STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE


od pastiszu do bełkotliwej postmoderny

Jak w tytule - będzie to brutalna i szczera podróż sentymentalna przez meandry twórczości QT ze szczególnym naciskiem na "Kill Billa" jako koronny dowód zejścia na psy tego niegdyś fajnego reżysera. Sam pomysł na film może był mega super, jak się o nim opowiadało barmanowi przy ladzie w pijackim widzie, ale każdy kolejny etap produkcji, a zwłaszcza etap pisania scenariusza, obnażył wszystkie braki tej pseudo-historii i zepchnął ją na kompletne manowce, dając idealny przepis na coś, co dobrze wygląda w formie minutowej zajawki na youtube, ale w pełnym metrażu oglądać się tego po prostu nie da. Ewidentnie widać, że Quentin wyklarował sobie w mózgu parę kultowych scenek i postaci, które następnie umieścił w trailerze. Problem polega na tym, że pomiędzy tymi scenkami musiało się znaleźć nieco wypełniacza, a postaciom trzeba było dać do gadania sensowne dialogi. I tutaj pojawiają schody, bo charakter zarówno wypełniacza, jak i dialogów pozostawia, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia. Zastanawia mnie jedno: w którym momencie Tarantino uwierzył, że kręcąc "Kill Billa" jakieś magiczne zaklęcie zmieni mu szmirę w artystyczne kino głupoty pełne luzackiej zabawy - gdy zapraszał do współpracy guru sztuki operatorskiej Roberta Richardsona czy gdy zlecał montaż swoich wydzielin Sally Menke?


Doskonale zdaję sobie sprawę, że dezaprobując ten konkretny obraz, stoję na z góry przegranej pozycji. Quentin zawsze odprawiał krytykę z kwitkiem. W czwartym kolejnym filmie doprowadził do perfekcji swój autorski (powinien to opatentować) sposób maskowania faktu, że cierpi na uwiąd twórczy. Jak wiadomo, "Kill Bill" to specyficzny miks komedii i kina zemsty. Raz, że łatwo wtedy przykryć mielizny scenariusza, a dwa, że w razie wtopy i zgnojenia twórca tłumaczyć się będzie pastiszem gatunku. Gdybym nie był od urodzenia złośliwy, powiedziałbym, że Quentin w "Kill Billu" z właściwą sobie maestrią ubiera drętwą fabułę w genialną konwencję wizuala, dialogu i montażu, będącą luźną wariacją na tematy azjatyckie. Ba, poszedłbym dalej w chwaleniu: już od pierwszych minut widać, że reżyser jest zakochany w gatunku, a jednocześnie podchodzi do niego z dystansem, dzięki czemu wydarzenia nabierają fajnego umownego charakteru. Reckę spuentowałbym ulubionym określeniem-wytrychem wielu pismaków, takim mianowicie, że jest to "radosny pastisz najwyższych lotów" czy coś w ten deseń. Szkopuł w tym, ze od urodzenia jestem złośliwy i zamierzam tę cechę mojej osobowości spożytkować na najbardziej karkołomne działanie w historii nowożytnej krytyki - zamierzam udowodnić, że "Kill Bill" z pastiszem nie ma nic wspólnego i że stanowi zjazd na samo dno reżysera, który zamknął się w kokonie kultowości, naiwnie w nią uwierzył i bez zażenowania firmuje swoim nazwiskiem szajsy, żeby odciąć parę kuponów z dni dawnej komercyjnej chwały.

