Strona główna KMF
        
Są filmy (jak "Pasja" Mela Gibsona), które nadają się tylko do jednorazowego spożycia. W przypadku bowiem konsumpcji wtórnej dostrzegamy, że król jest nagi, opada szata emocji, obnażając kiczowate gagi i paskudne, mało śmieszne zagrywki. Ale są też takie obrazy, które można oglądać bez końca, które cały czas oferują coś nowego, zaczynają coś znaczyć dopiero za piątym razem, podsycają wyobraźnię, a przede wszystkim – nie nudzą. Mówiąc krótko, nadają się do "wielokrotnego użycia" (to sformułowanie znalazłem na okładce "Shreka" ;). Na przykład "Memento". Lub "Donnie Darko". Lub dzieła Lyncha. Albo Cronenberga. Wsysają widza swoją niejednoznacznością, chorą, "porypaną" atmosferą i pytaniami "ale dlaczego? Naprawdę? Czemu?", po których nadchodzi prosta refleksja: "chyba muszę sięgnąć po ten film jeszcze raz". Teraz inny przykład: "Gwiezdne wojny". Infantylna, prosta i jednoznaczna historyjka, od której jednak nie można się oderwać, której bohaterowie są tak głęboko zakorzenieni w naszej wyobraźni, że po prostu nie mogą się stamtąd ulotnić.  Ale czy istnieje film, który nie nudzi nawet po latach, za setnym razem, kiedy każdy gag, każda scena jest znana od podszewki, mimo że próżno szukać tu głębi psychologicznej, dającej do myślenia symboliki i nokautujących emocji? Film, w którym cały humor sprowadza się do walenia złego gościa cegłą po łbie, a "bogactwo postaci" oznacza jednego bardzo dobrze zorganizowanego dziesięciolatka, dwóch gorzej zorganizowanych złodziejaszków i snującej się gdzieś w tle pokaźnej rodzinki? Ano jest taki film – a nawet dwa. Noszą tytuły "Home Alone" i "Home Alone 2" (bardzo oryginalnie, prawda?), czyli po polsku: "Kevin sam w domu" i "Kevin sam w Nowym Jorku".
Obydwa "Keviny" można by uznać za coś w rodzaju świątecznej klasyki. Bez względu na pogodę, afery w parlamencie, trzęsienia ziemi i huragany, jednego możemy być pewni: "Kevin" pojawi się w bożonarodzeniowym repertuarze telewizji. No dobrze, może trochę przesadziłem z tymi huraganami, ale z tego co pamiętam, tylko w 2003 roku przebój Chrisa Columbusa nie był emitowany w świątecznym tygodniu (być może jednak się mylę i po prostu "Kevina" przegapiłem... Tak, to bardzo prawdopodobne ;). Ja sam zresztą zetknąłem się z małym McCallisterem podczas świąt i do filmów tych odnoszę się, przyznam, trochę nostalgicznie. Nie ma niczego lepszego od seansu "Kevina... " z całą rodziną (grupką małych kuzynów zajadających pierogi) i światłami choinki migoczącymi za plecami ;). Przejdźmy jednak do konkretów. Fabuła jest prosta jak kij od szczotki i przybliża nam już ją w zupełności sam zwiastun. Oto piętnastoosobowa rodzina McCallisterów wybierająca się na Boże Narodzenie z Chicago do Paryża, w zamieszaniu związanym z wyjazdem zapomina o najbardziej nieznośnym członku klanu: ośmioletnim Kevinie (Macaulay Culkin). Chłopiec, pozostawiony sam sobie w olbrzymim domu, musi bronić go przed włamywaczami, Mervem (Daniel Stern) i Harrym (Joe Pesci), "Mokrymi Bandytami", którzy planują skok na okazałą rezydencję McCallisterów. W drugim odcinku Kevinowi udaje się dotrzeć z rodziną na lotnisko, lecz tam ich drogi się rozchodzą. Zgubiony w tłumie chłopiec trafia do nie tego co trzeba samolotu i ostatecznie ląduje w Nowym Jorku, razem z torbą pełną pieniędzy i kartą kredytową swojego ojca. I znowu musi stawić czoła parze wrednych złodziei...
