczuciu klęski, choć pozytywni bohaterowie ocaleli. Spielbergowski sequel także kończył się mimo wszystko budującą myślą, że "życie znajdzie sposób" i widokiem skrzeczącego pterodaktyla. "King Kong" kończy się jednoznacznie tragicznie. Oryginalny film zakwalifikowano gatunkowo jako horror (nazwa monster-movie zrobiła karierę dopiero po wojnie), a w opowieściach grozy nie ma łatwych zakończeń. Po latach z "King Konga" wyparowała groza. Pozostała przygoda, ustępująca miejsca poruszającemu tragizmowi i refleksji na temat destrukcyjnej roli cywilizacji, bezpardonowo niweczącej odwieczny porządek przyrody. Zdumiewające techniczne fajerwerki nie przesłoniły Jacksonowi tej myśli. Najważniejszą zmianą w charakterze Konga było zaakcentowanie jego wieloletniej izolacji, wypełnionej walkami z drapieżcami z wyspy. Przeorane bliznami ciało goryla, połamane kły i miejscami wyleniała sierść, bez jednego słowa dialogu mówią najdobitniej o jego nieszczęśliwej wegetacji pozbawionej śladów empatii od innej istoty. Podstawiane mu kobiety z plemienia traktował tylko jako papu. Czyż można się dziwić, że włochaty olbrzym zwariował na punkcie Ann, która nijak nie pasowała do jego monotonnej rzeczywistości? Każdy facet by zwariował. Życie w odosobnieniu nie odebrało mu jednak godności i wzniesienia się ponad nagły uczuciowy chaos. Oto bowiem po załatwieniu trzech T-Rexów, Kong nawet nie próbuje ukryć swego wkurzenia na lekkomyślną Ann. Film Petera Jacksona obfituje w takie właśnie, charakterologiczne smaczki, których próżno szukać w oryginalnym filmie.
Ann Darrow w interpretacji Fay Wray nienawidziła i bała się Konga od początku do końca. Nie dostrzegała (podobnie zresztą jak twórcy filmu) jego samotności na Wyspie Czaszek, a finałowy upadek Konga był dla niej wybawieniem. Natomast Ann Darrow pod postacią ślicznej Naomi Watts przejęła pewne cechy Dwan z "King Konga" z 1976 roku. Jej przerażenie powoli ustąpiło miejsca desperacji, ciekawości, wreszcie współczuciu i przyjaźni. Choć dysponowała krzykiem nie gorszym niż jej pierwowzór, nie jest to już na szczęście ta sama bezbronna blondyneczka, wypatrująca tęsknym wzrokiem Jacka Driscolla. Jak widać, wzór silnej kobiety w filmach Jamesa Camerona i Ridleya Scotta nadal działa nad wyraz skutecznie, a wrzeszczące biuściaste blond głupietki nadają się tylko do tanich horrorów. Szczytem desperacji Ann AD 1933 była kradzież jabłka, jej nowa wersja zrobiła to samo niejako z nakazu chwili. Ją desperacja zaprowadziła pod witrynę lokalu ze striptizem, a oznaką charakteru w imię godności była rezygnacja z szybkiego zarobku. Taka kobieta nie mogła się poddać, nawet wobec wieloaspektowej przewagi Konga. Co tu dużo mówić - Peter Jackson i jego współscenarzystki Fran Walsh i Philippa Boyens, w przeciwieństwie do poprzednich filmów z Kongiem, stworzyli pełnokrwistą postać Ann Darrow, w którą widz uwierzy, której będzie współczuł, za którą będzie trzymał kciuki i z którą zapłacze w finale. W tymże finale miała wystąpić sędziwa Fay Wray, podając słynną kwestię "To nie samoloty... To Piękna zabiła Bestię". Jackson i Watts spotkali się z Wray, by poprosić ją o zagranie epizodu i przeżyć nieco filmowej magii u boku legendy jednego filmu. Od niej Naomi sporo dowiedziała się o kondycji aktorów w latach amerykańskiego kryzysu 30. i została zaakceptowana do roli Ann Darrow (choć oczywiście nawet dezaprobata nie zrodziłaby żadnych skutków). Królowa Krzyku nie zdążyła wystąpić u Jacksona, zmarła 8 sierpnia 2004 roku z przyczyn naturalnych, a jej tekst, zgodnie z pierwowzorem, podał ekranowy reżyser Carl Denham. Wracając do Watts - właściwie tylko jedno nie pasowało w znakomicie granej przez nią postaci - finał miał miejsce pośród śnieżnej i mroźnej zimy, a Ann przez cały finał w plenerze była ubrana tylko w zwiewną sukienkę. Tymczasem jej naturalnych oznak zimna, nawet na szczycie ESB, nie wypatrzy chyba nawet najbardziej uważny widz...