Zgodnie z planem najpierw rozprawię się (oczywiście nie w pojedynkę - zbyt nieśmiały jestem na takie szarże) z pokutującym w środkach masowego przekazu mitem, jakoby "Kill Bill" był pastiszem czegokolwiek. Określeniem tym żonglują wszyscy jak komu pasuje, łącznie z samym Quentinem, często nieświadomie myląc pastisz z parodią albo po prostu używając go jako synonimu rzeczy śmiesznych. Zresztą microsoftowski Word także ma kłopoty z identyfikacją - podczas pisania niniejszego tekstu z ciekawości kliknąłem prawym przyciskiem myszy na słowo "pastisz", po czym wywołałem katalog synonimów. Zgadnijcie, jakie hasło ujrzały moje oczy na szczycie listy? Z powyższego płynie smutny morał, taki mianowicie, że w potocznym rozumowaniu pastisz to ekwiwalent czegoś lekkiego, zabawnego i groteskowego, słowem, pastiszem będzie nazywane wszystko to, co śmieszne i serwowane niezbyt serio - w opozycji do namaszczonej powagi. I w sumie można by to tak zostawić samopas bez komentarza, bo czy pospolitego niedzielnego kinomana obchodzi, w jakiej technice pomyślany został dany film? Jasne, że nie. Sęk w tym, że rozróżnienie pastiszu i parodii nastręcza wiele problemów nie tylko programistom Microsoftu, ale także wyedukowanym fachowcom, parającym się odpłatnym wartościowaniem dzieł kultury masowej. A to już przypadłość na tyle wkurzająca, że wymaga naprostowania. Żeby było jasne: nie posądzam nikogo o złe intencje. Gdyby w młodości nauczyciele nie zmuszali mnie batem do odwiedzania publicznych bibliotek, to pewnie dzisiaj rozpowszechniałbym identyczne nieprawdy. Tymczasem nie każdy film nawiązujący do innych filmów i nie każda metatwórczość ma prawo ubiegać się o zaszczytny tytuł bycia pastiszem. Na to trzeba sobie zapracować.

Akapit, który za chwilę będziecie czytać z wypiekami na twarzy, pierwotnie zawierał dużo blubrania z zakresu poetyki stosowanej. W trosce o wasze zdrowie psychiczne poczyniłem jednak pewne kroki w celu uproszczenia nomenklatury naukowej składającej się na jego zawartość, a także poddałem całość wywodu maksymalnej kompresji, dzięki czemu przebrnięcie przez tę partie recki - taką mam przynajmniej nadzieję - nie przyprawi nikogo o zgrzytanie zębatek w mózgu.


Jak powiada Jerzy Ziomek (niech mu ziemia lekką będzie) w swym sztandarowym woluminie pod tytułem "Rzeczy komiczne", o który potknął się chyba każdy student na kierunku humanistycznym, pastisz to falsyfikat. Ale falsyfikat szczególny - nie imituje on konkretnego dzieła ani nie skleja strzępów utworu do kupy, a coś takiego zrobił właśnie Quentin w "Kill Billu". Zamiast tego osoba zajmująca się pastiszowaniem, nierzadko zupełnie nieświadoma, że to, co robi, nazywa się w żargonie fachowym pastiszem, tworzy dzieło przedtem nieistniejące, imitując produktywne siły tkwiące w danej poetyce. Pozostając na gruncie filmowym, pastisz to kręcenie nienakręconych filmów. Coś jak proceder fałszowania obrazów, polegający na podrabianiu stylu danego malarza. Im plagiator bardziej biegły w sztuce malarskiej, im obdarzony bystrzejszym okiem, tym doskonalszą podróbę namaluje. W duchu "konstruktywnego podglądania" zrodziły się trzy jak dotychczas najdojrzalsze utwory Quentina, będące znakomitym świadectwem jego nietuzinkowych reżyserskich (i plagiatorskich) kompetencji oraz dowodem biegłego rozumienia reguł imitowanych poetyk: "Reservoir Dogs" jako płód naśladowczego odtwarzania stylu azjatyckich sensacyjniaków o mafiach, gangsterach, napadaniu i strzelaniu, "Pulp Fiction" jako pastisz tanich, ociekających seksem i przemocą kryminałów i wreszcie "Jackie Brown", czyli twórcza parafraza kina blaxploitation i jednocześnie udana ekranizacja literackiego oryginału. Powtórzmy zatem: filmowy pastisz równa się kręceniu nienakręconych filmów, a Tarantino zaistniał w popkulturze jako prekursor pastiszowania filmowych śmieci. Po przyswojeniu sobie tych dwóch regułek, życie stanie się prostsze.