Humor w "Kevinie" nie jest ani specjalnie intrygujący, ani wyszukany. Jest to humor najprostszy z możliwych, czyli humor głupawy. Ale nie głupi. Doskonale sprawdza się tu zasada, że nie jest ważny smak dania, tylko sposób jego podania. Chris Columbus i scenarzysta John Hughes nie silą się na epatowanie błyskotliwymi dialogami (chociaż kilka niezłych kawałków rzecz jasna tu znajdziemy). Przez większość akcji obu filmów Merv i Harry dostają po głowach żelazkami, spadają z dużych wysokości, wpadają w różnej wielkości dziury, wywracają się na lodzie, chwytają parzących klamek, zjeżdżają po schodach, są przypalani, ranieni i torturowani przez małego Kevina na wszelkie możliwe sposoby. Columbus zna jednak coś takiego jak umiar; to, co wyprawia ze złodziejaszkami bohater, po prostu nie jest nużące, a cały czas śmieszy. W dodatku każdy z kolejnych "numerów" jest ciekawszy, lepszy i bardziej zabawny. Kevin ma łeb nie od parady i rewelacyjną wyobraźnię, dzięki której śmiertelną bronią stają się samochodziki, potłuczone bombki, wiadro wody, pająk starszego brata, duży gwóźdź, wiatrak, nici, posmarowana klejem folia, puszki z farbą, stara szafka, kibel, byle jaka deska, żelazko, cegła, pudełko z zapałkami i dziecięca strzelba. Podejmując się napisania tej recenzji od razu założyłem, że należy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, jako że nie ma sensu rozdzielać "Home Alone" jedynki od dwójki. "Kevin" jest zawsze taki sam, nie ma znaczenia, czy broni się we własnym domu, czy tworzy fortecę w mieszkaniu wujka przy Central Park West. Po gigantycznym sukcesie pierwszego filmu z Kevinem w roli głównej, John Hughes i Chris Columbus bez wahania postanowili wyprodukować kontynuację. Jest to bodajże jedyny znany mi przykład sequela, w którym brak wyobraźni i nowych pomysłów wyszedł filmowi na dobre. Co prawda nie wiadomo, jak wyglądałby ten film, gdyby nie lenistwo reżysera i scenarzysty, ale efekt, który otrzymano, jest przynajmniej zadowalający – bo to właściwie ten sam film, tyle, że w innej scenografii i z nieco zmodyfikowanymi postaciami (stary człowiek Marley/stara kobieta z gołębiami). A skoro pierwsza część nadaje się do oglądania w kółko, to i druga też, prawda? "Kevin sam w Nowym Jorku" nie wnosi ABSOLUTNIE nic nowego i powtarza te same schematy, ale czyni to w taki sposób, że w niczym nie ustępuje poprzednikowi (no, może trochę, troszeczkę ;), chociaż oczywiście mamy tu do czynienia ze świętą zasadą wszystkich sequeli "więcej i szybciej". Znowu mamy pakowanie i poczatkowe kwestie Kevina mówiące o tym, jak bardzo chciałby zostać sam, ten sam uśmiech (scena z pierwszej części, gdzie chłopiec siedzi przy stole w kuchni i powtarza dwukrotnie: "I made my family disappear" została zastąpiona Kevinem patrzącym z lotniska na Manhattan) gdy orientuje się, że jego życzenie się spełniło, tymczasową euforię, pouczającą rozmowę (święty Mikołaj/właściciel sklepu z zabawkami), spotkanie z samotnym człowiekiem (wspomniani już Marley i kobieta karmiąca gołębie) i finałowy pojedynek z Mokrymi Bandytami, gdzie żelazko zostaje zastąpione cegłą (nie wiem, czy zauważyliście, ale słowo "cegła" pojawia się w tym tekście zaskakująco często ;). A nawet końcówka to zwyczajna kopia. W pierwszej części Kevin macha Marleyowi, gdy zza jego pleców dochodzi głos Buzza: "co ty robiłeś w moim pokoju???". W drugiej, gdy podchodzi do poznanej w Central Parku kobiety, słyszy: "Kevin!!! Ile wydałeś na obsługę???". Ale czy to zmienia postać rzeczy? Po co nam oryginalność, skoro żołądek skręca się ze śmiechu? Komedia ma za zadanie bawić i "Kevin" spełnia ten warunek w stu procentach. Scena z "tatusiem" pod prysznicem jest niczym innym jak powtórką "przyjęcia" w domu McCallisterów, wykorzystany po raz kolejny (tylko że na większą skalę ;) zostaje także trik z telewizorem. Obie te sceny, mimo że już nie nowe, bawią. Może nawet bardziej niż w pierwszej części. Klękająca obsługa hotelowa – czego chcieć więcej?