Carl Denham to najlepiej zagrana postać ludzka w filmie. Pucołowata, chłopięca twarz Jacka Blacka na pierwszy rzut oka nijak nie pasowała do roli dojrzałego faceta, który wie co robi (pierwotnie Denham miał być starszy, jak w oryginale), choć jego ucieczka przed wierzycielami to z jednej strony dowód bardzo dziecięcego uniku od kłopotów, a jednocześnie świadectwo dorosłego sobie z nimi radzenia. Robert Armstrong w oryginale był tylko cynicznym, nie budzącym większych emocji wyrobnikiem, którego Carl Denham był mechanicznym, fabularnym środkiem do celu, jakim była Wyspa Czaszek. Jack Black natomiast dał prawdziwy popis gry, wymykający się prostym interpretacjom. Patrząc na jego płonące szaleńczym blaskiem oczy, nie sposób uniknąć porównania z prawdziwym geniuszem filmu, który w roku 1933 miał zaledwie 18 lat - Orsonem Wellesem. Denham/Black to ten sam żywioł, ta sama determinacja i pomysłowość (Welles kręcił "Obywatela Kane'a", wmawiając szefom RKO, producentom pierwszego "King Konga" notabene, że to tylko zdjęcia próbne). Peter Jackson doskonale uchwycił opętańczą misję Carla Denhama, na przykład w scenie podpływania szalupą do Wyspy Czaszek. Denham z twarzą artysty, dostępującego mistycznego spełnienia, kręci korbką kamery, patrząc jednocześnie na upiorny ląd wyłaniający się zza ściany mgły, nie bacząc na kołysanie łodzi. Wśród prehistorycznej zwierzyny jego misja również ma absolutny priorytet. Uciekając przed stadem spłoszonych brachiozaurów, taszczy kamerę z bezcennym materiałem zdjęciowym. Kilka razy plecie od rzeczy o zabitych towarzyszach, którym poświęci film, a zyski odda wdowom i sierotom. Oczywiście stek bzdur. Denhama nie obchodzi nikt poza nim samym, ale nadużyciem byłoby nazwanie go ostatnim sukinsynem. To opętany swą idee fixe maniak, budzący na przemian fascynację własną determinacją i współczucie, wynikające z zaślepienia na niedolę pozostałych członków wyprawy, o Kongu nie wspominając. Denham nie jest zły, on tylko podejmuje błędne decyzje. Wielka kreacja Jacka Blacka. W jednym z jego dialogów umieszczono sympatyczną aluzję do twórców pierwowzoru - kiedy Denham dowiaduje się, że aktorka o imieniu Fay (Wray) jest nieuchwytna, bo kręci film dla RKO, reżyser cedzi przez zęby "Cooper!"

Na dobrą sprawę, udział w filmie Adriena Brody'ego można wyjaśnić chwytliwym nazwiskiem zdobywcy Oscara i znakomitymi warunkami zewnętrznymi (pomimo malowniczo powyginanego nosa). Ten utalentowany aktor, choć był pierwszym kandydatem do roli Jacka, nie miał zbyt wiele do zagrania. Jego Jack Driscoll (w oryginale marynarz, tutaj scenarzysta), jako sercowa przeciwwaga dla Konga wobec Ann Darrow, jest zepchnięty na drugi plan i jako taki był potrzebny tylko do umotywowania dwóch decydujących momentów - decyzji Ann o angażu do filmu Denhama i jej uratowaniu z opiekuńczych łap Konga na wyspie. Przez resztę filmu działania Driscolla nie mają większego znaczenia, a z jego bohaterstwa w finale właściwie nic nie wynika. Uczuciowy punkt ciężkości reżyser zdecydowanie przesunął w stronę relacji Ann i Konga. Adrien Brody po raz drugi spotkał się na planie z niemieckim aktorem Thomasem Kretschmannem (kapitan Englehorn). Obaj wystąpili w pamiętnym przedostatnim akcie "Pianisty" Romana Polańskiego. Kretschmann zagrał tam niemieckiego kapitana Wilma Hosenfelda, ratującego Szpilmanowi życie pośród warszawskich ruin. W załodze statku Venture widać Colina Hanksa. Aktor mało znany (miał być Anakinem u Lucasa, ale przegrał z Christensenem), ale nazwisko owszem. To 28-letni syn Toma Hanksa z jego pierwszego małżeństwa (i tu pytania w rodzaju "to Hanks już taki stary jest?!").