Jest jeszcze coś, o czym warto wspomnieć w kontekście gadania o pastiszu, a o czym się często zapomina. Pastisz od stuleci uważany jest za najznamienitszą technikę stylizacyjną i dzieje się tak wcale nie bez przyczyny - wymusza on bowiem na twórcy znajomość tworzywa daleko wykraczającą poza prymitywne zdolności parodysty. W odróżnieniu od parodii pastisz nie jest zaprogramowany na wyśmiewanie czegokolwiek, względnie rozśmieszanie publiki. Jasne, "Pulp Fiction" czy z literatury pięknej "Don Kichot" Cervantesa uginają się momentami pod naporem błyskotliwego dowcipu, zabawnych scenek rodzajowych i odautorskiego dystansu do otaczającego świata, ale śmiech rzadko bywa w nich wywoływany z premedytacją dla samej hecy śmiania się. Jest bardziej uboczną konsekwencją dziejących się wydarzeń niż żywiołem tkwiącym w ich centrum, a mówiąc z lekka filozoficznie - wynika z tragikomiczności życia, z jego przewrotności i przypadkowości. Ja przynajmniej tak mam, tzn. oglądając "Pulpe" czy "Pieski" (bo "Jackie Brown" to chyba najmniej "śmieszny" film Quentina) zdarza mi się zaśmiać, ale potem przychodzi chwila zadumy i nie potrafię odpowiedzieć, z czego właściwie rechotałem. Niby mam ubaw, gdy Vincent rozwala Murzynowi twarz z guna, niby walę się po udach ze śmiechu, gdy Don Kichot szarżuje z kopią na wiatraki, lecz w sumie "treść" tych scen jest daleko bardziej poważna niż farsowa. Moja prywatna teoria jest taka, że śmiech powstaje tu na skutek odruchu obronnego przed absurdem - jako metoda zagłuszania tragizmu obserwowanej sytuacji. I to jest dobre - trzeba być naprawdę nieprzeciętnym znawcą ludzkiej duszy, żeby sprowokować u widza podobne odczucia. Fabularnie "Pieski" konsekwentnie jadą na niedorzeczno-rozpaczliwych okolicznościach wyjściowych: po nieudanym napadzie na jubilera, w garażu pod miastem zbierają się gangsterzy celem ustalenia, kto schował łup i co robić dalej. Niełatwo powstrzymać śmiech, gdy człowiek obserwuje, jak ci dorośli skądinąd ludzie z minuty na minutę pogrążają się w coraz cięższej psychozie i bez wahania oskarżają jeden drugiego o zdradę przestępczych ideałów. Kapitalne kino po prostu. A teraz przypomnijcie sobie "Kill Billa" i jego prostackie, na chama silące się na śmieszność, durne sceny wycinania w pień setek identycznie wyglądających wrogów - praktycznie każdy zamach kataną wywołuje tu rozczłonkowanie delikwenta połączone z wielolitrowym wytryskiem posoki, a główna bohaterka jak w komputerowej platformówce, kolejnymi cięciami toruje sobie drogę do szefowej przez hordy masakrowanych przeciwników. Nikt mnie nie przekona, że nie jest to jakościowo zejście o co najmniej kilkanaście klas w dół - do filmowego przedszkola. A to, że fajnie nakręcone, to żaden dla mnie argument, jedynie żałosna próba usprawiedliwiania fuszerki.