Nie jestem wredny. Nie wymagam od prostej komedii familijnej głębi Felliniego, ale jedno, co trzeba filmom Columbusa zarzucić, to zbyt duży dydaktyzm oczywiście. Poczciwy Chris, który przez lata pracował w stajni Spielberga, nauczył się od starego mistrza, że film bez wyraźnego przesłania to nie film. Kino nie może być dla dzieci jedynie poradnikiem pt. "Jak walczyć z włamywaczami, którzy chcą napaść na wasz dom". Do sporej ilości akcji i niezapomnianych gagów (jak ten ze wspomnianą obsługą hotelową) Columbus dodał szybciutko wątek matki wracającej do domu po syna i paplaninę na temat tego, jak źle jest być samym (w domu lub w Nowym Jorku). Jak można by się spodziewać, jest to najgorzej skrojona część filmów, zdaje się zresztą, że sceny na lotnisku z panią McCallister zostały napisane przez Hughesa na kolanie i to po niezłej imprezie. Bezpretensjonalność "Kevina" jest przez to nieco podkopana, bo jak tu mówić o bezpretensjonalności, jeżeli bohaterowie wygłaszają tanie mowy na temat wartości rodzinnych więzów, miłości itp., itd.? Przecież takie przesłanie można zawrzeć bez słodkich słówek – wystarczy scena, w której Kevin cieszy się z powrotu rodziny... No dobra, ale o to nie będę się spierał: sentymentalizm i lukier w tego typu produkcji jest przecież obowiązkowy. Konwencja gatunku i tyle...Rzecz jasna, "Kevin" nie odniósłby takiego sukcesu, gdyby nie genialnie dobrani aktorzy. Joe Pesci i Daniel Stern w rolach Harry'ego i Merva, których postacie są zbudowane tradycyjnie, na fundamentach Flipa i Flapa, to strzał w dziesiątkę. I nie tylko dlatego, że od czasu, gdy po raz pierwszy obejrzałem "Zabójczą broń 2", Pesci wydaje mi się ideałem "spryciarza" ;). Mokrzy Bandyci to postaci komiczne same w sobie. Harry rządzi, a Merv nie potrafi nadążyć za jego tokiem myślenia, wygłaszając kwestie pokroju "dzieciaki są głupie". Jednak pierwsze skrzypce gra odtwórca głównej (w polskim przypadku także tytułowej) roli, czyli Macaulay Culkin. "Keviny" zrobiły z niego gwiazdę i swego czasu jedną z bardziej rozchwytywanych postaci Hollywood (do czasu, gdy "Richie Milioner" poniósł klęskę, a samego Culkina schwytała w sidła pułapka pod postacią narkotyków). I chociaż po piętnastu latach można przeczytać na temat tego aktora sporo negatywów, ja pozostaję na stanowisku jego zwolennika – bo choć z chłopaka na pewno nie największa dziecięca gwiazda wrzechczasów, to jeden z lepszych komików na pewno, a nominacja do Złotego Globu dla jedenastoletniego wówczas aktora jest jak najbardziej zasłużona (scena, gdy śpiewa przed lustrem "White Christmas"...). Culkin po prostu wiedział, jak sobie zjednać i rozśmieszyć widzów. Gra przede wszystkim swoją charakterystyczną, zabawną z natury buzią (wielkie oczy, buntownicze spojrzenie... kobiety mdleją ;), ale jest też bardzo wiarygodny. Patrzymy na niego i myślimy: "tak, to jest dzieciak, który potrafi nieźle skopać kilka złodziejskich tyłków". Talent aktorski nie jest zresztą – jak się okazuje - niczym nadzwyczajnym w rodzinie Culkinów: w "Kevinie" pojawia się, jako młodszy braciszek Fuller (ten w wielkich okularach), Kieran Culkin, niedawno wyróżniony nominacją do Złotego Globu za film "Igby Goes Down". Culkinowie zresztą zwykli grywać razem: w "Synalku" pojawili się siostra Quinn i malutki wówczas Rory ("Możesz na mnie liczyć" "Znaki", "Mean Creek"), który wystąpił także jako młodsza wersja brata w "Richiem Milionerze". Warto też dodać, że obsadzenie Culkina w roli Kevina przyniosło Chrisowi Columbusowi sławę specjalisty od pracy z dziecięcymi aktorami, która jest obecna w środowisku do dzisiaj, mimo karygodnego błędu, jakim było wpuszczenie kolejnej "wielkiej" młodocianej gwiazdy, Daniela Radcliffe'a, na plan produkcji pt. "Harry Potter i kamień filozoficzny". Sam Macaulay jest zaś jedną z tych dziecięcych gwiazd, które pozostają rozpoznawane nawet przez widzów, którzy kinem się nie pasjonują.
 