Czas na tytułowego bohatera. Do czasu filmu Jacksona, chyba tylko Draco z "Ostatniego smoka" mógł nosić zaszczytny tytuł całkowicie fantastycznej postaci z... no tak, gdybyśmy nie wiedzieli, że to wytwór komputera, to można byłoby powiedzieć, że z krwi i kości. Kong pod okiem geniuszy z Weta Digital osiągnął i przewyższył tę niemal namacalną obecność smoka z baśni Roba Cohena. To nieprawdopodobne, ale olbrzymi goryl jest praktycznie doskonały. Peter Jackson, nowozelandzcy magicy z jego własnej Wety oraz Andy Serkis, użyczający swej gry komputerowemu olbrzymowi, dokonali bodaj największego wyczynu w dotychczasowej historii cyfrowej iluzji. To już nie zbiór animowanych pikseli. King Kong jest na ekranie po prostu żywym zwierzęciem, imponującym pełnym spektrum zachowań, mimiki i walorów motorycznych. I choć ta technologia nadal nie nadaje się do wykonywania całkowicie realistycznych cyfrowych dublerów aktorów, co w nowym "King Kongu" widać w tego typu manipulacjach głównie wobec Naomi Watts, to w kategorii kreacji fantastycznych postaci osiągnięto tu pełnię doskonałości. W "Parku jurajskim" przebito granicę cyfrowej kreacji zwierząt, w "Jumanji" dodano animację futra, Pixarowcy natrudzili się nad przełożeniem drobiazgowej animacji w efektywniejszą technikę symulacji ruchu futra Sulleya, włosów Violi i ukwiału błazenków. Później ekipa Jima Rygiela z Wety zadziwiła kreacją Golluma (także wzorowanego na Serkisie). Ci sami ludzie przy "King Kongu" postawili kropkę nad "i" własnej sztuki.

Konga zaprojektował Gus Hunter w maju 2003 roku. Po przestudiowaniu wszelkich aspektów biologiczno-ruchowych, szkic przełożono na rzeźbę w pracowniach Weta Workshop, którą laserowo zeskanowano do komputerów Weta Digital (Weta to jedna firma, podzielona na oddziały odpowiedzialne za efekty konwencjonalne i cyfrowe). Zadanie nie polegało na stworzeniu fotorealistycznego cyfrowego obiektu i wprawieniu go w ruch. Prawdziwym wyzwaniem było tchnięcie w piksele pełni życia, by Kong mógł niewerbalnie przekazać całą gamę targających nim uczuć i emocji, w sposób bezbłędnie i jednoznacznie zrozumiały dla zwykłego widza, a nie tylko dla znającego się na rzeczy antropologa, który z kolei nie mógłby się przyczepić do nadmiaru ludzkich reakcji, reprezentowanych przez goryla. Napisano nowe programy i pluginy animacyjne i symulacyjne dla każdej części ciała Konga na zewnątrz i w środku (kości, muskulatura, tłuszcz). Software używany przy "Władcy Pierścieni" był za mało zaawansowany - tam mimika Golluma odpowiadała mimice Serkisa, podczas gdy tutaj mimika Serkisa musiała być "przekonwertowana" w mimikę goryla. Podczas zdjęć aktorskich, Andy Serkis przebrany w futro służył własną osobą na planie (na którym zresztą już grał kucharza pokładowego), ułatwiając reszcie obsady interakcję z mającym dopiero powstać monstrum. Zadbano nawet o tymczasowy ryk Konga - dźwiękowcy napisali program pod wdzięczną nazwą Kongalizer. Andy ryczał, sapał i mruczał, a jego mikrofon przekazywał dźwięk do komputera, który w czasie rzeczywistym przerabiał to na dźwięki wydawane przez Konga, słyszane przez głośniki na planie. Podczas scen z Naomi Watts, Andy'ego umieszczano na odpowiedniej dla Konga