W tym miejscu rodzi się dylemat: czy "Kill Billa" powinno się tytułować pełnoprawną parodią kina azjatyckiego, skoro w tamtejszych, kręconych na jedno kopyto filmach na porządku dziennym są takie czady jak przecinanie sąsiada na pół mieczem, tudzież kasowanie z laczka na jednym wyskoku tuzina nieprzyjaciół? Według Jerzego Ziomka nie - nie można. I ja się z nim zgadzam. Parodia, aby mogła być postrzegana jako coś sensownego, musi wyszydzać wzorzec wyższy od siebie rangą. Parodia głupoty natomiast - a tym po trosze chce być "Kill Bill" - z gatunkowego, merytorycznego i zdroworozsądkowego punktu widzenia mija się z celem, co zresztą w moim przypadku samo się empirycznie zweryfikowało podczas oglądania, kiedy co rusz zachodziłem w głowę, o co kaman, Quentin - przecież parodiowany wzorzec pod względem kretynizmów fabularno-sytuacyjno-choreograficznych w niczym nie ustępuje twojemu "Kill Billowi" i gdybym chciał się pośmiać z idiotyzmów, to bym sobie włączył jakiś film z Hong Kongu. Teraz tylko czekać, aż w przypływie weny facet zrobi parodię tureckiej wersji Rambo, stawiając sobie za punkt honoru przelicytowanie oryginału pod względem durnot w nim zaprezentowanych. Oczywiście znajdziemy w dorobku anglosaskiej kultury parodystyczne interpretacje takich ponadczasowych arcydzieł jak "Rambo III", względnie wczesnej spuścizny Senseja Seagala, przy czym są to parodie w pełni uprawnione, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zaneguje trylogii "Rambo" i nie nazwie jej szmirą - toż to niedościgniona klasyka kina akcji i protoplasta filmów o zaszczutym komandosie w dżungli! A żeby już totalnie pognębić radosną twórczość Quentina, to rzucę na odchodne, że po raz pierwszy w karierze tego reżysera forma jego filmu okazała się nieadekwatna do inspiracji - "Kill Bill" jest zwyczajnie zbyt ładny, zbyt dopieszczony, zbyt wystudiowany i najnormalniej w świecie na maxa przeestetyzowany z obrzydliwie wyśrubowaną jaskrawością kolorów. Podobną niekonsekwencją w stylizowaniu filmu, tym razem na mega niechlujskie i toksyczne exploitation dekady lat siedemdziesiątych popisze się Tarantino w "Death Proof", gdzie takie cuda jak przekolorowane syfiaste klisze, paprochy na końcach rolek, wycięte klatki, roboczy montaż, celowo źle skadrowane ujęcia będą domeną tylko pierwszej połowy filmu, po czym znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w połówce drugiej. Cyfrowe symulowanie grindhouse'a znacznie lepiej wyszło Rodriguezowi.


Po tym typowo dyletanckim wykładzie z poetyki, czas najwyższy udzielić odpowiedzi na pytanie fundamentalne: czym jest "Kill Bill", skoro nie jest tym, czym był dotychczas? Kolażem motywów, stylów i postaci? Przymiarką do wpuszczenia kopano-klepanej tandety na salony kuchennymi drzwiami? Próbą wywindowania tej twórczości na szczyty kinematografii? Czystym funem, unikatem, fenomenem, super klawym filmem? Samoświadomym pomnikiem popkulturowego postmodernizmu? Setki razy słyszałem te blubry padające z ust koneserów "Kill Billa", które w założeniu działać mają na korzyść filmu, a w rzeczywistości powodują, że pałam do niego coraz większą niechęcią. Zapomnijmy na chwilę o kwestii przynależności gatunkowej. Ideowo rzecz ujmując, "Kill Bill" na kilometr zalatuje jakimś niewykorzystanym pomysłem z czasów niemowlęcych Quentina, kiedy faszerował się biedak padlinami do utraty przytomności. I w sumie takie postawienie sprawy wcale nie będzie z mojej strony przegięciem, bo z tym właśnie skojarzył mi się "Kill Bill" po ostatnim obejrzeniu.