Podsumowując: "Home Alone" to kawał naprawdę ZNAKOMITEJ, choć z pewnością nie ambitnej rozrywki, która emanuje świątecznym ciepłem i stanowi prawdziwą familijną klasykę. Zarówno "Kevin sam w domu", jak i "Kevin sam w Nowym Jorku" to, jak już napisałem na początku, filmy wielokrotnego użycia, które można oglądać w kółko, dopóki (po wielu wielu godzinach) się nie znudzą ;). Macaulay Culkin, Joe Pesci i Daniel Stern stworzyli niezapomnianą "trójcę", która bawi się w kotka i myszkę, nie szczędząc sobie wymyślnych podstępów i dużych emocji. Wpakowane na siłę wątki dydaktyczne pozostają, dzięki Bogu, gdzieś na bocznym torze, i nie irytują aż tak bardzo, jak mogłyby ;). Filmy Columbusa pozostają w gruncie rzeczy poczciwą historią chłopca, który potrafił za pomocą swojej niezwykłej wyobraźni rozprawić się ze złodziejami i... tak, dać im NIEZŁĄ nauczkę. O jakości tych filmów świadczy według mnie sam fakt, iż od lat całe rodziny siadają przed telewizorami, by po raz kolejny oglądać zakończone niepowodzeniem perypetie Mokrych Bandytów, nie nudząc się przy tym ani trochę.
 

- Jesteś tu sam?
- Mam osiem lat. Myśli pani, że byłbym tu sam? Ja nie sądzę.

 

KEVIN SAM W DOMU
KEVIN SAM W NOWYM JORKU

Tytuł oryginalny: Home Alone / Home Alone 2
Rok produkcji: 1990, / 1992 USA
Czas trwania: 103 minut / 120 minut
Reżyseria: Chris Columbus
Scenariusz: John Hughes
Zdjęcia: Julio Macat

Występują:
Macaulay Culkin, Joe Pesci,
John Heard, Daniel Stern,

e-mail
Autor recenzji: Maciej Kukowski - KAKAPO

Klub Miłośników Filmu, 21.12.2005