wysokości 6 metrów. Dzięki temu aktorka nie musiała udawać gry do nieistniejącego Konga, a jej wzrok bezbłędnie odnajdywał oczy Serkisa, zamiast gapić się na piłeczkę na kiju, jak to często ma miejsce podczas realizacji filmów z cyfrowymi bohaterami. Andy Serkis grę Konga musiał powtórzyć na otoczonym 72 cyfrowymi kamerami efektowym stanowisku motion capture (przechwytywanie ruchu) i performance capture (odwzorowanie mimiki) z 132 sensorami, przyczepionymi do twarzy i ponad 60 na reszcie swego ciała. Aktor zdobył niezbędne doświadczenie w londyńskim i podlondyńskim ogrodzie zoologicznym, podpatrując gorylicę Zaire oraz w Rwandzie, wśród naturalnego środowiska goryli górskich, tych samych, badanych wiele lat temu przez Dian Fossey (o tej postaci opowiada film "Goryle we mgle" ze wspaniałą Sigourney Weaver). Komputery ułatwiły żywot filmowców, lecz tylko nielicznych stać na wzniesienie ponad pułap taniego efekciarstwa, oferowanego przez programy kompozycyjno-animacyjne. Patrząc na cały techniczny zamęt wokół dwuletniej pracy przy wizualizacji Konga, trudno uwierzyć, że ta bezduszna machina posłużyła do kreacji najbardziej wiarygodnego emocjonalnie potwora w historii kina. A jednak.
Lecz całe efektowe zaplecze nie poszło tylko w Konga, choć właśnie tego można sie było spodziewać (podobnie jak w przypominanym wcześniej "Ostatnim smoku"). Peter Jackson i Weta Digital naładowali nowego "King Konga" wręcz przesadzoną momentami ilością wszelkich cyfrowych potworów i potworków, wyłażących z każdego zakamarka Wyspy Czaszek (było ich więcej, niż w całej Trylogii Pierścienia). Każde z tych dziwadeł wymagało nieco tylko mniejszego nakładu pracy w stosunku do obróbki postaci Konga. Można spekulować, czy rozbuchane bestiarium było niezbędnie potrzebne do opowiedzenia historii miłości Konga do Ann, ale jedno nie ulega wątpliwości. Dzięki rozmnożeniu cyfrowych monstrów, włażących na Ann w pniu drzewa, czy atakujących członków wyprawy w wąwozie, Skull Island została sportretowana w każdym przerażającym szczególe, a reżyserowi nie można dzięki temu zarzucić wąskiego punktu widzenia, czy nomen omen węża w kieszeni. W przypadku szorstko i stosunkowo naturalistycznie pokazanej walki w wąwozie, oponenci nie powinni zwalać winy na lubującego się w makabrze Jacksona, gdyż jest to nawiązanie do odrzuconej z oryginalnego filmu sceny, w której wielkie pająki dziesiątkują wyprawę, zrzuconą z pnia przez Konga (scena z Szelobą w "Powrocie Króla" pewnie musiała się Jacksonowi wyjątkowo podobać, nie tylko z powodu powieściowego pierwowzoru). Dla publiki AD 1933 scena ta była zbyt szokująca (Schoedsack i Cooper wycięli ją po pokazach premierowych), więc Jackson chyba wziął sobie do serca zrobienie jej na nowo z nawiązką na rzecz zamierzchłej cenzury. Do pierwowzoru reżyser nawiązał również przy kreacji dinozaurów. Nie bacząc na naukowy weryzm, twórcy wyposażyli tyranozaury w trzy palce zamiast dwóch. Dlaczego? Bo tyle palców miały przednie łapki T-Rexów w oryginalnym filmie (na tej samej zasadzie ośmiornica w "Monsters Inc." miała sześć ramion zamiast ośmiu, bo tyle miał pierwowzór z filmu "It came from beneath the Sea", 1955, stworzony przez Raya Harryhausena).