Za małolata często wszczynałem wojny z udziałem pamprów-żołnierzy. Wymyślałem różne sensacyjne intrygi i próbowałem naśladować film, a ściślej: filmową fabułę w swoim biegu. Szybko się jednak okazywało, że brakuje mi talentu, aby doprowadzić dany wątek do skutku - na drodze mojej beztroskiej zabawy pojawiały się więc rozwiązania deus ex machina, mające na celu przekierowanie akcji na nowe tory i sensowne sfinalizowanie rozpierduchy. W takich sytuacjach, zebrawszy w sobie dostateczną ilość dobrej woli, zazwyczaj wymyślałem ekstra postać albo zdarzenie, które popychało całość do przodu. Od ręki potrafiłem - jak każde dziecko zresztą - wyczarować rozwiązanie kłopotliwej sytuacji i nadać zabawie pozory logiki. Punktem wyjścia zabawy w "Kill Billa" (i zastrzegam: słowo "zabawa" nie może być używane jako usprawiedliwienie partactwa) był oczywiście zamach na życie panny młodej. Potem Tarantino wymyślał coraz to głupsze klocki-sceny, byle tylko na torturach rozciągnąć pierwotny pomysł do pełnego metrażu. W miarę postępowania pracy umysłowej doznał olśnienia: skoro taki ze mnie filmowy erudyta, to czemu nie wcisnąć tego szajsu publice i przy okazji nie wydębić od niej trochę monety? Kultowo wyglądający perfumowany stolec i tak sprzeda się na pniu, choćby parował niemiłosiernym smrodem. Dopisał więc Quentin na kolanie kilka nowych scenek, wstawił je między scenki już istniejące, pozszywał wszystko nicią służącą do cerownia nieboszczyków w prosektoriach, dodał wuchtę żenujących monologów-odrzutów, które nie zmieściły się w "Pulp Fiction" albo które obgadał z kumplami przy piwsku, starym zwyczajem zamotał chronologię, po czym poprosił Richardsona, żeby mu to ładnie sfotografował. Tak powstał "Kill Bill" - pierwszy film w historii kina, będący hołdem dla dziecięcego, nieskażonego rygorem logiki, pierwotnego myślenia. Sorry, Quentin, większej impotencji kreatywnej dawno nie widziałem. Ja wiem, że miałeś na wyjściu super idee i dwie-trzy kluczowe postacie do zagospodarowania, a potem dobudowałeś do nich resztę, ale tym razem po prostu dałeś ciała. Nawet średnio rozgarnięty, niezamulony mityczną kultowością reżysera widz, skapnie się pod koniec oglądania Vol. 1, że ktoś mu sypie sól w oczy w postaci nieznośnego przedłużania tego, co trwać powinno w porywach dwa kwadranse.

Intryga "Kill Billa" jest prosta jak trzon od grabi, wybaczcie więc, że streszczam ją aż tak szczegółowo. Teksańska preria w słoneczny dzień. W osieroconej kapliczce trwają przygotowania do ślubu. Do środka wpada uzbrojona po samo czoło Brygada Śmiercionośnych Żmij, inicjując krwawą rozwałkę, w której ginie ciężarna panna młoda. Skubani mordują nawet organistę - bez jaj kultowe nawiązanie do wcześniejszych filmów Quentina, gdyż w rolę organisty wcielił się prominentny afroamerykański aktor Samuel L. Jackson. Wracając do intrygi: po pewnym czasie wychodzi na jaw, że panna młoda jednak nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. 4 lata comy mijają jak z bicza strzelił: lasia budzi się w szpitalu i poprzysięga zemstę na swoich niedoszłych oprawcach. Nawiasem dodam, że moment potencjalnie mega dramatyczny, czyli odkrycie po latach, że w wyniku strzelaniny umarło dziecko, tutaj został przez Quentina potraktowany jak kolejna z łaski śmieszna scenka. Dla mnie absolutne dno. Tak czy siak, z powyższego streszczenia wyłania się wypisz wymaluj damska wersja "Hard to Kill". Sęk w tym, że dzięki zastosowaniu konstrukcji narracyjnej zwanej "efektem nocnej straży", zasadzającej się na wielokrotnym zamotaniu najprostszych wątków, bazujący na prostym koncepcie film Senseja, nagle przekształca się w coś kosmicznie zagmatwanego. Rzecz jasna z pozoru i na pierwszy rzut oka, bo w rzeczywistości to ciągle ta sama głupia jak but historyjka, tyle że na modłę postmodernistyczną poszatkowana, żeby było światowiej. Najgorsze w tym wszystkie jest to, że owa zamotana do granic przyzwoitości narracja wcale nie intryguje. Przeciwnie: niemiłosiernie wręcz męczy i nudzi, zwłaszcza że już po pół godzinie widz prorokuje, jak całość się skończy, a na koniec dziwi się, że faktycznie skończyło się tak odpustowo. Tym oto sposobem udało mi się wydestylować jedną z cech składowych poetyki Quentina: niechronologiczną narrację, odwracającą uwagę od embrionalnej fabuły. O ile w poprzednich filmach Tarantino asceza fabularna nie waliła po oczach tak ostro, bo reżyser regularnie przemycał do swoich opowieści od groma prawdziwych, realnie angażujących ludzkich emocji, o tyle w "Kill Billu" wszelkie mankamenty takiego gawędziarstwa od razu wychodzą na wierzch z powodu niezgłębionej infantylności pomysłu, teatralnej absurdalności gry aktorskiej oraz charakterystyki samych postaci, które są sto razy bardziej złożone niż na to zasługują. Poza tym jak długo można wałkować knyf narracyjny, polegający na przerzuceniu końca na początek, a początku na koniec? Niedawno widziałem "True Romance" z nowym podtytułem THE QUENTIN TARANTINO CUT i tam znowu to samo - wszystko rżnięte wedle identycznego schematu. Nuda, panie! Nuda i przewidywalność.