Reklamowy szał, rozpętany wokół orgii efektów we "Władcy Pierścieni", wywołał powszechne wrażenie a'la "Atak Klonów", czyli niebieski ekran załatwia wszystko, a reszta to komputery plus 450 ludzi je obsługujących. Tymczasem gros monumentalnych tolkienowskich plenerów zagrały znane od początku kina miniatury (częstokroć monstrualnych rozmiarów, stąd powstało branżowe określenie bigature, zamiast miniature, zwracające uwagę na to, że miniatury wcale nie muszą być małe). W "King Kongu" ponad 800 ujęć nakręcono w halach zdjęciowych Weta Workshop, wykorzystując zmniejszone elementy krajobrazu, szczególnie Wyspy Czaszek. Fachowcy pod wodzą Richarda Taylora (Oscary za "Drużynę Pierścienia" i "Powrót Króla") stworzyli łącznie 53 miniaturowe plany. Modele dżungli m.in. składały się z ponad 100 tys. liści, ok. 4 tys. winorośli, 25 tys. żywych miniaturowych roślin i 220 drzew. Największy miniaturowy plan miał rozmiary 38 x 2 x 5 metrów. Zdjęcia modeli były następnie uzupełniane grafiką i animacją 3D. Sporo czasu zajęło charakteryzatorom i kostiumologom przygotowanie 100 aktorów do ról tubylców Skull Island. Nie korzystano z prawdziwych plenerów. Dekoracje wyspy i Nowego Jorku, w których we wrześniu 2004 rozpoczęto zdjęcia aktorskie, zbudowano w olbrzymich halach zdjęciowych Stone Street Studios w Nowej Zelandii. Do scen wymagających naturalnego oświetlenia zbudowano plan na parkingu przed studiem, co dla Adriena Brody'ego było najlepszą nauką filmowej iluzji - aktor przychodził do pracy na zapełniony dekoracjami i otoczony niebieskim ekranem parking, a na ekranie wychodziła z tego dżungla jak się patrzy. Sekwencję teatralną nakręcono w Civic Theatre w stolicy Auckland. Kilkuset statystów nakręcono oddzielnie w kilku miejscach sali, a następnie skomponowano w wypełnione do ostatniego miejsca audytorium.
Ekranowy Nowy Jork także zbudowano jako dekorację, lecz cała wizualna siła tej rekonstrukcji opierała się na niezwykle drobiazgowym odtworzeniu miasta, jako rzeczywistości wirtualnej. Nie licząc budowli, które ostały się z roku 1933 do dziś, cała reszta nowojorskiej architektury powstała jako obiekty cyfrowe, wymodelowane w oparciu o autentyczne zdjęcia, szkice i plany urbanistyczne. Oczywiście ręczne modelowanie każdego zaułka mijało się z celem. Do tej koronkowej roboty napisano program CityBot, w pewnym stopniu automatyzujący ten żmudny proces. Dla pełnej elastyczności twórczej umożliwiono również zapalanie i gaszenie świateł we wszystkich komputerowych budynkach, a gdy światła się zapalały, w środku widać było wystrój wnętrz. Rok pracy zakończono imponującym rezultatem ponad 90 tys. wirtualnych budynków, spiętych w spójny organizm urbanistyczny Nowego Jorku AD 1933, jakiego nigdy dotąd nie pokazano na ekranie. Tego trudu nie sposób nie docenić w finale, gdzie w tle Empire State Building widać miasto tak realne, a zarazem tak filmowo piękne. Kompleksowa budowa cyfrowego Nowego Jorku pozwoliła na zachwycające loty wirtualnej kamery wokół wieżowca bez krzty wrażenia syntetycznej sztuczności, jak w "Ataku Klonów".

Efekty w "King Kongu" to przykład krańcowej perfekcji, którą obecnie relatywnie tak łatwo osiągnąć i jednocześnie tak trudno powiedzieć w tej materii coś diametralnie nowego. Sposób w jaki powołano do życia tytułowego bohatera, to już nie tylko doskonałość techniczna. To uwieńczony triumfem niemal boski cud stworzenia. Nie śmiej się szanowny Czytelniku, choć mógłbyś to sformułowanie poczytać jako sporą przesadę - gdyby ta sama ekipa w tajemnicy stworzyła fałszywy dokument o zwykłym gorylu dręczonym przez ludzi, to jestem pewien, że Jackson (mający zresztą na koncie fikcyjny dokument "Forgotten Silver") musiałby przed sądem udowadniać, że to efekt specjalny. Lecz niestety nie wszystkie cyfrowe cuda wyszły magikom z Wety na tak olśniewającym poziomie. Porażająca widowiskowością (a co tu nie jest widowiskowe?) sekwencja ucieczki przed spłoszonym stadem brachiozaurów, w wielu ujęciach odsłoniła niedbale połączone zdjęcia aktorskie z cyfrową animacją. Jack Black czy Adrien Brody przebierali nogami sobie, a brachiozaury biegły sobie. Interakcja poniżej akceptowalnej jakości efektów u Jacksona. Podobnie sprawy miały się ze wspominaną zamianą aktorów w ich cyfrowe kopie. Ale to jedyne techniczne mankamenty nowego "King Konga".

Legenda kina, podana na nowo w błyskotliwy, inteligentny i poruszający sposób, przy użyciu najnowszej artylerii efektowej - czy "King Kong" Petera Jacksona mógł się nie udać? Odpowiedź przecząca nie jest znów tak oczywista, gdyż z reguły filmowe zamachy na własne dziedzictwo bardzo rzadko kończą się sukcesem. Niektórzy widzowie mogą co najwyżej sarkać na zbyt długą ekspozycję i przeciągniętą część rejsową. Ale Jackson nie na darmo wynegocjował z wytwórnią przedłużenie pierwotnego minutażu o kilkadziesiąt dodatkowych minut, bo tak epicko zakrojona opowieść nie mogła dać się zamknąć w dwóch godzinach z okładem (i pomyśleć, że kiedyś bracia Weinsteinowie chcieli zrobić Trylogię Pierścienia jako jeden, dwugodzinny film...). W zamian za oddanie reżyserowi trzech godzin życia, otrzymaliśmy fascynujący spektakl w starym stylu, pełen niezapomnianych, rzadko widywanych i zupełnie nieoczekiwanych scen, na przemian wzruszających, emocjonujących i trzymających w napięciu. Peter Jackson nie próbował być mądrzejszy od Coopera i Schoedsacka. Ich celem było zrobienie porządnego filmu przygodowego. Legenda samorzutnie zrodziła się po premierze i utrwaliła przez dziesięciolecia. Jackson wziął poprawkę na współczesną technologię kinematograficzną i dzisiejsze standardy narracji, zostawił fabularne jądro oraz uwypuklił tragizm tytułowego bohatera. Historia filmu pełna jest obrazów, mających źródło w dziecięcych fascynacjach swych twórców. Paradoksalnie, takie hołubione przez lata marzenie często okazuje się nieprzekładalne na celuloidowy konkret, kiedy nadejdzie czas dorosłego zmierzenia się z dzieckiem w sobie. Peter Jackson potrafił wydobyć swą chłopięcą fascynację i sprzedać pod postacią fenomenalnego spektaklu. Trudno sobie wymarzyć wspanialszy powrót King Konga po ponad 70 latach.
KING KONG

Rok produkcji: 2005 | Czas trwania: 180 minut
Wytwórnia: Universal Pictures

Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: P. Jackson, Philippa Boyens, Fran Walsh
Produkcja: Blenkin, Cunningham, Jackson, Walsh
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Montaż: Jamie Selkirk
Muzyka: James Newton Howard

Wystąpili:
Naomi Watts (Ann Darrow), Jack Black (Carl Denham), Adrien Brody (Jack Driscoll), Andy Serkis (King Kong),
Jamie Bell (Jimmy), Kyle Chandler (Bruce Baxter),
Lobo Chan (Choy), Thomas Kretschmann (Englehorn)
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 25 grudnia 2005

STRONA GŁÓWNA | POWRÓT DO WYBORU | RECENZJE KMF