Drugą cechą twórczości Quentina są moje ulubione, ciągnące się w nieskończoność, głupio-mądre, filozoficzne dialogi toczone przez osoby spoza nawiasu społecznego. Nie będę tu nikogo bajerował - ta akurat przypadłość Tarantino-scenarzysty irytuje mnie równo w każdym filmie, w którym maczał on palce - z wyjątkiem "Piesków". Tasiemcowe dysputy światopoglądowe na takie ważkie tematy jak wyższość fast foodów z Big Kahuny nad fast foodami z Maca, wyższość shake'a waniliowego nad shake'em truskawkowym, wyższość filmu X nad filmem Y, wyższość masażu stóp nad masażem w ogóle, wszystko to niezmiennie od lat doprowadza mnie do szewskiej pasji, zwłaszcza że wychowałem się na westernach, gdzie dialog zawierający więcej niż jedną monosylabę traktowany był jako przejaw werbalno-komunikacyjnego rozpasania rozmówcy. Ale pomimo mojej antypatii do rozwleczonego gadulstwa, potrafiłem to znieść - zagryzałem zęby i oglądałem dalej. Czasami nawet parsknąłem śmiechem przy co bardziej chamskiej ripoście. Bo choć rozwodnione i nierzadko wypowiadane w kontekście, który nakazywałby raczej pełne skupienia milczenie (egzekucja), dialogi przefiltrowane przez ludyczny zmysł Quentina zawsze były na swój sposób wyjątkowe i przynosiły nieoczekiwane informacje o postaciach. Tymczasem to, co w "Pieskach", "Pulpie" i "Jackie Brown" przełykałem w zasadzie bez większego wysiłku, z minimalnym tylko nakładem dobrej woli, w "Kill Billu" przepoczwarzyło się w swoje własne karykaturalne zaprzeczenie. Dochodzi tu bowiem do jawnego spiętrzenia autentycznie bezsensownych dialogów, będących nędzną podróbą dawnego stylu reżysera. Jakim cudem Quentin je przepuścił, a nieszczęsny, zmęczony życiem i karierą Michael Madsen wymówił - nie mam pojęcia. Teksty w "Kill Billu" są do tego stopnia na siłę wydumane i kompletnie niedowcipne, że poważnie zastanawiałem się nad kondycją umysłową Tarantino w trakcie ich pisania; sprawiają wrażenie waty, mającej wypełnić próżnię po fabule, której nie ma i nigdy nie było. Na tym nie koniec litanii narzekań. Najgorsze jest to, że na czas prowadzenia rozmów, akcja w "Kill Billu" zostaje zawieszona i literalnie nic się nie dzieje. A jako że same dialogi nic nie znaczą, otrzymujemy w rezultacie istną masakrę: nie dość, że na ekranie bezruch, to jeszcze wypowiadane słowa pozbawione są elementarnego dramaturgicznego sensu (nie popychają intrygi do przodu, bo to w znakomitej większości cytaty z innych filmów albo bezcelowe monologi) i z trudem korespondują z wydarzeniami. Normalnie ręce opadają do samej gleby, jak człowiek słucha tego pustosłowia.

Innym niewybaczalnym złem "Kill Billa", niepodpadającym na szczęście pod globalne cechy składowe poetyki reżysera, jest niesamowicie drażniące w swej namolności filmowanie: idących osób, jadących pojazdów (samochodów, motorów) i statycznych przedmiotów. W ogóle nie wiem, czy zauważyliście, ale Tarantino w "Kill Billu" staje na rzęsach, żeby wypełnić 200 minut czasu ekranowego, który wymarzył sobie u progu kręcenia - a to puści jakąś kultową muzyczkę, a to namówi Richardsona, żeby ten w jednym kompleksowym ujęciu sfotografował śpiewającą, tańczącą i sączącą trunki klientelę lokalu O-Ren, a to zafunduje nam panoramę pustyni, a to skadruje twarz osoby gadającej, która akurat wygłasza jeden ze swoich popisowych monologów o niczym, tj. o alter-ego komiksowych bohaterów. Bez przesady fascynujący przegląd technik filmowych. Odkąd sięgam pamięcią, typowe dla Quentina muzyczne ramoty, załączające się w idealnym momencie i idealnie oddające atmosferę dziejących się wydarzeń, to był znak rozpoznawczy jego maniery. Jak łatwo się domyślić po fali dotychczasowych pochwał z mojej strony, muzyka w "Kill Billu" - mega dobrze nadająca się do słuchania bez obrazu - w połączeniu z nim już niestety bardziej wkurza niż pomaga w delektowaniu się klimatem danej sceny; ot, tania próba zyskania na czasie i odwrócenia uwagi od wszechobecnej dramturgiczno-merytorycznej pustki, nic więcej.

Obejrzała "Kill Billa"

Cóż mogę powiedzieć na koniec, żeby jeszcze bardziej rozgniewać fanów "Kill Billa" - mogę powtórzyć po raz n-ty, że film ten jest mocno wsteczny w stosunku do trzech pierwszych - nie waham się użyć epitetu z górnego rejestru - wybitnych utworów Quentina i adresowany chyba tylko do umiarkowanie wymagających entuzjastów talentu reżysera. Że Tarantino kręcąc chałę zatytułowaną "Kill Bill" chciał nam coś powiedzieć o swoich campowych i dalekowschodnich gustach filmowych, przepuszczając je przez maszynkę do recyklingu, to jasne jak słońce i dowodów na to nie potrzeba. Szkopuł w tym, że rezultaty tym razem okazały się opłakane - facet się najwyraźniej zestarzał i rzeźbienie w gównie nie wychodzi mu już tak fajnie jak dawniej. Nie wiem, czy stało się tak w wyniku odpływu mocy umysłowych u tego pana, czy na skutek zwykłego twórczego olewactwa, będącego efektem zaślepienia własną erudycyjną kultowością. Wiem natomiast, że "Kill Billa" da się może oglądać na ostrej imprezie, ale w innych warunkach seans przeobraża się w doświadczenie z gatunku bolesnych i ciężkostrawnych, nawet pomimo - a może właśnie z powodu - programowej lekkości i szmatławości tworzywa. Koncertowo spieprzony film.

Aha, bym zapomniał - "Death Proof" oglądało mi się jeszcze gorzej.

Przeczytaj kontranalizę autorstwa BD-D - kliknij tutaj


KILL BILL

Czas trwania: 111 minut (Vol. 1) + 136 minut (Vol. 2)
Rok produkcji: 2003 / 2004, USA

Reżyseria: Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Zdjęcia: Robert Richardson
Montaż: Sally Menke
Muzyka: RZA, Robert Rodriguez
Kostiumy: Kumiko Ogawa, Catherine Thomas

Wystąpili: Uma Thurman, Lucy Liu, Vivica A. Fox, Darryl Hannah,
David Carradine, Michael Madsen, Julie Dreyfus, Sonny Chiba,
Chiaki Kuryama, Chia Hui Liu, Michael Parks, Michael Bowen

Autor tekstu: Bartosz Rudnicki - MENTAL
Klub Miłośników Filmu, 8 lipca 2009

STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE